Carrie Pilby. 6 kroków do szczęścia

Carrie Pilby. 6 kroków do szczęścia

Dodano: 
kadr z filmu
kadr z filmu "Carrie Pilby" (2016) / Źródło: Mayfly
„Carrie Pilby” Susan Johnson, na podstawie powieści Caren Lissner o tym samym tytule, to historia młodej mieszkanki Nowego Yorku, która wiodąc bardzo wygodne życie, nie potrafi zaznać w nim jednak szczęścia.

Dziewczyna mieszka sama na Manhattanie. W wieku 19 lat ukończyła już uniwersytet (na dodatek sam Harvard), co sprawiło, że wkroczyła w prawdziwą dorosłość szybciej niż swoi rówieśnicy. Nie mając jednak naturalnego punktu odniesienia, Carrie nie może w pełni odnaleźć się w meandrach „świata dorosłych”. Chodzi więc do terapeuty, poleconego przez ojca, który stara się jej pomóc w codziennych problemach. W ramach jednej z sesji, mężczyzna proponuje jej, by do końca roku wypełniła sześć punktów z listy, która ma pomóc jej w odnalezieniu poczucia szczęścia. A przede wszystkim - pomóc otworzyć się na innych ludzi. Innym problemem dziewczyny wydaje się bowiem brak poczucia odpowiedzialności, a elementy na liście (wśród których znajdują się m.in takie rzeczy jak: „sprawić sobie zwierzątko”, czy „zdobyć przyjaciela”), mają pomóc w złapaniu gruntu pod nogami.

Punkt wyjściowy historii jest więc całkiem niezły. Dzięki klarownemu pomysłowi i dość prostemu wprowadzaniu planu w życie, przez połowę seansu ogląda się to ze sporym zainteresowaniem. Gdzieś w połowie jednak, wraz ze sceną spaceru po mieście, kręconej na jednym ujęciu, reżyserka zdaje się jednak gubić swój pomysł na film, niepotrzebnie dorzucając do niego kolejnych wątków, które niekoniecznie kleją się ze sobą w spójną całość.

Johnson zaczyna chwytać różne wątki, koncepcje i zalążki idei, teoretycznie miksując je ze sobą. W rzeczywistości jednak w tym shake’u motywów czuć wciąż grudki poszczególnych pomysłów. Jak gdyby reżyserski mikser nie działał na pełnych obrotach. Pojedyncze sceny nadal wypadają urokliwie, czasami jest też bardzo zabawnie, jednak im dalej w las, tym człowiek coraz częściej zaczyna zastanawiać się dokąd reżyserka nas prowadzi i co w zasadzie wynika z kolejnych elementów historii.

W tym wszystkim film pozostaje jednak urokliwą opowieścią o problemach wchodzenia w dorosłość, przypominającą chwilami rozważania bohaterek „Girls” Leny Dunham, czy spojrzenia na rzeczywistość Grety Gerwig z „Mistress America” Noah Baumbacha. Mimo kilku świetnych scen i pomysłow, „Carrie Pilby” nie zostanie „jakimś głosem jakiegoś pokolenia”, jak humorystycznie mówi Hannah w pilocie „Dziewczyn”. „Pilby” brakuje bowiem pazura i wyrazistości w prowadzeniu fabuły. Koronnym przykładem - wspomniana wyżej scena spaceru po mieście z sąsiadem, kręcona na jednym ujęciu. Gdyby pozwolić bohaterom rozmawiać na ciekawsze tematy, podkręcić wzajemną chemię między aktorami oraz zakończyć ją w mniej wymuszony sposób, scena ta miałaby szansę wejść do annałów sekwencji, które ukazują jak niewiele potrzeba, by zakochać się w drugiej osobie. Podwaliny pod ten pomysł - kręcenie całości na jednym ujęciu, a więc w czasie rzeczywistym - już są. Szkoda tylko, że reżyserka nie wykorzystała szansy i zamiast tą sceną wygrać swój film, właśnie w tym momencie całkowicie go rozwodniła.

Na szczęście inna koncepcja, pojawiająca się w pierwszej połowie filmu, ma szansę już porządnie rozkwitnąć. Mowa o wymianie zdań dwóch dziewczyn: „Po czym poznać, że mężczyzna naprawdę kocha? Pamięta drugie imię swojej narzeczonej. Faceci nie zwracają uwagi na takie szczegóły. Chyba, że są zakochani”. Prosty przekaz, maksimum efektu.

Przy tych wszystkich uwagach warto także zauważyć, że niemal dwie godziny seansu mijają widzowi w miłej i przyjemnej atmosferze. Duża w tym zasługa niezłej Bel Powley, która choć nie jest wulkanem energii, zarażającym widza swoim bezprecedensowym podejściem do świata, jak miało to miejsce w „Wyznaniach Nastolatki”, nadal urzeka swoim niewymuszonym urokiem i specyficznym sposobem bycia. To ona (oraz dobry Nathan Lane w roli terapeuty) jest głównym powodem dla którego warto w wolnej chwili zobaczyć „Carrie Pilby”.

Ocena: 6-/10

 0

Czytaj także