Kino rosyjskie w pigułce: filmy 10. Sputnika nad Polską

Kino rosyjskie w pigułce: filmy 10. Sputnika nad Polską

Dodano:   /  Zmieniono: 
Insight (2015)
Insight (2015) / Źródło: Sputnik nad Polską
W dniach 3–13 listopada odbyła się 10. edycja Festiwalu Filmów Rosyjskich Sputnik nad Polską. Impreza ta jest współczesną kinematografią rosyjską w pigułce: na program składają się zarówno tytuły niszowe, jak i kasowe megaprodukcje. Co do zaoferowania mają zatem filmowcy ze Wschodu?

„Uczeń”, reż. Kiril Serebrennikov (Rosja 2016)

Laureat Grand Prix w Konkursie Filmów Fabularnych

„Uczeń”, pokazywany również podczas tegorocznego Festiwalu Filmowego w Cannes (w sekcji „Un Certain Regard”), to film wyróżniony za „zamknięcie w oryginalnej i zdyscyplinowanej formie palącego problemu współczesności”, jak czytamy w uzasadnieniu jury festiwalu Sputnik nad Polską. I rzeczywiście – dzieło Serebrennikova w wyjątkowo umiejętny i ciekawy sposób unaocznia na ekranie konflikt między naturą a religią. Swoimi bohaterami czyniąc fanatycznego piewcę zapisów Biblii oraz zdroworozsądkową nauczycielkę biologii, reżyser z pewną przesadą pokazuje dwie strony patrzenia na ten sam problem. Twórca wyraziście krytykuje wszelki fanatyzm i zatwardziałe przekonanie o swojej racji, która jest najważniejsza i najprawdziwsza ze wszystkich, w intrygujący sposób ukazując przy tym spiralę przesady, która może doprowadzić do tragedii. / MK

Więcej możecie przeczytać w pełnej recenzji filmu.

„Insight”, reż. Aleksandr Kott (Rosja 2015)

II nagroda w Konkursie Filmów Fabularnych 

Laureat drugiej nagrody w Konkursie Filmów Fabularnych na tegorocznej edycji Sputnika nad Polską to film-matrioszka. W jednej lalce mieści się druga, w jednym gatunku filmowym – kolejny. „Insight” uderza na początku w tak śmiertelnie poważne tony, że nagła zmiana konwencji wywołuje szok. Zmyłką okazuje się nawet główny bohater, który po czasie oddaje ekranową palmę pierwszeństwa postaci (zdawałoby się) drugoplanowej. Nietrudno się domyślić, że jury festiwalu wyróżniło film ze względu na grację, z jaką Aleksandr Kott igra z oczekiwaniami widza. Rzecz w tym, że poza efektownymi woltami „Insight” oferuje ograną już historię o małżeństwie wykończonym przez rutynę. Owszem, do puenty reżyser dąży poprzez dość perwersyjną tragifarsę, jednak okrucieństwo, z jakim traktowany jest niewidomy Zujew, budzi pewien rodzaj zniesmaczenia. Szkoda, że w tej precyzyjnie skonstruowanej opowieści zabrakło miejsca na zwykłą empatię. / DP

„Zoologia”, reż. Iwan I. Twierdowski (Francja, Niemcy, Rosja 2016)

III nagroda w Konkursie Filmów Fabularnych 

„Zoologia” jest niezwykle wyrazistym i ciekawym formalnie obrazem o wyobcowaniu oraz urokach pierwszej miłości. Kiedy poznajemy Nataszę, nietrudno nam zauważyć, że bohaterka boryka się w swoim życiu z problemem samotności. Gdy ludzie w okolicy plotkują, że w dzielnicy grasuje kobieta-demon, nic nie wskazuje na to, że nie dość, że pogłoski okażą się prawdziwe, to jeszcze dotyczyć będą samej Nataszy. A jednak – pewnego dnia kobieta budzi się ze specyficzną naroślą na plecach, szczególnego rodzaju ogonem. Ta fizyczna skaza jest jednak tylko metaforą wyobcowania kobiety ze społeczeństwa, jej odmiennego charakteru. I, co zaskakujące – jej biletem do wolności i odkrycia siebie na nowo. Kiedy poznaje przystojnego lekarza, który na dodatek nie ma nic przeciwko jej nietypowemu schorzeniu, Natasza z radością wchodzi z nim we flirt. To zresztą najmocniejsze, najbardziej wyraziste momenty produkcji, niezwykle uniwersalne i pełne podskórnych emocji. Dzięki tej relacji kobieta na nowo odkrywa swoją seksualność i dziewczęcość. Krótkie włosy, spódniczki przed kolano i noszony z werwą plecak to tylko niektóre z atrybutów, które stanowią o młodzieńczym poczuciu wolności, które wstąpiły w kobietę. „Zoologia” urzeka także od strony formalnej. Wiele sekwencji zachwyca swoim pomysłem inscenizacyjnym czy użyciem koloru. Wyśmienity jest chociażby moment z czerwonymi krzyżami malowanymi na ścianach. Ogólnie rzecz biorąc – „Zoologia” to film nietypowy i warty uwagi. / MK

„Syndrom kukiełki”, reż. Jelena Chazanowa (Rosja, Szwajcaria, Niemcy 2015)

