Najprawdziwszy jest dystans. Rozmowa z Piotrem Chrzanem

Najprawdziwszy jest dystans. Rozmowa z Piotrem Chrzanem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Piotr Chrzan
Piotr Chrzan / Źródło: Human Power
O nowej generacji kina holocaustowego, antysemickich kalkach i finansowych perturbacjach rozmawiamy z Piotrem Chrzanem – reżyserem „Klezmera” i laureatem Grand Prix „Kamera Dawida” 13. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmów o Tematyce Żydowskiej.

Dominika Pietraszek, FILM: „Klezmer” jest pana pełnometrażowym debiutem. Dlaczego film powstał właśnie teraz? Czy miała na to wpływ ostatnia „moda” na produkcje o tematyce żydowskiej (sukces „Idy”), czy chęć opowiedzenia podobnej historii rosła w panu od dawna? 

Piotr Chrzan: „Klezmer” nie ma nic wspólnego z „Idą”. Kiedy sława „Idy” zaczęła się rozprzestrzeniać po świecie, my już robiliśmy zdjęcia. Bardzo osobiście traktuję ten temat. Zajmuję się nim od dawna i od dawna myślałem o tym, żeby podsumować swoje zainteresowania, przemienić je w scenariusz. Ewentualna, jak to pani nazwała, „moda” czy wydarzenia związane z „Idą” i „Pokłosiem” nie miały na to żadnego wpływu.

Jak długo trwały prace nad „Klezmerem”?  

Film nie miał długiej historii wstępnej. Jak już wspomniałem, tą tematyką interesuję się od zawsze, więc byłem dość dobrze przygotowany. Zdjęcia rozpoczęliśmy w lipcu ubiegłego roku, trwały do końca sierpnia. Oczywiście z przerwami, bo dostosowywaliśmy się do różnych terminów. Prace – castingi, przygotowania do zdjęć – rozpoczęliśmy kilka miesięcy przed wakacjami. 

Sukces „Idy” wypromował naszą kinematografię na świecie, ale w kraju wywołał też pewnego rodzaju znudzenie coraz to nowymi historiami z antysemityzmem w tle. Czy kręcąc „Klezmera”, nie obawiał się pan, że tego typu opowieści już się publiczności przejadły, że temat jest zbyt eksploatowany? 

Obawiam się, że tego typu stwierdzenia – że temat Holocaustu w kinie jest zbyt eksploatowany – należą do repertuaru stwierdzeń antysemickich. Dla antysemitów zawsze było zbyt wielu Żydów. Prawdopodobnie ta kalka przenosi się na filmy, bo tak naprawdę wcale nie ma ich w nadmiarze. Zresztą „Pokłosie” jest filmem rozgrywającym się współcześnie, „Ida” w latach 60., a akcja „Klezmera” toczy się w czasie wojny, więc jest to film zdecydowanie odmienny. Poza tym opieram się w nim na materiałach i książkach, które są stosunkowo nowymi źródłami. Z punktu czysto poznawczego o pewnych rzeczach wciąż nikt nie opowiedział. Dla mnie historia zawarta w „Klezmerze” miała przede wszystkim znaczenie dramaturgiczne. Nie chciałem nakręcić „kolejnego filmu holocaustowego”, lecz powiedzieć coś o człowieku, o naturze ludzkiej.

Zdaję sobie sprawę, że kategoria „film holocaustowy” jest pewnym uproszczeniem, lecz niewątpliwie „Klezmer” wpisuje się w dyskurs o Holocauście, jaki toczy się od kilku lat na polskich ekranach. Co nowego chciał pan do niego dodać?

Czy kręciłem „Klezmera” z zamiarem dodania czegoś nowego? Nie wiem. Historii i różnych dramatów, które rozegrały się w tamtym okresie i do których sięgam też ja, było setki tysięcy. W przypadku filmów o miłości też można wyjść z założenia, że było ich już tyle, że każdy następny będzie wtórny. Ale są to tematy na tyle uniwersalne i aktualne, że prawdopodobnie można je eksploatować bez końca. Często zmiana formy wystarcza, by ująć pewne zdarzenia na nowo. Zdarzenia związane z Holocaustem są dla mnie w jakiś sposób nie do wyrażenia. Szukałem formy pośredniej między filmem sentymentalnym i okrutnym.

„Propozycja kina holocaustowego nowej generacji” – tak „Klezmera” nazwał Tadeusz Sobolewski. Kino tego typu nie stara się egzorcyzmować przeszłości, nie osądza, lecz pozwala spojrzeć na Holocaust z dystansu. Skąd zamysł, żeby zrobić to w ten sposób?  

