Sho(r)ty ŻubrOFFki po raz drugi!

Sho(r)ty ŻubrOFFki po raz drugi!

Dodano:   /  Zmieniono: 
plakat 11 edycji Festiwalu ŻubrOFFka
plakat 11 edycji Festiwalu ŻubrOFFka / Źródło: zubroffka.pl
Festiwal Filmów Krótkometrażowych ŻubrOFFka na stałe zapisał się już na mapie najciekawszych wydarzeń kulturalnych na Podlasiu. To także jedno z najbardziej energetycznych wydarzeń na festiwalowej mapie Polski, które z roku na rok zdobywa coraz większe zainteresowanie.

Wszystko to wynika z powodu, że to impreza, której energii, stylu i smaku nie da się podrobić. Jest ona całkowicie nie do zastąpienia. Otwartość, akceptacja, zainteresowanie oraz luz i swoboda są jednymi z najważniejszych wyznaczników sukcesu tego młodego festiwalu. To dopiero jego XI edycja, ale impreza już posiada swój wyrazisty ton i charakter, nadany przez doskonały team nadzorujący jej przebieg. Festiwal Filmowy ŻubrOFFka to bowiem przede wszystkim ludzie, którzy go tworzą. Wszyscy i każdy z osobna wykonują swoją pracę z nieskrywaną pasją, zaangażowaniem, bijąc przy tym hektolitrami pozytywnej energii, którą potrafią zarazić nawet największego smutasa. ŻubrOFFka jest więc jak zastrzyk adrenaliny prosto w serce, idealnym jako remedium na zimową pogodę i nieprzychylną aurę panującą za oknem.

Po tych peanach na cześć festiwalu, pisanych z łezką w oku, gdy wracam autobusem do Warszawy, przyszedł czas na przebieżkę po najciekawszych wydarzeniach i filmach tegorocznej imprezy. W tym miejscu warto zauważyć, że największym plusem festiwalu pod względem filmowym jest różnorodność. Temat, forma, tonacja, czy nawet długość - wszystko jest zmienne i nieustalone z góry. Nigdy nie wiadomo więc czego możemy się spodziewać po kolejnej krótkiej historii. Poszczególne sety zostały bowiem tak dobrane, że nigdy nie wiadomo co pokaże następnych pięć minut. A choć wśród zaprezentowanych filmów znalazło się kilka, po których widać, że są jedynie zalążkami pomysłów, wstępną wprawką reżyserską, kilka z nich to prawdziwe perełki, które stanowią niezwykle ciekawe expose kreatywności swoich twórców i wróżą im wielką karierę.

Najciekawszą sekcją festiwalu okazał się Cały Ten Świat, prezentujący obrazy z różnorodnych zakątków globu. To właśnie ta sekcja obfitowała najciekawszymi, najbardziej przemyślanymi i najpełniejszymi obrazami. Uwagę w szczególności zwróciły izraelskie „Hounds” Omera Tobiego, opowiadające historię pewnego awansu, który stał się przyczynkiem do małej tragedii. Oto gdy po szesnastu latach pracy jako ochroniarz w muzeum, Iris otrzymuje posadę menager, jest wniebowzięta. Kiedy jednak dochodzi do niefortunnego incydentu, jej marzenia mogą obrócić się w niwecz za sprawą kilku słów. „Hounds” jest mocne w szczególności niezwykle wyrazistymi relacjami bohaterek, piękną życiową naiwnością Iris oraz licznymi bon-motami rzucanymi mimochodem we wzajemnych dyskusjach. Uśmiech gwarantowany.

Wyjątkowo udane były także chilijskie „Las cosas simples” Alvaro Anguity, o wyjątkowo ciekawej i nieco przewrotnej historii. Oto urzędniczka pocztowa, która mieszka z chorą na Alzhaimera matką, pewnego dnia na swojej drodze spotyka mężczyznę, który również zdaje się mieć problemy z pamięcią. Postanawia wykorzystać tę sytuację i wmawia dwójce, że są małżeństwem. Jest to ewidentny przyczynek do serii niespodziewanych zdarzeń, które reżyser ogrywa w bardzo ciekawy sposób.

Warte wynotowania są także produkcje „It wasn’t me”, stanowiące interesującą próbkę w dziedzinie budowania horroru z wykorzystaniem luster; „The Black Bear”, będący przewrotną czarną komedią o ryzyku wynikającym ze spotkania z niedźwiedziem brunatnym (podtytuł filmu głosi zresztą „Regulamin poruszania się po parku Narodowym X”, można więc powiedzieć, że film jest więc jego adaptacją); „The Disappearence of Willie Bingham” stanowiące coś z pogranicza body-horroru i filmu propagandowego, z bardzo wyrazistym gęstym klimatem, czy wreszcie rozkoszny i bogaty wizualnie „Spoetnik”, którego oficjalny katalogowy opis brzmi: „Sam utknął między food-truckiem a burdelem”.

