Jak na spowiedzi – recenzja „Raju”

Jak na spowiedzi – recenzja „Raju”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Raj / Ray (2016)
Raj / Ray (2016) / Źródło: Sputnik nad Polską
Projekcja „Raju” poprzedzona przemową Andrieja Konczałowskiego należała do najważniejszych wydarzeń 10. Sputnika nad Polską. Nic dziwnego – autor „Kochanków Marii” cieszy się estymą nie tylko w Europie, a z tegorocznego festiwalu w Wenecji wrócił z nagrodą za reżyserię. Rozgłos wokół filmu niestety działa na jego szkodę, pogłębia rozczarowanie wywołane naiwnością i sztucznością narracji.

Akcja „Raju” toczy się głównie w jednym z obozów koncentracyjnych, gdzie przecinają się ścieżki niemieckiego arystokraty i rosyjskiej księżnej. Nie po raz pierwszy – wcześniej tę dwójkę połączył wakacyjny flirt. W czasie wojny dawni kochankowie stają po dwóch stronach barykady. On śledzi przekręty w obozowej administracji i jako wzorowy esesman próbuje sprostać świetności własnego rodu, ona ponosi karę za pomoc żydowskim dzieciom. Trzecim bohaterem opowieści jest francuski kolaborant, który na żądanie Gestapo aresztuje i zsyła do obozów członków ruchu oporu.

Konczałowski przyjmuje perspektywę przedstawicieli trzech różnych nacji, by dodać filmowi rozmachu, ukazać racje ofiary i oprawcy. Usiłuje osiągnąć wielogłos i momentami dopina swego – jego Helmut umyka stereotypom bezwzględnego nazisty oraz „dobrego Niemca”. To wolnomyśliciel i idealista, którego do zbrodni popycha wiara w rasę nadludzi połączona z presją nałożoną przez arystokratyczne pochodzenie. Bardziej naiwny niż zły, nie budzi odrazy. Jeśli reżyserowi udaje się dojrzale mówić o holokauście, to słowa te dotyczą Helmuta.

Inaczej rzecz się ma w przypadku Rosjanki Olgi, dla której Konczałowski skroił kostium „świętej dziwki”. Ta próżna i rozpustna femme fatale zdolna jest do największych poświęceń, za co filmowiec (dosłownie!) wynosi ją na ołtarze. Grzech ckliwości i banału, który popełnia on w traktowaniu księżnej, nie jest niestety jednorazowym występkiem. Historia przedstawiona w „Raju” mogłaby piorunować, gdyby nie to, że bieżące wydarzenia omawiają sami bohaterowie – w dodatku z perspektywy pośmiertnej. Zabieg ten nie tylko trąci kiczem, ale też stanowi wyraz zwątpienia w inteligencję widza. Zupełnie tak, jakby widok ludzi zaganianych do komory gazowej wymagał komentarza.

Takich wymownych scen obozowej grozy jest w „Raju” więcej. Magazyny pełne walizek, okularów, garnków i innych rzeczy osobistych należących niegdyś do ofiar holocaustu najdobitniej świadczą o skali zbrodni; walka więźniarek o obuwie ciepłej jeszcze nieboszczki – o skrajnej nędzy i upodleniu. Szkoda, że w tej scenerii często brakuje miejsca dla samego człowieka. Dramaturgię rozbija nie tylko „niebiańska” spowiedź, ale też wystylizowana na film noir warstwa wizualna „Raju”. Czarno-białe, „przydymione” kadry idealnie pasują do opowieści o arystokratach i ich chybotliwym systemie wartości, lecz nijak mają się do baraków i płotów z drutu kolczastego.

Rosjanie wystawili „Raj” do walki o Oscara, jednak niewiele wskazuje na to, by produkcja ta poszła w ślady tegorocznego Najlepszego Filmu Nieanglojęzycznego – węgierskiego „Syna Szawła”. Gołym okiem widać, że Konczałowski pragnął filmu „wielkiego”. Przesadna estetyzacja i sakralno-ckliwy ton historii zamieniły ambicje reżysera w marzenie ściętej głowy.

Ocena: 4/10 

ZapiszZapisz

Czytaj także

 0

Czytaj także