Joel Edgerton - Australijski aktor, który podbije Hollywood

Joel Edgerton - Australijski aktor, który podbije Hollywood

Dodano: 
kadr z filmu "To przychodzi po zmroku" (2017)
kadr z filmu "To przychodzi po zmroku" (2017) / Źródło: M2Films
Australijski aktor torował swoją drogę do Hollywood z konsekwencją godną podziwu. W jednym z wywiadów, gdy oscarowy buzz w związku z „Loving” trwał w najlepsze”, Joel Edgerton wyznał, że jest pracoholikiem. Nie lubi wokół siebie szumu, trzyma życie prywatne odgrodzone murem od fleszy paparazzi. Na ekranie nie da się go zapomnieć, nawet, gdy jego rola to may epizod. Czas zatem wziąć jego karierę pod lupę.

Trudne początki 

Edgerton był rzekomo przerażony karierą filmową. Po pierwszym dużym sukcesie w australisjkiej telewizji – roli w serialu „The Secret Life Of Us” – pojawiła się perspektywa wyjazdu, by ziścić sławetny „American Dream”. Aktor wspomina, że „był przerażony Ameryką, ale wiedział też, że gdyby nigdy nie spróbował, żałowałby całe życie”. I tak, po występach na deskach teatru w Sydney i kilku pomniejszych rolach w rodzimym przemyśle, zdecydował się podbić Amerykę.

Początki były jednak – jak dla każdego aspirującego na gwiazdę aktora – ciężkie. Edgerton stał się specjalistą od ról epizodycznych i drugoplanowych, jakby wchodząc w buty Gary’ego Oldmana, mistrza drugiego planu. Ponadto, Edgerton szybko udowodnił, że pasuje do kina mrocznego, pełnego niepokoju. W dramacie pt. „Ned Kelly” z 2003 roku odnalazł się jako członek gangu, zaś w niskobudżetowym filmie „Psia wachta” dołączył do załogi spod ciemnej gwiazdy. Chociaż były to role poboczne dla wątkó głównych, Edgerton wykreował wyraziste postaci. Brakowało jednak tytułu, który wzniósł by go do pierwszej ligi Hollywood.

Pierwszym blockbusterem, którym zaskarbił sobie nieco więcej szerokopasmowej uwagi, była rola Gawaina w „Królu Arturze” w 2004 roku. Epicki dramat historyczny, chociaż został kiepsko przyjęty przez krytyków, miał mimo to swoje grono odbiorców i pozwolił Edgertonowi pokazać się w większej produkcji. Niedługo po tym Australijczyk zagrał w „Akolitach” – filmie, który można traktować jako preludium do jego przełomowej roli w „Darze”. W wyreżyserowanym przez Jona Hewitta trhillerze, Edgerton zagrał seryjnego zabójcę, którego kilku nieświadomych nastolatków próbowało postraszyć. Chociaż „Akolici” nigdy nie podbił kin jako wielki przebój, to był ostateczny dowód talentu Edgertona.

Gwiezdne Wojny nie otworzyły bram do kariery?

Zanim doszło jednak do roli w „Akolitach” czy też „Królu Arturze”, Joel Edgerton miał swój mały epizod w megahicie George’a Lucasa. Wydawać by się mogło, że rola w „Gwiezdnych Wojnach” stanowiła wymarzony wpis w portfolio. Jednak jako Lars Owen nie dostał szansy, by zabłysnąć. Nawet, gdy stanął na tle zachodu słońca na Tatooine – w jednym z najpiękniejszych kadrów z sagi George’a Lucasa – nie dostał swoich pięciu minut na sławę. Zapytany o swoją rolę stwierdził kiedyś, że „wszyscy są zachwyceni Obi-wanem, a przecież Owen był z nim i też miał na koncie sporo do opowiedzenia”. Mimo fatalnych recenzji nowej trylogii „Gwiezdnych Wojen”, aktor wspomina, że chętnie wróciłby do świata mieczów świetlnych – skoro Daniel Craig wywalczył rolę jako Stormtrooper, to Edgerton przygarnąłby kolejny mały epizod, np. jako Boba Fett. A prawdopodobieństwo istnieje, bowiem w niedalekiej przyszłości planowany jest spin-off skupiony na postaci łowcy głów.