Równie ciekawa była sekcja „Amatorzy”, w której największą uwagę przyciągnęła „Ciotka” Lucjana Włodarczyka. Historia młodej dziewczyny, która mieszka ze swoją schorowaną ciotką to pełna absurdów opowieść, która swoim stylem i specyficznym poczuciem humoru przywodzi na myśl świetny „Kebab i Horoskop” Grzegorza Jaroszuka. Film jest w szczególności silny barwną charakterystyką postaci oraz niezwykłym wyczuciem komediowego timingu.

Warto pochylić się także nad etiudą „Król Teb” Sebastiana Szewczykowskiego, która opowiada o trudnej relacji ojca z synem. Dość powiedzieć, że akcja zaczyna się od pełnego pretensji wyznania: „Dzięki, tato za kartkę urodzinową. Wprawdzie skończyłem właśnie 20 lat, a nie 19, ale liczy się gest”, by następnie w serii zaskakujących zwrotów akcji całkowicie obrócić sytuację, również pod względem inscenizacyjnym. Bardzo ciekawy zabieg oraz interesująco rozpisana historia, która pokazuje siłę skrywanie sekretów oraz podatności na emocjonalny szantaż, gdy ktoś go pozna.

Niezwykle interesująco zaprezentował się także obraz „Father0” Konrad Pachciarek, który również dotykał problemów młodych chłopaków ze swoimi ojcami (czy raczej ich brakiem, stąd zresztą „0” w tytule). Film opowiadający o grupie chłopaków w zakładzie poprawczym posiada bardzo ciekawy, przemyślany scenariusz, pełen humorystycznych scen, czy celnych uwag. Uwagę zwraca też bardzo ciekawa strona wizualna. Uwagę zwracają w szczególności liczne zdjęcia rozmowy nad morzem, filmowane z lotu ptaka. Plusem filmu jest także jego warstwa muzyczna oraz fizyczny udział zespołu Luxtorpeda, który staje się integralną częścią akcji. Młodzi aktorzy wprawdzie mają jeszcze wiele przed sobą, by wypaść w pełni wiarygodnie, ale biorąc pod uwagę wysoki poziom scenariusza, można przymknąć oko na to niedociągnięcie.

Lekcja Muzyki” Macieja Korsana jest zaś doskonałym przykładem różnorodności panującej na festiwalu. Trwając jedynie minutę, potrafi porządnie rozbudzić i zarazić pozytywną energią, ukazując niezwykle interesującą wariację na temat utwory „Dla Elizy” Ludwika Van Beethovena.

Niezwykle różnorodna jest także sekcja „Studenci”, prezentująca dokonania studentów polskich szkół filmowych. Warto w niej w szczególności wyróżnić etiudę „Raz Dwa Zero” w reżyserii Anny Pawluczuk, opowiadającej o ciężkiej pracy młodych gimnastyczek artystycznych, które chcąc osiągnąć szczyt w swojej dziedzinie, muszą poświęcić ćwiczeniom niemal całe swoje życie i wylać hektolitry łez. Film otwiera oczy na cenę osiągnięcia marzeń, a przerwanie go niemal w kulminacyjnym momencie, każe zastanawiać się nad dalszymi losami bohaterki.

Na koniec kilka słów o Midnight Shortach, czyli o czymś, co w zeszłym roku najmocniej przekonało mnie do Festiwalu, zanim się nawet na nim oficjalnie pojawiłem. Po tamtych niezapomnianych wrażeniach (opisanych dokładniej w tym miejscu) tegoroczny zestaw nie „zrył mi bani” aż tak mocno. Programerzy zdecydowanie jednak zostawili najlepsze na koniec, gdyż ostatnie cztery filmy zrobiły na mnie już spore wrażenie.

Night of the slasher”, które w bardzo ciekawy sposób bawi się kliszami horrorów typu slasher, unikając jednak powtórki z wielu komediowych produkcji, które pojawiły się na rynku w ostatnich latach. Prześmieszne i krwawe w pięknie przerysowany sposób „Intruders”, które choć nieco przewidywalne, z łatwością włożyło uśmiech na moje usta, czy „Gwilliam”, który, w skrócie - był tak obrzydliwy, że aż niezwykle uroczy. W sekcji Midnight Shorts warto zwrócić uwagę także na „Ramonę”, która choć nie do końca mi się podobała (mimo stylistycznych odniesień do „Drive” czy „Victorii”), urzekła mnie swoją elektroniczną ścieżką dźwiękową. 

To już druga edycja z której wyjeżdżam z poczuciem smutku i żalu, że to już koniec. Jedno jest pewne - to festiwal, na który chce się wracać!

Czytaj także

 0

Czytaj także