Podchody - recenzja filmowych "Power Rangers"

Podchody - recenzja filmowych "Power Rangers"

Dodano: 
kadr z filmu
kadr z filmu "Power Rangers" (2017) / Źródło: Monolith Films
Kinowym „Power Rangers” srogie manto sprawia nie tylko Rita Repulsa (Elisabeth Banks), ale i zawiedziona widownia. Ta ostatnia zresztą zupełnie słusznie. Dean Israelite nie nakręcił takiego filmu, jakiego można by się spodziewać – bezwstydnie kampowego, niezwalniającego nawet na chwilę. Więcej tu czczej gadaniny niż kaskaderskich popisów, robienia maślanych oczu niż cyfrowych efektów. Kino akcji z niego żadne.

No dobrze. Kiedy damy się już przekonać (albo nie), że nie ma krzty absurdu w tym, że pięcioro nieznających się nastolatków trafia o tej samej porze w to samo miejsce, by znaleźć pod urwiskiem (wysadzonym w powietrze przez jednego z nich) monety, dzięki którym zdobędą niezwykłe moce, przełknąć będziemy musieli parę innych daleko idących uproszczeń.

Czy superumiejętności rangersów naprawdę są takie super? Trudno powiedzieć. Jason (Dacre Montgomery) i Kimberly (Naomi Scott) rozgrzewają do czerwoności blat w stołówce, zaledwie go dotykając, Billy (RJ Cyler) łamie nos mało rozgarniętemu mięśniakowi, a Zack (Ludi Lin) i Trini (Becky G.) zgrabnie wdrapują się po skalnych ścianach. Sęk w tym, że nikt w zasadzie nie czerpie frajdy z odkrywania swoich nadludzkich umiejętności. Co gorsza - nie wykorzystuje ich później w treningach ani w (pożal się Boże) starciach z przeciwnikami. No i kontrola nad mocami nie wydaje się sprawiać im większego problemu, ba, o jakiejkolwiek kontroli w ogóle się tu nie mówi. Czy to nie jest jeden z głównych elementów tzw. origin story? Ten, który napędza akcję w ekspozycji? Pięcioro wybrańców zawraca sobie głowę czym innym: jaskrawymi trykotami, których nie mogą na siebie włożyć, póki się nie skumplują. A to już krok od banału.

Mniejsza o przebieg akcji, sami bohaterowie są grubo ciosani. Kimberly to straszna jędza: wysyła znajomemu zdjęcie kompromitujące jej przyjaciółkę. Jason niby się buntuje, ale nie wiadomo, czy ma dobry powód. Można by założyć, że chodzi o presję, jaką wywiera na niego ojciec – z tym że scena, w której wzruszony ogląda gablotę ze swoją meczową koszulką, a potem słucha relacji z meczu, w którym zdobył punkty na wagę mistrzostwa, nie wskazują na to, że gra w futbol wbrew sobie. Pozostaje więc uwierzyć, że się pogubił. Choć z drugiej strony – po co? Gdy znajduje monetę, wszystko, co się przedtem wokół niego działo, diabli biorą.

O tym, że Billy ma autyzm, autor scenariusza John Gatins nie zawsze pamięta. O ile może się podobać, że Niebieski pierwszy zmienia się w rangera, mimo że z oporem okazuje uczucia, co podkreślono w scenie, w której trudność sprawia mu objęcie Jasona – to już tego, że najpierw nie rozumie żartów i metafor, a potem ma ubaw, kiedy Jason mówi, że skok przez przepaść to bułka z masłem (w org. piece of cake), nie sposób uzasadnić. Zresztą tak jak tego, że wątki Zacka i Trini nie są nawet rozwijane. Ten pierwszy opiekuje się umierającą matką, z którą mieszka w przyczepie kempingowej. Ta druga jest homoseksualistką, więc nie dogaduje się z rodzicami. Kropka.

Nawet jeśli niektóre z opisanych wyżej przeciwności życiowych mogą trącić fałszem – pół biedy. Najgorsze, że są one zasłoną dymną (że niby robimy ambitne kino superbohaterskie!), która znika, gdy akcja powoli rusza do przodu. A to przecież tak, jakby z „dwójki” „Spidermana” Sama Raimiego wyciąć wszystkie sceny z udziałem Mary Jane i ciotki May od momentu, w którym Peter Parker po raz pierwszy ściera się ze złoczyńcą. Zwyczajnie marnuje się dramaturgiczny potencjał: Parker nie musi ukrywać tożsamości, wybierać między Mary Jane a Spider-Manem, brać odpowiedzialności za owdowiałą ciotkę. Aha! Gatins i Israelite przekreślają przedłużające się wprowadzenie, w którym poznajemy całą piątkę, w jeszcze inny sposób: sceną, w której bohaterowie siedzą przy ognisku i opowiadają o sobie – po prostu powtarzają to, co widzieliśmy parę chwil wcześniej (jestem samotny, chory, zły, inna, wredna).

„Power Rangers” to stylistyczny miszmasz. Są tu: rozbiegana, trzęsąca się kamera rodem z filmów z gatunku found footage, dalekie plany; śmiałe elipsy kończące sekwencje mało efektownych pościgów i nieprzyzwoicie długie ujęcia (tania mowa Jasona na temat przyjaźni, przeglądająca się w lustrze Kimberly), które dowodzą obsadowej porażki reżysera. Jest źle, gdy aktorzy grają całym ciałem, by odwrócić uwagę od niezbyt żywej mimiki twarzy. Jeszcze gorzej, gdy po włożeniu zielonych kostiumów, na które nakłada się efekty cyfrowe i które ograniczają ich ruchy, odsłaniają pozbawione wyrazu twarze.

Można zatęsknić za choreografią walk niezmieniającą się w ciągu następnych sezonów serialu, gdy ogląda się starcie filmowych Power Rangers z kitowcami, opierające się głównie na kopniakach w krocza i przeciskaniu się między łapskami potworów. Liczne montażowe cięcia nie pozwalają zresztą za dużo zobaczyć. Co gorsza, w finale wcale nie jest lepiej. Zordy niczym się nie wyróżniają – po prostu się z nich strzela. A gdy w końcu nadchodzi moment, na który wszyscy dorastający w latach dziewięćdziesiątych czekają... łączą się one w Megazorda za gigantyczną chmurą popiołu (serio, nic nie widać), po czym wymieniają parę ciosów z Goldarem, no i koniec.

Nic nam po „Power Rangers”, szczególnie takich, gdy przemysłem rozrywkowym trzęsie Marvel. Tym bardziej że nie brak tu rozwiązań znanych z filmów tego studia: choćby żartujących – nawiasem mówiąc, są to żarty naprawdę niskich lotów – bohaterów, którzy mają nam przypominać o tym, że to jednak lekkie kino. Jakieś plusy? Wątpię, by cameo dwójki starych znajomych i motyw muzyczny nawiązujący do oryginalnego „Go go Power Rangers” ucieszyło kogoś poza tymi, którzy dwadzieścia lat temu włączali Polsat w niedzielne poranki.


 0

Czytaj także