Na Zachodzie bez zmian
(All Quiet on the Western Front) 1979

reżyseria: Delbert Mann
scenariusz: Paul Monash
zdjęcia: John Coquillon
muzyka: Allyn Ferguson



czas trwania: 150 min
Opis filmu:

Ekranizacja głośnej powieści Ericha Marii Remarque'a.

Ten film trzeba zobaczyć. Nie dlatego, że to ekranizacja klasyki. Nie dlatego, że jest dobry. Dlatego, że opowiada o wojnie, która zabrała osiem milionów ludzi. I o której my, Polacy, wygodnie zapomnieliśmy.

Minęła kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Minęły kolejne obchody agresji niemieckiej na Polskę we wrześniu 1939 roku. W kwietniu obchodziliśmy rocznicę wybuchu powstania w getcie. Filmy o Polakach na frontach II wojny światowej to wciąż obowiązkowy składnik edukacji narodowej każdego młodego Polaka. Wnuki moich dzieci będą wiedziały, dlaczego maki pod Monte Cassino są czerwieńsze. Mam przynajmniej taką nadzieję - bo kimże się jest, nie wiedząc takich rzeczy? To była nasza wojna. Nasza trauma, spłacona rzekami krwi i niewyobrażalnym cierpieniem. II wojna. A przecież z logiki cyfr wynika, że była też pierwsza.

Ale myśmy o niej zapomnieli. Bo po co mielibyśmy pamiętać? Ważne i cudowne były tylko jej konsekwencje. Przed jej wybuchem byliśmy bezpaństwową, zniewoloną mniejszością narodową, rozrzuconą na terytorium trzech imperiów, pogrążoną w depresji i niepoprawnie śniącą o niepodległości. Po jej zakończeniu Najjaśniejsza Rzeczypospolita powróciła na mapę Europy. To był – i jest – powód do radości, nie do rozpaczy i goryczy. Tak my pamiętamy I wojnę światową. Ale Zachód przeżył ją zupełnie inaczej. Zachód, po raz pierwszy na taką skalę, spojrzał w czeluście piekła. Erich Maria Remarque – jego nazwisko brzmiało jeszcze wtedy inaczej, nie wskazywało tak wyraźnie na francuskie korzenie – 18-letni niemiecki idealista, w 1916 roku został żołnierzem w służbie Cesarstwa Niemieckiego. W czerwcu 1917 roku przeniesiono go do Flandrii, w okolice wioski Passchendaele. To była mała wioska. Dookoła łąki i mokradła. A deszcz padał bez przerwy. Nawet groble zmieniły się w grząskie bagno. Leje po pociskach, tak jak okopy, pełne były wody i błota. I ciał. W każdej postaci i w każdym fragmencie: mózgi, żołądki, wątroby, jelita, treść jelit... Ciała poskręcane, zmasakrowane, z oderwanymi kończynami, niemal niehumanoidalne w swoim rozkładzie. Blisko pół miliona ludzi spoczęło w tych mokradłach. Strategicznym rezultatem bitwy było przesunięcie frontu o mniej więcej osiem kilometrów. Alianci policzyli później swoje straty: jeden człowiek za pięć centymetrów błota. Niemcy nie chcieli liczyć. Twardzi jak stal Niemcy nie chcieli liczyć. Przestraszyli się tej rachuby.

Remarque miał szczęście. Szrapnel go nie zabił, poranił tylko ciężko od nóg po kark. Kiedy wrócił do zdrowia, wojna się kończyła. Po wojnie próbował sił w różnych zawodach, fascynowało go jednak najbardziej pisarstwo. Pierwsze próby były nieudane. A potem, w 1927 roku, już jako mąż, już legitymujący się wersją nazwiska utraconą kiedyś przez niepiśmiennych przodków, weteran okopów I wojny, "wielkiej wojny", jak do dzisiaj nazywają ją na Zachodzie ci, którzy pamiętają, pisze w ciągu kilku tygodni nową powieść, prawie dokumentalną, publicystyczną w formie, pozornie z literackiego uniesienia wypraną: po polsku będzie się nazywać "Na Zachodzie bez zmian". Tytuł pochodził ze sloganu propagandowego, umieszczanego w biuletynach informacyjnych, wysyłanych przez administrację niemiecką na front. Być może żaden inny nie oddałby tego bólu...

Pisarz początkowo nie mógł znaleźć wydawcy. Potem, w 1928 roku, powieść była drukowana w odcinkach na łamach poczytnej gazety. W wydaniu książkowym ukazała się dopiero w styczniu 1929 roku. W ciągu kilkunastu miesięcy sprzedano ją w liczbie dwóch i pół miliona egzemplarzy, w Niemczech i za granicą. Triumf trwał niedługo: w 1933 roku władzę w pogrążonym w chaosie kraju przejął niewysoki, niespecjalnie pociągający na pierwszy rzut oka, ale charyzmatyczny przywódca – uważanej do niedawna za efemeryczną – partii politycznej, Adolf Hitler. Naziści zdawali sobie doskonale sprawę z potęgi literatury. Przyglądali się jej więc nader podejrzliwie. Antywojenna, antytotalitarna proza Remarque'a nie mogła ujść ich uwadze. Powieść została zakazana i trafiła na stos. W przenośni i dosłownie.

Remarque żył już wtedy poza granicami Niemiec. Najpierw w Szwajcarii, potem we Francji, w końcu w Stanach Zjednoczonych. Niedługo po drugiej wojnie wrócił do Szwajcarii, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku.

A powieść żyła własnym życiem. To Gertrudzie Stein i Ernestowi Hemingwayowi przypisuje się nazwę "stracone pokolenie", ale jednym z pierwszych manifestów generacji, która uświadamiała światu twórczością i życiem, jak potworny jest i może być wiek XX, były autobiograficzne wyznania Remarque'a. Niezwyczajne to było pokolenie: Hemingway, Dos Passos, Scott Fitzgerald, Eliot, Pound, Steinbeck... Nawet Tolkien, którego dopadła choroba dziesiątkująca angielski kontyngent we francuskich okopach w 1916 roku. Gdyby absolwent Oxfordu poddał jej się wtedy, nie mielibyśmy "Władcy Pierścieni". Pokolenie, które karmiło dusze potomnych, ale samo straciło własną duszę w ogniu tej wojny.

Pierwszej ekranizacji powieść Remarque'a doczekała się w 1930 roku i było to dzieło oscarowe. Prezentowana tutaj amerykańsko-angielska produkcja pochodzi z 1979 roku i też zdobyła wiele nagród i nominacji. Ale nie o nagrody chodzi. Chodzi o wojnę, która wpłynęła na oblicze świata. Nam dała zwycięstwo. Zachodowi – prawdziwy i dramatyczny początek nowego stulecia.

Marcin Niemojewski