Solo - A Star Wars Story - Cannes 2018

Solo - A Star Wars Story - Cannes 2018

Dodano: 
Solo - A Star Wars Story - Cannes 2018
Solo - A Star Wars Story - Cannes 2018 / Źródło: Lucasfilm
“Solo: A Star Wars Story” Rona Howarda, czyli opowieść o młodości Hana Solo, to pełnoprawny letni blockbuster, osadzony w świecie “Gwiezdnych Wojen”.

Historia rozpoczyna się sekwencją pościgu poduszkowców, w której ważnym elementem są srebrne kości na breloczku, które widzieliśmy w poprzednich częściach, (które są oczywiście późniejsze, patrząc na chronologię). Scena ta pokazuje też sposób, w jaki “Solo” działa w obrębie Gwiezdnej Sagi.

Film Howarda jest samodzielną, pełnoprawną opowieścią, z własnym, lekkim klimatem, która jednak wielokrotnie umiejętnie nawiązuje do najbardziej znanych zagrań znanych z wcześniejszych obrazów Serii. Produkcja, która skupia się na pierwszych misjach Hana, pokaże nam w jaki sposób nasz ulubiony bohater poznał swojego wiernego kompana przygód - Chewbaccę (to chyba najlepszy moment filmu), jak doszło do współpracy z Lando Carlissianem, a nawet kto wymyślił oryginalne imię bohatera (choć ta informacja akurat może nieco podzielić widownię). Ba! Reżyser w wyrazisty sposób postawi się nawet po jednej ze stron “konfliktu” między fanami oryginalnych części, a tymi, którym nie przeszkadzają zmiany po restoracji cyfrowej, w scenie, która bezpośrednio ogrywa t-shirtowy slogan.

Produkcja jest lekka, nie stroni od humoru, posiada też wiele niezłych scen akcji. W zasadzie film poprowadzony jest od jednej sekwencji akcji do drugiej, a my patrzymy jak bohaterowie muszą improwizować, gdy kolejne wersje planu się nie powodzą i trzeba znaleźć nowy sposób na wypełnienie misji. Niektóre jej elementy wydają się nad wyraz proste i ograne, jednak dzięki dobrym efektom oraz ciekawej choreografii walk, ogląda się je z zainteresowaniem.

Alden Ehrenreich, który wciela się w tytułową, kanoniczną rolę Hana Solo, niestety miewa drewniane i mniej przekonujące momenty, jednak koniec końców, głównie dzięki dobrej chemii z innymi aktorami, przekonuje w swojej roli. W szczególności dobrze wypada w relacji z Emilią Clarke, z której Qi’Rą udaje mu się zbudować wiarygodną relację już od pierwszej wspólnej sceny. Osobną kwestią pozostaje Lando Carlissian i jego relacja z resztą bohaterów. Już od pierwszych zwiastunów Donald Glover zapowiadał się na najlepszą część produkcji i pełna wersja obrazu tylko to potwierdza. Glover czuje się jak ryba w wodzie, z luzem, zawadiackim uśmiechem i błyskiem w oku, ogrywając manieryzmy swojego bohatera i czyniąc z niego postać tyleż przerysowaną, co świadomie ekstrawagancką. Kiedy Lando wchodzi do pomieszczenia, wie że wszystkie oczy będą skierowane w jego stronę i zupełnie mu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie - błyszczy w świetle reflektorów.

Po raz kolejny w “Gwiezdnych Wojnach” świetne są role robotów. Tym razem pod postacią L3-37 z głosem Phoebe Waller-Bridge, której uwagi zawsze potrafią włożyć uśmiech na nasze usta. To zresztą ciekawa postać, także pod względem sprawczości i samodzielności działania. Robot ma opinie, własne pomysły oraz plany, które chce wprowadzić w życie. To czyni z niej pełnoprawną, ciekawą postać, nawet lepszą niż niektóre poboczne postaci, które tylko na chwilę pojawiają się na ekranie.

“Solo” ciekawy jest też w warstwie muzycznej, umiejętnie ogrywając znane motywy. A chwila, w której “Marsz Imperialny” pojawia się w obrębie świata przedstawionego, to zagranie doskonałe w swojej prostocie.

Mimo swoich mocnych stron, “Han Solo: Gwiezdne Wojny - historie” jest jednak obrazem raczej jednorazowego użytku, do którego nie będzie się wracać z takim namaszczeniem i radością, jak do oryginalnych filmów. Równocześnie - nie widzę najmniejszych przeciwskazań, by kolejne filmy w podobnym duchu powstawały przez kolejne lata. (Zwłaszcza, że wygląda na to, że twórcy mają niespodziewane pomysły na rozwinięcie historii).

Ocena: 7/10

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0

Czytaj także