Szorstka przyjaźń z Hollywood

Szorstka przyjaźń z Hollywood

Dodano:   /  Zmieniono: 
 
Dla Stevena Soderbergha ten rok jest wyjątkowy. Skończył pięćdziesiąt lat, zrealizował nowy film i... zapowiedział koniec kariery. 
Nie po raz pierwszy zresztą. Poznajcie różne oblicza utytułowanego reżysera, zanim ten na dobre opuści Hollywood
 - Michał Karpa

Jest tytanem pracy. W ciągu ostatnich pięciu lat nakręcił siedem fabuł (pewnie dlatego tak chętnie bywa porównywany z Woody Allenem), zrealizował dwa projekty dokumentalne i jeden telewizyjny. W maju stacja HBO wyemituje obraz „Behind the Candelabra”, którego bohaterem jest Liberace – ekscentryczny pianista i wokalista o polskich korzeniach, w latach 50. i 60. najlepiej opłacany estradowiec na świecie. Film opowiada o wieloletnim związku artysty ze Scottem Thorsonem. Mimo doborowej obsady (m.in. Michael Douglas i Matt Damon) nie trafi jednak do kinowej dystrybucji, ponieważ hollywoodzcy decydenci uznali, że jest „zbyt gejowski”. Zaskakująca to decyzja, szczególnie w kontekście gigantycznego sukcesu „Tajemnicy Brokeback Moun- tain” (2005) czy późniejszego „Obywatela Milka” (2008) z tytułową kreacją Seana Penna. „W studiach produkcyjnych mówili nam, że nie wiedzą, jak sprzedać taką historię. Przestraszyli się” – ocenia Soderbergh, który na realizację „Behind the Candelabra” potrzebował zaledwie 5 mln dolarów (dla porównania – budżet „Ocean’s Eleven” z 2001 roku wyniósł 85 mln dolarów). Postawa inwestorów to jeden z kilku głównych powodów rozbratu znanego reżysera z przemysłem filmowym.

Antyhollywoodzki malarz
Chęć odejścia Soderbergh sygnalizował już w ubiegłej dekadzie. Mówił wtedy o potrzebie odpoczynku, spojrzenia na sprawy z nowej perspektywy. Twórczy niepokój powrócił dwa lata temu. „Jeżeli czas mi pozwoli, chciałbym sprawdzić się w innych formach sztuki” – mówił w rozmowie z „New York Timesem”, podkreś- lając zamiłowanie do malarstwa.
Te słowa znalazły potwierdzenie w wywiadzie, jakiego później udzielił „Polityce”: „Podejmując się realizacji biografii Che Guevary postanowiłem, że po doprowadzeniu do szczęśliwego finału wszystkich wcześniejszych projektów, spróbuję rozejrzeć się za czymś nowym. Dałem sobie czas do końca roku 2012. Został mi jeszcze jeden film do nakręcenia – „Magic Mike” o striptizerze z Las Vegas. Potem robię przerwę”. Jak już wiadomo, plany uległy zmianie.
W tym miesiącu na ekrany wchodzi najnowsza produkcja Soderbergha zatytułowana „Panaceum”. Reżyser deklaruje jednak, że nie zarzucił pomysłu zakończenia kinowej kariery. Protestuje bowiem przeciwko – jak mówi – fatalnemu traktowaniu reżyserów, których ocenia się wyłącznie przez pryzmat wyników finansowych ich dzieł. Brakuje mu swobody, jaką mieli twórcy w latach 70., kiedy najważniejsza była sztuka filmowa. Na wszelki wypadek zostawia sobie furtkę – chętnie przyjmie propozycje z teatru i telewizji,
doceniając tkwiący w nich potencjał.

