Filmy 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni: „Las, 4 rano”, „Królewicz Olch”, „Jestem mordercą”

Filmy 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni: „Las, 4 rano”, „Królewicz Olch”, „Jestem mordercą”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jestem mordercą (2016)
Jestem mordercą (2016) / Źródło: Agora Film
Drugiego dnia festiwalu w Gdyni odbyły się pokazy prasowe między innymi najnowszego filmu Jana Jakuba Kolskiego – „Las, 4 rano”, potwornie udziwnionego filmu Kuby Czekaja „Królewicz Olch” oraz najnowszego projektu Macieja Pieprzycy, autora nagradzanego trzy lata temu filmu „Chce się żyć”, który tym razem sięgnął po historię Wampira z Zagłębia w bardzo udanym „Jestem mordercą”.

„Las, 4 rano”, reż. Jan Jakub Kolski (Polska 2016)

„Las, 4 rano” to drugi film tegorocznego festiwalu w Gdyni (po „Szczęściu świata”), w którym wprowadzenie jest całkiem zbędne. Te kilka pierwszych scen, które zostają zaprezentowane na samym początku, można by całkiem wyciąć, ponieważ późniejsze zdarzenia, właściwie cały późniejszy film, jest z zupełnie innej bajki. W „Szczęściu świata” był to wątek pewnego dziennikarza przyjeżdżającego na Śląsk, o którym twórcy błyskawicznie zapominali, tutaj tym zupełnie niepotrzebnym wstępem jest spojrzenie na dość wiekowego, ekscentrycznego szefa pewnej firmy. To facet z tatuażem na głowie, jeżdżący na motorze, traktujący swoich pracowników jak własność. Tak przedstawia go pierwszych kilka minut tego obrazu, tyle tylko, że chwilę później trafiamy do lasu i zupełnie innej opowieści.

Film ten zbudowany jest na epizodach, cichych scenkach rodzajowych, w czasie których dzieje się niewiele. Całość poprzedzielana została cytatami z Księgi Hioba, w pewnym stopniu komentującymi stan emocjonalny, w jakim znajduje się główny bohater. Od pewnego czasu mieszka w lesie, koleguje się z trójnogim psem i wiewiórkami, zastawia pułapki na zające i bobry. Pragnie ciszy, ale spokój zakłócają mu różni ludzie. Najpierw prostytutka Nata, z którą bardzo szybko się zaprzyjaźnia. Później nastoletnia dziewczynka, która uciekła z domu dziecka. I tak żyją sobie w tej naturalnej samotni, przeżywając swoje dramaty. Co ciekawe, gdybyśmy o przeszłości bohatera – o tym, skąd pochodzi, co robił, zanim trafił do lasu – wiedzieli mniej, niż reżyser nam pokazuje podczas pierwszych scen, wtedy lepiej by się tę produkcję odbierało. Niewiedza o tym, kim jest bezdomny, byłaby znacznie ciekawsza niż ta urwana opowieść pomiędzy prologiem a właściwą akcją.

Ten spokojny film Jana Jakuba Kolskiego to historia o tęsknocie, o akceptacji, o potrzebie drugiego człowieka. To historia o utraconym ojcostwie i pewnej próbie jego naprawienia. To film o radzeniu sobie ze stratą, o różnych sposobach przeżywania żałoby. Mówi o potrzebie skrycia się przed resztą świata, przed codziennością i pędem dzisiejszego życia. O potrzebie zapadnięcia się pod ziemię, by w ciszy, z dala od wszystkiego, móc uporać się z tym, co zdarzyło się kiedyś. Film aspirujący do niesienia ze sobą pewnego rodzaju właściwości terapeutycznych. Delikatny i subtelny, chwilami sprawia wrażenie trochę improwizowanego, rozgrywanego na bazie dobrej atmosfery unoszącej się pomiędzy aktorami. Dla fanów wcześniejszych produkcji Kolskiego pozycja pewnie obowiązkowa.

Ocena: 6/10 

„Królewicz Olch”, reż. Kuba Czekaj (Polska 2016)

Trudny był to seans. Przekombinowany, pokręcony, udziwniony na siłę, obudowany dziwactwami, byleby tylko ukryć to, jak prosty, oczywisty, banalny i zwyczajny jest u podstaw. Ot, historia pewnego chłopaka, nastolatka, który źle znosi brak ojca. Historia chłopaka, który musi wreszcie dorosnąć. Jego matka próbuje wiązać koniec z końcem, pracując jako opiekunka do dzieci. On jest podobno niezwykle uzdolnionym uczniem, miłośnikiem fizyki, ale również nastolatkiem z bardzo wybujałą wyobraźnią, która projektuje wizje przeplatające się z rzeczywistością. A to podłoga rozstępuje się w szkolnej klasie, a matka wraz z nauczycielką zaczynają się całować i taplać w błocie, a to telewizyjny prorok ogłasza nadchodzący koniec świata i zaczyna śpiewać o tym piosenkę, a to nagle przenosimy się do innej rzeczywistości, w której wszystko się dobrze kończy, wszyscy są szczęśliwi. Takie klimaty.

