"Siedem Minut po północy" budzi się potwór

"Siedem Minut po północy" budzi się potwór

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Siedem Minut po północy" budzi się potwór
"Siedem Minut po północy" budzi się potwór / Źródło: Monolith FIlms
Mrocznie i niepokojąco. Tak zaczyna się trzeci pełny metraż znanego z „Sierocińca” i „Niemożliwego” Hiszpana Juana Antonio Bayony. Każda kolejna scena sugeruje jeszcze więcej emocji i to tych z pogranicza filmu grozy i dramatu rodzinnego.

Główny bohater „Siedmiu minut po północy” to nastoletni Connor, którego poznajemy w szkole, dokąd chodzi ze średnim entuzjazmem. Jest inny od swoich rówieśników, często śni na jawie, wydaje się mało towarzyski i wycofany. Zamiast słuchać na lekcjach – przenosi swoje fantazje na papier w formie bardzo realistycznych rysunków. W ten sposób odreagowuje kpiny szkolnych osiłków, a także trudną sytuację w domu – rozwód rodziców i ciężką chorobę mamy. Pewnej nocy podczas jednej ze swoich częstych nocnych artystycznych sesji, kiedy z zapamiętaniem szkicuje przy nocnej lampce, zaczynają dziać się osobliwe rzeczy. Przedmioty lecą z rąk, nagle otaczający świat zdaje się mniejszy, bardziej ciasny i mroczny. Jest siedem minut po północy i w niewyjaśniony sposób oczom chłopca ukazuje się potwór - bestia o znajomych kształtach i przenikliwym głosie. Bardzo realistyczna i bliska, a przez to najbardziej przerażająca. Connor nie umyka jednak przed świdrującym spojrzeniem przybysza, wręcz przeciwnie – nie cofa się, by obronić siebie i swoją chorą mamę (Felicity Jones). Okazuje się, że zamiary obcego nie są wcale łatwe do przewidzenia, a jego cel pozostanie w ukryciu aż do końca.

Bayona z mistrzowską wprawą oprowadza po świecie wyobraźni niczym z gotyckiej baśni. Niestrudzenie buduje napięcie, wprowadza nowych bohaterów, żongluje gatunkami i formami. Pozwala nierzeczywistym elementom całkowicie zawładnąć ekranem, igrając z oczekiwaniami widzów. Przy tym wszystkim paradoksalnie zachowuje umiar, nie przedobrza, ale bazuje na niedopowiedzeniu – najwyraźniej udało mu się wyciągnąć cenną lekcję z poprzedniej, nieszczególnie udanej reżyserskiej próby. Pierwsza połowa filmu to popis rzemieślniczej i artystycznej sprawności, choć dobra passa niestety kończy się wraz z dalszym rozwojem akcji. Intencje twórcy „Siedmiu minut po północy”, a także skutki jego gatunkowych eskapad są czytelne i łatwe do przewidzenia. Zaintrygować, przestraszyć, wzruszyć – to jak się wydaje główne cele hiszpańskiego reżysera. Oczekiwany efekt udaje się jednak osiągnąć tylko połowicznie. Rzeczywiście, tylko najtwardsi z twardych pozostaną po projekcji z suchymi oczami. Ale też rzewnych dramatów o chorych rodzicach i ucieczkach do świata magii oglądaliśmy wiele. „Siedem minut po północy” nie wyróżni się wśród nich szczególnie w warstwie narracyjnej. Warto go jednak zobaczyć choćby dla debiutującego w głównej roli Connora Lewisa MacDougalla, za niezwykłą wrażliwość i dojrzałość, a także dla obdarzonego głębokim głosem Liama Neesona wizerunku potwora.

Czytaj także

 0

Czytaj także