Łowca talentów, przyjaciel gwiazd
Warto pamiętać, że relacje Soderbergha z Hollywood od samego początku nie 
należały do najłatwiejszych. Kiedy jako 18-latek ruszył do Los Angeles, był pełen nadziei. Po kilkunastu miesiącach musiał jednak z pokorą wrócić do rodzinnego Baton Rouge. Kilkanaście lat później nakręci „Full Frontal. Wszystko na wierzchu” (2002), będący w pewnym sensie wyrazem stosunku reżysera do przemysłu filmowego. Nieźle obsadzony komediodramat (m.in. David Duchovny, Catherine Keener, Julia Roberts), formalnie nawiązujący do francuskiej nowej fali, to ilustracja mechanizmów rządzących show-biznesem wpisana w perypetie kilkorga przyjaciół pewnego producenta filmowego, którzy spotykają się na jego urodzinowym przyjęciu.
Mimo początkowych niepowodzeń,
Soderbergh nie skapitulował. Wrócił do Fabryki Snów z pomysłem na pierwszą fabułę. Scenariusz „Seksu, kłamstw i kaset wideo” napisał ponoć w osiem dni. Obraz, za który w 1989 roku niespodziewanie otrzymał Złotą Palmę w Cannes, katapultował go do pierwszej ligi młodych, niezależnych reżyserów. 26-letni twórca z dnia na dzień stał się sławny. Podobnie zresztą jak aktorzy, którzy u niego zagrali: James Spader odebrał Złotą Palmę dla najlepszego aktora, dla Andie MacDowell oznaczało to przejście ze świata mody do filmu, a Peter Gallagher przestał być zapraszany wyłącznie na castingi do produkcji telewizyjnych. Można jednak zaryzykować tezę, że aktorem, który najwięcej zawdzięcza amerykańskiemu reżyserowi o szwedzkich korzeniach, jest George Clooney. Dzisiejsza pozycja serialowego doktora Douga Rossa z „Ostrego dyżuru” jest w dużej mierze pokłosiem współpracy z Soderberghiem. Clooney wrył się w pamięć jako czarujący złodziej z komedii „Co z oczu, to z serca” (1998). Później zagościł jeszcze w ekranizacji powieści „Solaris” (2002) Stanisława Lema, wcielił się w rolę amerykańskiego korespondenta wojennego w „Dobrym Niemcu” (2006), ale największe uznanie przyniosła mu główna rola w naszpikowanym gwiazdami, kasowym tryptyku o przygodach Danny’ego Oceana.
Współpraca obu panów nie ograniczyła się wyłącznie do relacji reżysersko-
-aktorskich. W 2000 roku Steven Soderbergh i George Clooney założyli wspólnie firmę Section Eight Productions. Pod jej skrzydłami Soderbergh wyprodukował między innymi „Niebezpieczny umysł” i „Good Night and Good Luck” (oba w reżyserii Clooneya) oraz „Syrianę”, za którą aktor otrzymał Oscara w 2006 roku (najlepsza męska rola drugoplanowa).

Oscarowy społecznik
Krytycy Soderbergha twierdzą, że reżyser zmarnował kredyt zaufania, jaki otrzymał po nakręceniu „Seksu, kłamstw i kaset wideo”. Zastrzeżenia budził już „Kafka” (1991) z tytułową rolą Jeremy’ego Ironsa, a kolejne filmy – osadzony w realiach Wielkiego Kryzysu „Król wzgórza” (1993), hołdujący estetyce noir „Na samym dnie” (1995) oraz eksperymentalne „Schizopolis” i „Gray’s Anatomy” (oba z 1996 roku) – zostały przyjęte jeszcze chłodniej. Zresztą sam Soderbergh nie przebierał w słowach, nazywając ten okres „kompletnie gównianym”. W sytuacji, która dla wielu reżyserów oznaczałby koniec kariery, dokonał artystycznej wolty, zwracając się ku gwiazdorsko obsadzonym, wysokobudżetowym projektom. Zwiastunem nadchodzącego sukcesu była wspomniana już komedia „Co z oczu, to z serca”, w której obok George’a Clooneya zagrała Jennifer Lopez.
Prawdziwie przełomowy okazał się początek nowego stulecia. Soderbergh zrealizował filmy, które ostatecznie ugruntowały jego pozycję jako jednego z najważniejszych twórców Hollywood, rzucających pomost między kinem komercyjnym i społecznie zaangażowanym. W 2001 r.otrzymał wyjątkową oscarową nominację. Wśród pięciu obrazów konkurujących w kategorii najlepszy reżyser, znalazły
się bowiem aż dwa jego autorstwa: „Erin Brockovich” i „Traffic”. Wcześniej podobny przypadek zdarzył się przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to w oscarowe szranki (w tej samej kategorii) stanęły dwa dzieła Michaela Curtiza z 1938 roku: „Aniołowie o brudnych twarzach” oraz „Cztery córki”. W przeciwieństwie jednak do reżysera „Casablanki”, Soderbergh opuścił galę ze statuetką – wygrał „Traffic”, który tamtego wieczora nagrodzono jeszcze w trzech innych kategoriach (m.in. za najlepszą męską rolę drugoplanową uhonorowano Benicio Del Toro). Triumfowała również Julia Roberts, która za kreację w „Erin Brockovich” otrzymała wyróżnienie dla najlepszej aktorki.
Trzeba przyznać, że mimo upływu lat, oba filmy nadal ogląda się z niemałym zainteresowaniem. „Erin Brockovich”
– którego bohaterką jest zadziorna, bezrobotna, rozwiedziona matka trójki dzieci, stawiająca czoło wielkiemu koncernowi – uderza z siłą najlepszych antykorporacyjnych dokumentów. Z kolei „Traffic” to jeden z najważniejszych (i jakże dziś aktualnych!) filmowych głosów w debacie antynarkotykowej po drugiej stronie Atlantyku. Soderbergh wyraźnie trzyma stronę zwolenników tezy, że walka z narkotykami w równym stopniu powinna ogniskować się na ograniczaniu wpływów meksykańskich karteli i działaniach prewencyjnych (ograniczających popyt) w Stanach Zjednoczonych.