Tytuł filmu Jeleny Chazanowej ma dwojakie znaczenie. Po pierwsze, nawiązuje do zespołu Angelmana zwanego także zespołem szczęśliwej kukiełki, który objawia się między innymi nieuzasadnionymi napadami śmiechu i nienaturalnymi ruchami. Po drugie, charakteryzuje relację między lalkarzem Pietią i jego żoną Lizą, którą mężczyzna obsadza w swych przedstawieniach właśnie w roli lalki. Kiedy parze rodzi się syn chory na – o ironio! – zespół Angelmana, bajkowe dotychczas małżeństwo zaczyna się sypać. Pietia nie może zrozumieć, że jego ukochana to kobieta z krwi i kości, która w przeciwieństwie do marionetek miewa gorsze i lepsze dni. W rezultacie bohater tworzy silikonowego sobowtóra żony… Z biegiem czasu ta zawiła historia traci na przejrzystości, przez co finał pozostawia widza z pewnym niedosytem. Mimo tego „Syndrom kukiełki” jest ciekawą wiwisekcją toksycznego do granic możliwości związku. / DP

„Raj”, reż. Andriej Konczałowski (Niemcy, Rosja 2016)

Projekcja „Raju” poprzedzona przemową samego Andrieja Konczałowskiego była prawdopodobnie najważniejszym wydarzeniem 10. Sputnika. Nic dziwnego – autor „Syberiady”, „Kochanków Marii” czy też „Uciekającego pociągu” cieszy się estymą nie tylko w Europie. Nagroda za reżyserię na tegorocznym MFF w Wenecji dodatkowo wzmogła zainteresowanie warszawskim pokazem. Rozgłos wokół filmu niestety działa na jego szkodę, pogłębia rozczarowanie wywołane naiwnością i sztucznością narracji. Akcja „Raju” toczy się głównie w jednym z obozów koncentracyjnych, gdzie ponownie (gdyż wcześniej łączył ich flirt we włoskiej scenerii) przecinają się ścieżki niemieckiego arystokraty i rosyjskiej księżnej. On śledzi przekręty w obozowej administracji i jako wzorowy esesman próbuje sprostać świetności własnego rodu, ona ponosi karę za pomoc żydowskim dzieciom. Historia ta mogłaby wręcz piorunować, gdyby nie to, że bieżące wydarzenia omawiają sami bohaterowie – w dodatku z perspektywy pośmiertnej. Zabieg ten nie tylko trąci kiczem, ale też stanowi wyraz zwątpienia w inteligencję widza. Zupełnie tak, jakby widok ludzi zaganianych do komory gazowej wymagał komentarza. / DP

„Męski wybór”, reż. Jelena Demidowa (Rosja 2014) 

Zima na Syberii trwa 260 dni w roku i jest na tyle ostra, że nawet Nieńcy opuszczają swe obozowiska i przenoszą się na południe. W takich warunkach pracują dla Gazpromu trzej bohaterowie filmu dokumentalnego Jeleny Demidowej: inżynier Dmitrij, hydraulik Aleksiej i pomocnik wiertacza Andriej. Reżyserka śledzi ich losy nie tylko podczas miesięcznych zmian, gdy walczą z przyrodą i tęsknotą za domem, ale także w czasie wolnym spędzanym z rodzinami. Poza jednym Aleksiejem, który na Północy znalazł miłość, mężczyźni traktują swą trudną pracę jako tymczasowy sposób na przeżycie, zaoszczędzenie grosza. Czy gra jest jednak warta świeczki? Czy bohaterów rzeczywiście czeka lepsza przyszłość? Odpowiedzi udzielane przez Demidową nie napawają optymizmem, trudno nazwać je również odkrywczymi. Tak, wydobycie gazu odbywa się w ekstremalnych warunkach i na pewno odbija się na zdrowiu, a rozłąka z najbliższymi to dla tych ludzi gwóźdź do trumny. Szkoda, że „Męski wybór” nie wykracza poza te oczywistości. / DP

„Sztuka prawdziwa”, reż. Renat Davletyarov (Rosja 2016)

Sputnik nad Polską to pełny przekrój rosyjskiej kinematografii – oprócz filmów autorskich festiwal oferuje sekcję Kalejdoskop, a w niej zestaw najświeższych megaprodukcji. Wśród nich znalazł się thriller „Sztuka prawdziwa” o młodej kobiecie, której chłopak-malarz zamieszany był w mafijne interesy. Był, ponieważ akcja filmu zaczyna się momencie, gdy mężczyzna zostaje zamordowany we własnym mieszkaniu. Bohaterka przeczuwa, że jej również grozi niebezpieczeństwo i zaczyna uciekać. Od tej chwili „Sztuka prawdziwa” zamienia się w jeden długi pościg, w którym wszelkie przystanki służą dwóm typom scen: tym posuwającym do przodu prywatne śledztwo prowadzone przez Sashę oraz takim, w których Sasha eksponuje swe wdzięki pod prysznicem, wspomina miłosne igraszki z ukochanym lub przechadza się po mieszkaniu w samej koszulce. W efekcie powstał thriller na modłę hollywoodzką w najgorszym znaczeniu tego słowa, w którym brak sensownej fabuły rekompensować mają wystrzały i golizna. Coś z cyklu „zabili go i uciekł”. / DP

Czytaj także

 0

Czytaj także