Tom of Finland - zasłonięta ikona

Tom of Finland - zasłonięta ikona

Dodano: 
Tom of Finland - zasłonięta ikona
Tom of Finland - zasłonięta ikona / Źródło: Tongariro Releasing
„Tom of Finland” Dome Karukoskiego, czyli fiński kandydat do Oscarowej nominacji w kategorii Najlepszy Film Nieangielskojęzyczny, jest obrazem o życiu Touko Laaksonena, znanego szerzej właśnie jako Tom of Finland, ikona gejowskiej popkultury.

Mężczyznę, który zasłynął homoerotycznymi rysunkami, które nie pozostawiały wiele wyobraźni, przedstawiając półnagich facetów w skórzanych kurtkach i z nabrzmiałymi erekcjami, poznajemy jako młodego chłopaka, znajdującego się na froncie II Wojny Światowej. Tam jesteśmy świadkami jego momentu krytycznego - zabicia żołnierza wrogiej armii - chwili, która wielokrotnie będzie wracać w jego wspomnieniach.

Szybko jednak przechodzimy do dalszej części historii, już po wojnie, gdy chłopak, mieszkając ze swoją siostrą, ma problem z odnalezieniem się w otaczającej rzeczywistości. Nie umie znaleźć swojego miejsca, musząc ukrywać kim jest i uciekać się do podstępów, by pod osłoną nocy w helsińskich parkach, spotykać się z mężczyznami. W wolnych chwilach chłopak sięga po kartkę i ołówek i szkicuje wyuzdane rysunki, które pewnego dnia przyniosą mu ogromną sławę, mając wpływ na setki ludzi. (Z ekranu padnie nawet zdanie: „Dałeś nadzieję wielu chłopakom, którzy poczuli, że mogą być sobą).

Zanim jednak to nastąpi, Touko z pomocą swoich szkiców będzie próbować nawiązywać kontakty z innymi w miejscach publicznych. Wszystko się zmieni, gdy do jego mieszkania wprowadzi się chłopak, który wyraźnie podoba się jego siostrze. Wzajemna fascynacja obu mężczyzn zdaje się jednak silniejsza i może doprowadzić do dramatu.

„Tom of Finland” jest niestety bardzo zachowawczym filmem biograficznym, który dążąc do pokazania CAŁEGO życia swojego bohatera, zdaje się pomijać najciekawsze momenty jego historii. Gdy tylko na ekranie zaczyna robić się ciekawiej, dochodzimy do jakiegoś punktu zwrotnego w życiu bohatera, do jakiejś decyzji, która będzie rzutować na niego i na innych, reżyser zamiast przystanąć i przyjrzeć się temu momentowi, decyduje się na… przeskok czasowy. Najgorsze jest to, że po takim przeskoku twórca całkowicie zapomina o poprzedzających scenach, nie nawiązuje do nich w najmniejszym stopniu, prowadząc swoją historię z nowego punktu. Po czym dochodzimy do kolejnej chwili przełomowej, budzącej napięcie i potencjalnie dramatycznej, by… znów dostać przeskok czasowy. W ten sposób „Tom of Finland” wydaje się bardziej szkicem, pierwszą wersją historii, aniżeli ukończonym scenariuszem filmowym, a co dopiero gotowym filmem.

Koronnym przykładem opisanego wyżej casusu niech będzie scena, w której Touko wysyła pierwszy list do Ameryki i nagle, z dnia na dzień, zostaje opublikowany - to wyraźny przełom i moment godny czasu ekranowego. Sęk tkwi w tym, że scena trwa jedynie chwilę i w zasadzie nie przedstawia nic ponadto, co opisane w zdaniu powyżej. Wydawać, by się mogło, że taki moment godny jest opowieści o tym dlaczego rysunki zaczęły rezonować w Ameryce, co spowodowało ten pierwszy sukces, jak dokładnie do niego doszło, jak Touko zareagował na to, że został dostrzeżony, doceniony i opublikowany. Filmowcy jednak po raz kolejny decydują się wtedy na przeskok czasowy, już do chwili, gdy Tom otrzymuje kolejny czek z Ameryki i list od fana. (Nie tak porywa się widownię, oj nie tak!)

Takie prowadzenie akcji sprawia, że „Tom of Finland” to *prawie* dobra produkcja, a takie irytują najbardziej. To dzieła, które pokazują ciekawą historię, zdają się iść w dobrym kierunku, ale nie mają na tyle pomysłowości, by doprowadzić swoje koncepcje do końca, by „postawić kropkę nad i” i dać wydarzeniom w pełni wybrzmieć na ekranie. Przez to stają się zmarnowanymi potencjałami na opowiedzenie prawdziwie interesującej historii.

Obraz Karukoskiego napakowany jest bowiem chwilami, które są dramatyczne, pełne emocji i umożliwiające pokazanie szerokiego spektrum problemów, jakie dotykały środowisko gejowskie w powojennej Europie. Sęk tkwi w tym, że reżyser jest zupełnie niezainteresowany eksploracją tych momentów, chcąc raczej pognać do przodu, by „odhaczyć” kolejny punkt historii. Nawet nie znając wcześniej historii „fińskiego Toma”, łatwo jest zauważyć, że jego osoba zasługiwała na godniejszą filmową reprezentację. Mini-serial od HBO zdaje się idealnym formatem na pełnoprawną eksplorację wszystkich poruszanych tutaj wątków. W filmowej formie ta historia staje się bowiem jedynie pustą laurką.

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0

Czytaj także