Hagiograf
Za kontynuację tropów latynoamerykańskich w dorobku reżysera można uznać czteroipółgodzinny (szczęśliwie podzielony na dwie części) portret Ernesto „Che” Guevary (2008). Przy okazji premiery tego
obrazu pisaliśmy w „Filmie”: „Soderbergh pokazuje Guevarę z tezą dopasowaną do jego obecnego alterglobalistycznego wizerunku. Nie ma tu postaci historycznej, jest za to przegadana publicystyka serwowana w sosie współczesnego kontekstu. Stąd kilkanaście razy słyszymy o potrzebie konfrontacji z imperializmem, czyli z USA oczywiście. Również odniesienia do walki o świat wolny od interwencji amerykańskich wydają się wielce wymowne w dobie działań wojennych w Iraku i Afganistanie”. Soderbergh odpiera zarzuty o gloryfikację człowieka, z którego rozkazów zginęły tysiące ludzi. Mówi, że chciał jak najwierniej oddać klimat czasów i nastrojów wówczas panujących. Przypomina, że ludzie postrzegali wtedy „Che” jako bohatera, uwielbiali go, widzieli w nim przywódcę, a nie mordercę. I tak jak w „Trafficu” reżyser oddzielił formalnie wątek meksykański od amerykańskiego – kręcąc pierwszy w sepii, a drugi w kolorze – tak tutaj lata 50. pokazał w pełnej palecie barw, a kolejną dekadę w odcieniach czerni i bieli. Ten zabieg nie ratuje jednak filmu, którego najpoważniejszym mankamentem jest wybiórcze podejście do życiorysu El Comandante, na dodatek tak niepotrzebnie rozciągniętego w czasie.
Wcielający się w postać Ernesto „Che”
Guevary aktor Benicio Del Toro to jedna z kilkunastu supergwiazd Hollywood, których kariera związana jest z reżyserską pracą Soderbergha. Do ścisłej czołówki jego współpracowników należą m.in. Julia Roberts, Catherine Zeta-Jones, Michael Douglas, Brad Pitt oraz oczywiście George Clooney i Matt Damon (z jedną ze swoich najlepszych kreacji w „Intrygancie” z 2009 roku). Równocześnie Soderbergh stawia na dość specyficznie rozumiany naturalizm. Tytułową rolę w opowiadającym o tancerzu erotycznym komediodramacie „Magic Mike” (2012) powierzył Channingowi Tatumowi, który przed rozpoczęciem kariery modela i aktora występował (pod pseudonimem Chan Crawford) jako striptizer w nocnych klubach. Główną bohaterką thrillera „Ścigana” (2011) osadzonego w środowisku służb specjalnych uczynił Ginę Carano – najbardziej rozpoznawalną twarz kobiecego MMA. Z kolei najważniejszą postacią w „Dziewczynie zawo- dowej” (2009) – eksperymentalnym, niskobudżetowym dramacie portretującym życie ekskluzywnej call-girl – jest gwiazda porno-biznesu Sasha Grey. Opowiadając o tym filmie brytyjskiemu „Guardianowi”, ustosunkował się w sumie do wszystkich trzech tytułów: „Chciałem, żeby tytułową rolę zagrała osoba znająca to środowisko, a zarazem opanowana i zdecydowana”.

Filmowiec wszechstronny
Amerykanin lubi eksperymentować nie tylko z obsadą. Jego filmografia to przecież gatunkowy kolaż, w którym komedie
sąsiadują z dramatami, obrazy science fiction z historycznymi obyczajówkami, a tzw. heist films z thrillerami psychologicznymi. W ostatni ze wspomnianych nurtów wpisuje się najnowsza – rzekomo ostatnia – kinowa produkcja Stevena Soderbergha. „Panaceum” opowiada historię kobiety (Rooney Mara), która po aresztowaniu męża (Channing Tatum) za przekręty finansowe nie może sobie poradzić w życiu. Trafia pod opiekę psychiatry (Jude Law), ten przepisuje jej leki, w wyniku których – jak sama twierdzi – traci świadomość i... morduje swojego męża, gdy ten wychodzi z więzienia. Brzmi nieźle? Jeśli Soderbergh chciał zakończyć karierę mocnym akcentem, to za sprawą „Panaceum” osiągnie swój cel – trzymająca w napięciu intryga z homoerotycznym wątkiem w tle z pewnością przysporzy mu więcej zwolenników niż przeciwników.