Od środka – recenzja filmu „Klezmer”

Od środka – recenzja filmu „Klezmer”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Klezmer”
Kadr z filmu „Klezmer” / Źródło: Human Power
Dobre i złe uczynki przychodzą równie łatwo – stwierdza Piotr Chrzan w swym reżyserskim debiucie, kolejnej filmowej wypowiedzi o Holocauście w ostatnim czasie. Tak, polskie kino znowu czerpie z tematyki żydowskiej; rzadko kiedy bywa ono jednak tak pokorne i wycofane jak „Klezmer”.

Pojęcie „klezmer” oznacza żydowskiego grajka weselno-karczmarskiego. Niegdyś muzykowaniem trudnił się postrzelony Żyd, którego pewnego letniego dnia znajduje w lesie grupa wieśniaków. Rodzi się pytanie, co począć z półżywym człowiekiem – zarobić na jego śmierci, oddając go Niemcom, czy okazać miłosierdzie i udzielić mu schronienia? Bohaterowie filmu mają różne pomysły na to, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Piotr Chrzan nie zadowala się jednak typowym konfliktem interesów, w którym „prawi” stoją naprzeciwko „amoralnych”. Zaciera granicę pomiędzy dobrem a złem, uniemożliwiając jednoznaczną ocenę (doszłych i niedoszłych) szmalcowników.  

„Klezmer” nie przypomina w niczym pełnego złości „Pokłosia”, kontemplacyjnej „Idy” czy optymistycznego (bo zachowującego wiarę w człowieka) „W ciemności”. Żaden z tych filmów nie był tak blisko polskiej wsi z czasów II wojny światowej, żaden tak szczegółowo nie obrazował mentalności chłopa. Bohaterzy opowieści, jako ludzie niewykształceni, łatwo padają ofiarą antysemickiej propagandy; do donosicielstwa popycha ich również czynnik najbardziej oczywisty, czyli ubóstwo. Reżyser pokazuje zatem problem od środka. Do zagłady Żydów nie przyczyniają się tu jacyś bezduszni, bezimienni „oni”, lecz zwyczajni młodzi ludzie. Podobną zwyczajnością odznaczają się również ci, którzy niosą pomoc – stąd wspomniana płynność dobra i zła. W zrozumieniu motywacji postaci pomaga też antyczna koncepcja fabuły, zakładająca jedność czasu, miejsca i akcji. Dzięki temu zabiegowi trudno spoglądać na konflikt chłodnym okiem.

Przyjęcie perspektywy prostego człowieka nie miałoby takiej siły oddziaływania, gdyby nie dbałość o detale. Toczące się dialogi brzmią prawdziwie, prowadzone są nieprzekoloryzowaną gwarą i wyjątkowo dobrze leżą w ustach młodej obsady. Filmy takie jak „Klezmer” udowadniają, że mamy w Polsce wielu utalentowanych aktorów, dwudziesto- i trzydziestolatków, którzy tylko czekają na swoje szanse. Piotr Chrzan pozwolił zaistnieć na ekranie między innymi Dorocie Kuduk oraz Kamilowi Przystałowi, a ja mam wrażenie, że kinomani jeszcze nie raz mu za to podziękują.   

Minimalistyczny soundtrack, zdominowany przez klarnet i obój, spotęgował efekt surowości filmu. Nijak do prostoty „Klezmera” mają się tylko te sceny, które służą budowaniu analogii do Nowego Testamentu. Nie osłabiają one jednak dojrzałości tego debiutu. Mimo że po nagłośnionej „Idzie” zaczęliśmy czuć przesyt ekranowymi próbami zmierzenia się z Holocaustem, to obraz Piotra Chrzana zasłużył na ciepłe przyjęcie. 

Ocena: 7/10

 0

Czytaj także