Bardzo ważne było dla mnie, aby zrobić „Klezmera” z dystansem. Oglądając filmy holocaustowe, często można odczuć, że nad autorami ciąży metahistoryczna świadomość. Opowiadają o wydarzeniach, do których nie można zachowywać dużego dystansu, bo uświęciła je tradycja kinowa. Trzeba się do niej dostosowywać, żeby nie sprofanować tych wydarzeń, nie naruszyć pamięci. Ja zaś uznałem, że dystans jest czymś najprawdziwszym i to jedyna droga, żeby ukazać tę historię w sposób wiarygodny. Czytałem bardzo dużo wspomnień. Człowiek może się przyzwyczaić do każdej sytuacji. U mnie nie jest ona tak skrajna, jak na przykład sytuacja obozowa. Bohaterowie traktują ją jako swoją codzienność. Wszyscy są zanurzeni w wojennych realiach, które w pewnym stopniu stają się dla nich czymś normalnym. 

Wiemy, że PISF odmówił finansowania filmu.

Mieliśmy taki plan od początku: że zrobimy albo całe zdjęcia, albo ich część i wtedy dopiero wystąpimy do Instytutu, starając się o pieniądze. Nie otrzymaliśmy ich do dnia dzisiejszego. Wciąż nie tracimy nadziei, bo uważamy, że te sprawy nie zostały dla nas zamknięte. Jeszcze spróbujemy.

Producent nie uzyskał również środków finansowych na promocję filmu podczas festiwalu w Wenecji. „Gazeta Wyborcza” pisała nawet o pewnej zmowie milczenia wokół „Klezmera”.

Kiedy nie dostaliśmy żadnych środków na Wenecję, byliśmy zszokowani. Nie słyszałem, żeby tak zachowano się wobec jakiegoś filmu. Ciągle próbujemy wyjaśnić, jakie były tego powody. Nikt nam tych wyjaśnień póki co nie raczył udzielić, mimo że występowaliśmy z oficjalnymi zapytaniami do Instytutu. Oczywiście chcemy z Instytutem współpracować i uważamy, że to jest jego obowiązek, żeby wyjść nam naprzeciw. 

Mimo wszystko „Klezmer” doskonale sobie radzi: odwiedza światowe festiwale, kilka dni temu otrzymał Grand Prix na Warszawskim Festiwalu Filmów o Tematyce Żydowskiej. Recenzenci chwalą film i podkreślają wiarygodność dialogów prowadzonych nieprzekoloryzowaną gwarą. Czy pisząc je, korzystał pan z pomocy konsultanta?

Nie. Wiele lat mieszkałem na wsi na Podkarpaciu – właśnie takiej, która nie była naznaczona żadną wyraźną gwarą, ale jednocześnie mówiono tam „wiejskim” językiem. Miałem okazję przez lata się z nim osłuchać. Nie lubię filmów, które są za bardzo gwarowe, przeszkadza mi to w ich odbiorze. Długo szukałem właściwego tonu; chodziło o to, by język był wiarygodny, ale też nienachalny. Później kontrolowałem go w ustach aktorów na próbach. Mogłem coś jeszcze doszlifować, ale obeszło się bez większych zmian. Udało mi się w głowie wykreować twór pośredni między stylizacją a normalnym językiem. 

Czyli frazy te są dosłownie z życia wzięte.

Tak, na próbach dużo ćwiczyliśmy z aktorami. To też był dla nich test w ramach castingu. Sprawdzaliśmy, na ile potrafią zaproponować pewną melodię języka. Nie chcieliśmy, by przesadzali w którąś stronę, akcentowali za mocno. 

Czy wszystkich aktorów wybrał pan na castingu?

Leszek Żurek miał akurat czas i zgodził się z nami współpracować, a poza nim tak, wszyscy są z castingu. To młodzi aktorzy, którzy dopiero pokończyli szkoły.

Na koniec pragnę spytać o dalszą karierę „Klezmera”. Czy film trafi do dystrybucji kinowej? 

W najbliższym czasie będziemy mieli krajowe festiwale, ale jedziemy też do Indii i Szwecji. Prowadzimy również inne rozmowy, w tym z dystrybutorami. Na razie nie podpisaliśmy żadnej umowy. Tak naprawdę historia jest stosunkowo świeża, bo skończyliśmy „Klezmera” na Wenecję.

Życzę zatem, aby film jak najszybciej trafił do szerokiej publiczności. Dziękuję za rozmowę.

 0

Czytaj także