Jutro będzie smutno - relacja z Festiwalu w Salonikach

Jutro będzie smutno - relacja z Festiwalu w Salonikach

Dodano: 
kadr z filmu "Grain" (2017)
kadr z filmu "Grain" (2017) / Źródło: Thessaloniki International Film Festival
Twórcy filmów pokazywanych na 58 festiwalu w Salonikach zapowiadają, że najbliższa przyszłość będzie ponura, choć z przejaśnieniami

Festiwal w Salonikach jest jednym z tych, które zamykają kinowy sezon. Większość pokazywanych tam filmów miała swoje pierwsze seanse w Cannes, Berlinie czy Toronto, nie jest to jednak impreza powtórek, a raczej próba uchwycenia tego, co się dzieje we współczesnym kinie, co zajmuje i fascynuje filmowców z całego globu. Program festiwalu jest klarownie podzielony na kilka sekcji, w tym Międzynarodowy Konkurs, Grecki Festiwal Filmowy, Przegląd Bałkański, Otwarte Horyzonty oraz pomniejsze przeglądy i retrospektywy. Gdyby szukać polskich odpowiedników festiwalu w Salonikach, wyszłoby skrzyżowanie Warszawskiego Festiwalu Filmowego i festiwalu w Gdyni. Podobnie zresztą jak na tym ostatnim festiwalu refleksjom sprzyja bliskość morza – większość festiwalowych projekcji odbywa się w starych greckich dokach, z dala od szumu miejskich kawiarni i centrów handlowych. W mroku kinowych sal twórcy z całego świata często zadawali pytania o niedaleką przyszłość. I choć często ich wizja była przygnębiająca, zostawiali na końcu iskierkę nadziei.

Jednym z takich filmów było „Pomniejszenie” Alexandra Payne’a, pełna czarnego humoru wizja niedalekiej przyszłości (film wchodzi do polskich kin w styczniu 2018). Reżyser, a także współscenarzysta filmu odwrócił pytanie o to jak uratować świat w typowy dla siebie, ironiczny sposób: co by było, gdyby zamiast zwiększać produkcję, zmniejszymy konsumentów? Kilkucentymetrowi ludzie mniej jedzą, potrzebują mniejszych domów, a jedyne ich zmartwienia to na co wydać nadmiar pieniędzy (których wartość kilkukrotnie wzrosła, bo małe rzeczy są dużo tańsze) i jak uchronić się przed gigantycznymi owadami i zwierzętami. Oczywiście miniaturowa przyszłość nie jest świetlana, bo Payne jak sam o sobie mówi jest „realistą”, więc w „Minilandii” szybko pojawiają się emigranckie getta, kwitnie nielegalny handel alkoholem i innymi dobrami, a wizja końca świata wciąż wisi nad homo sapiens. Krótko mówiąc: ludziom nie są potrzebne spektakularne katastrofy, by mogli sami siebie wykończyć. Ale w tej niezbyt optymistycznej wizji pojawia się mocny jak wódka przemycana przez Dusana (Christoph Waltz), promień światła – uratować od niebytu i wiecznej depresji może empatia i solidarność. Gdy naukę tę przyswaja sobie główny bohater, Paul Safranek (Matt Damon), odnajduje i sens i cel życia.
Na innego rodzaju wyprawę mogącą uratować, jeśli nie świat, to choćby kraj, wyrusza bohater nowego filmu Turka Semiha Kaplanoglu („Miód”, „Mleko”, „Jajko”), zatytułowanego „Grain”, czyli „Ziarno”. Na co dzień żyje w enklawie pełnej genetycznie modyfikowanej żywności, do której dostęp mają tylko bogaci; emigranci z biedniejszych regionów albo zamieszkują jałową ziemię zwaną Dead Lands, albo giną podczas próby przedostania się do „lepszego” świata. Tutaj wizja niedalekiej przyszłości jest poetycka i ponura zarazem, co podkreślają też czarno-białe zdjęcia zrealizowane zresztą na taśmie filmowej, a nadzieja tkwi w skonfrontowaniu się z własnymi błędami.

Kiepską pogodę na jutro prognozuje też Ruth Mader w pokazywanym w Międzynarodowym Konkursie filmie „Life Guidance”. Austriacka reżyserka proponuje wizję przyszłości, w której hasło „bądź najlepszą wersją siebie” jest nie tylko machiną do sprzedawania kolejnych produktów, ale podstawą faszystowskiego porządku społecznego. W rolę orwellowskiego Ministerstwa Miłości wciela się tu tytułowa organizacja „Life Guidance”, która w białych rękawiczkach kontroluje życie obywateli. Jej ofiary, dla niepoznaki nazywane klientami, muszą się poddać nowym zasadom, bo w razie sprzeciwu są wysyłane do psychiatryka. Wyglądający jak długi odcinek serialu „Black Mirror” austriacki film namawia przy tym wszystkim do buntu i walki o prawo do swojego niedoskonałego życia.

Niewesoła przyszłość maluje się też w filmie „Ussak” greckiego reżysera Kyriakosa Katzourakisa – tu z kolei oglądamy wizję jutra, w którym kryzys ekonomiczny przełożył się na głęboki rozpad międzyludzkich więzi. Co ciekawe, film który najbardziej spodobał się jury oceniającemu Międzynarodowy Konkurs, czyli „Ravens” („Kruki”) autorstwa Szweda Jensa Assura, także opowiadał o lęku o przyszłość, tyle że z perspektywy żyjących w latach 70. rolników. Wkraczająca na wieś mechanizacja stawiała pod znakiem zapytania ciągłość i sens ich pracy. W tym filmie zatriumfowała rodzinna solidarność oraz wiara w wartość tradycji – choćby rozdziobać nas miały kruki i wrony, zawsze będziemy mieć siebie. I może tego należy się trzymać?

Autor: Ola Salwa, przewodnicząca Jury FIPRESCI na 58 festiwalu filmowym w Salonikach

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0

Czytaj także