Ciężko się ogląda ten film. Po pierwsze przez rozbuchaną formę, która na siłę próbuje zakryć prostotę tej historii; po drugie – przez tendencję reżysera do udziwniania kolejnych scen, jakby wymyślania na bieżąco co by innego, nietypowego mogli zrobić bohaterowie, co by zaskoczyło, zszokowało widza. Całość przyjmuje formę sennego marzenia, dziwnego teledysku, opowieści złożonej z kilkunastu rozdziałów odliczających dni do końca świata, poprzedzielanych płynącymi z offu fragmentami „Króla Olch” Goethego, które po niemiecku recytuje główny bohater. Temat dorastania i tęsknoty za ojcem jest udziwniony do granic możliwości. By było oryginalnie, by było inaczej, tylko czy aby na pewno lepiej? Kino eksperymentalne, a tym w jakimś stopniu jest „Królewicz Olch”, ma to do siebie, że albo się je kupuje w całości, albo szczerze się go nie cierpi. Nie ma niczego pomiędzy. Ja niestety w przypadku filmu Czekaja przychylam się ku tej drugiej opcji.

Ocena: 4/10 

„Jestem mordercą”, reż. Maciej Pieprzyca (Polska 2016)

To ciekawe, że w podobnym czasie powstały dwa filmy zainspirowane autentycznymi postaciami seryjnych morderców, którzy nosili przydomek Wampir. „Czerwony pająk”, który jakiś czas temu trafił do powszechnej dystrybucji, a który również bierze udział w Konkursie Głównym festiwalu, mówił o Wampirze z Krakowa, ale był bardziej luźną wariacją na temat tamtego mordercy niż filmem przybliżającym prawdziwą historię. „Jestem mordercą” opowiada natomiast o Wampirze z Zagłębia i – inaczej niż „Czerwony pająk” – zamiast skupiać się na postaci mordercy, przyjmuje punkt widzenia śledczych. Podchodzi przy tym do tematu w bardzo rzetelny, dokładny, analityczny sposób. I w sumie takie podejście dziwić nie powinno, skoro reżyser Maciej Pieprzyca 18 lat temu nakręcił dokument na temat Wampira i zna tę postać bardzo dobrze. W swoim nowym filmie mierzy się z jego historią poprzez fabułę, a wychodzi mu to znakomicie.

Lata 70. ubiegłego wieku. Mieszkańcy Zagłębia żyją w narastającym strachu przed szalejącym seryjnym mordercą, który zabija kobiety samotnie wracające do domów. Ludzie boją się wychodzić po zmroku, organizują nocne patrole i dbają o to, by kobiety zawsze przebywały w towarzystwie mężczyzn. Morderca przy okazji pierwszej zbrodni, w przesłanym przez siebie liście zapowiedział, że z okazji trzydziestolecia Polski Ludowej zabije w sumie trzydzieści kobiet. Nad sprawą Wampira pracowały już dwa zespoły milicjantów, jednakże nikomu nie udało się choćby odrobinę zbliżyć do odpowiedzi na pytanie, kto tak naprawdę zabija. Do sprawy oddelegowany zostaje młody, ambitny milicjant. Dzięki kilku niestandardowym pomysłom dość szybko udaje mu się wpaść na trop osoby, która może być odpowiedzialna za wszystkie zbrodnie. Jednakże gdy podejrzany zostaje ujęty, zaczynają pojawiać się pewne wątpliwości. I z każdą kolejną chwilą śledztwa będzie ich coraz więcej.

„Jestem mordercą” jest filmem udanym, ponieważ nie jest obrazem „na temat”. Nie jest produkcją, która za cel stawia sobie opowiedzieć o morderstwach w Zagłębiu. To produkcja, która na pierwszym planie stawia bohaterów, i to poprzez nich przedstawia nam uproszczoną wersję tego, co zdarzyło się ponad czterdzieści lat temu. To obraz, który poprzez postać milicjanta mówi o poszlakowym śledztwie, o licznych wątpliwościach, o pewnej mistyfikacji i o systemie wykorzystującym jednostki do swoich celów. To produkcja świetnie napisana, która o dziwo nie epatuje okrutnymi obrazami, nawet stara się momentami odciążyć klimat wprowadzanym tu i ówdzie humorem, ale nie zapomina ani przez chwilę o tym, by całość trzymać w odpowiednim napięciu, by w jasny, konkretny i logiczny sposób dążyć do celu, do rozwiązania. Nie dziwne, że scenariusz został doceniony i wyróżniony przez PISF jako jeden z najlepszych skryptów, bo to naprawdę świetny tekst. Rozbudowany ale nie rozlazły, konkretny, skupiony na bohaterach i ich przeżyciach, w ciekawy sposób prowadzący akcję.

Pisząc o tym filmie, koniecznie trzeba wspomnieć o grających tutaj aktorach, bo właściwie wszyscy wyciągają ze swoich ról maksimum i błyszczą na ekranie. Świetny jest Mirosław Haniszewski jako milicjant, który zostaje wykorzystany przez system i który w pewnym momencie nie może się już wycofać ze śledztwa. Im dłużej ono trwa, im bliżej jest do ostatecznego wyroku, tym bohater ma więcej wątpliwości odnośnie swoich wcześniejszych przekonań, ale z uwagi na otrzymywane bonusy stara się zagłuszać swoje sumienie. Świetny jest również Arkadiusz Jakubik jako oskarżony. Gra w taki sposób, aby jego bohater wydawał się niewinny, ale jednocześnie sprawiał wrażenie osoby, która jednak mogłaby popełnić zbrodnie, które jej się przypisuje. Widz cały czas ma wątpliwości, czy to na pewno on jest mordercą. Również aktorzy pojawiający się na drugim planie – Adamczyk, Kulesza, Żurawski, Popławska – spisują się świetnie w swoich rolach. Naprawdę bardzo udany, trzymający w napięciu thriller.

Ocena: 8/10 

 0

Czytaj także