Znakomite role nadeszły z czasem

Przełomem dla Edgertona był thriller Davida Michoda o gansterskiej rodzinie z jego rodzimej Australii, zatytułowany „Królestwo zwierząt”. Pomimo drugoplanowej roli, Edgerton był stawiany obok fenomenalnego Bena Mendelsohna jako najciekawsza postać z filmu. Rok później trafiła się główna rola w remake’u „Coś” Johna Carpentera, który chociaż nie spotkał się z rewelacyjnymi recenzjami, za nią Edgerton złapał kolejne solidne opinie.

W 2011 roku Edgerton przebił się do pierwszej ligi Hollywood. „Wojownik”, w którym Joel zagrał boksera Brendana Conlona, otrzymał nominację do Oscara i szereg innych wyróżnień. Australijczyk był świetnym kontrargumentem dla Toma Hardy’ego i tym samym otworzyły się drzwi do kariery. Zagrawszy u boku Leonardo DiCaprio w „Wielkim Gatsbym”, otrzymał kilka nominacji oraz nagród za rolę drugoplanową (m.in. nominację do AFCA – nagroda Australisjkiego Grona Krytyków Filmowych). Tym samym ugruntował sobie swoją pozycję – już nie specjalisty do ról drugoplanowych, ale aktora, który jest w stanie udźwignąć ciężar filmu na własnych barkach.

Jak sam komentuje, wychował się na amerykańskiej telewizji, zaś akcent i ton głosu odgrywanej postaci są dla niego niezwykle ważne w przygotowaniach do ról. W 2014 roku zagrał Ramzesa w biblijnym widowisku Ridleya Scotta „Exodus: Bogowie i królowie”, w którym charakteryzacja oraz jego akcent spowodowały, że w skrytykowanym filmie błyszczał najjaśniej. W „Pakcie z diabłem” z 2015 roku, który miał być wielkim powrotem Johnny’ego Deppa do gangsterskiego kina, Edgerton skradł po cichu show, kreując wiarygodną postać Johna Connolly, agenta FBI „ścigającego” Whitey Bulgera. W tym samym roku Joel miał tez na koncie swoją – moim skromnym zdaniem – najlepsza dotychczasową rolę. W thrillerze „Dar” wcielił się w rolę Gordo, psychopatycznego dziwaka, który prześladuje pewną parę.

Największą sławę przyniósł mu jednak występ w zeszłorocznym „Loving”. Rola oszczędna w słowach, specyficzna i złożona z wielu drobnych niuansów przyniosła Edgertonowi pierwsza nominację do Oscara. W wyścigu po statuetkę nie wygrał, ale Ci, którym Australijczyk do tej pory umykał gdzieś na horyzoncie, mogli przekonać się o jego talencie.

Człowiek-orkiestra, o którym będzie głośniej

Nie ma złudzeń, co do tego, że rola w „Loving” była przełomem w karierze Joela Edgertona. Jednak aktor nie ma w planach pozostania po jednej stronie kamery. „Dar” był jego debiutem filmowym i Australijczyk sam podkreśla, że ma apetyt na więcej. Jak powiedział w wywiadzie dla portalu zimbio.com, pracuje nad dużym kryminałem, opartym na prawdziwej historii. Także nad filmem science fiction. Podkreśla jednak to, że chciałby kręcić więcej. Nie pozostaje zatem nic innego, jak czekać na kolejne propozycje tego człowieka-orkiestry. Być może za kilkadziesiąt lat będziemy mogli nazwać Joela Edgertona australijskim Clintem Eastwoodem?

Autor: Kajetan Wyrzykowski, Unusual Motion Pictures

Czytaj także

 0

Czytaj także