Byłoby kłamstwem, gdybyśmy nie pokazali tej historii – rozmowa z Seanem Bakerem

Byłoby kłamstwem, gdybyśmy nie pokazali tej historii – rozmowa z Seanem Bakerem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sean Baker
Sean Baker / Źródło: Daniel Bergeron / Magnolia Pictures
Sean Baker, rocznik ’71 – reżyser i scenarzysta nagrodzonego w Karlowych Warach i dostrzeżonego na Sundance filmu „Mandarynka”, w całości nagranego iPhonem. O pracy na nietypowym narzędziu, „prawdziwym” Los Angeles i armeńskich gwiazdach filmowych rozmawialiśmy z reżyserem podczas 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Michał Kaczoń, FILM: Jeden z bohaterów „Mandarynki” stwierdza, że „Los Angeles to pięknie opakowane kłamstwo”. Czy rzeczywiście?

Sean Baker: Los Angeles w kulturze popularnej zawsze prezentowane jest w podobny sposób – widzimy Beverly Hills, znak Hollywood, Aleję Gwiazd czy surfing w dzielnicy Venice. Nie mamy możliwości oglądania innych dzielnic. Branża filmowa chce, aby świat właśnie w ten sposób postrzegał ich miasto. Wybielone, przesłodzone, bardziej glamour niż jest w rzeczywistości. Właśnie z powodu tej nieodpowiedniej prezentacji, zaraz po przeprowadzce pięć lat temu, zaskoczył mnie tygiel kulturowy Los Angeles, mieszanina subkultur. Jedna z takich grup za swoje miejsce wybrała skrzyżowanie Santa Monica Boulevard i Highland Avenue, niedaleko mojego mieszkania. Pomyślałem sobie, że to miejsce musi mieć masę historii, które warto opowiedzieć. Uznałem, że .

Dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć historię akurat z perspektywy tego skrzyżowania i tej konkretnej grupy bohaterów?

Intrygują mnie tematy związane z powodami, dla których ludzie podejmują się pracy związanej z seksem. Mój poprzedni film, „Starlet”, dotykał problemów porno-biznesu. Jeśli zaś chodzi o samo miejsce – zaintrygował mnie jego chaos. Stanowi specyficzny mikrokosmos, oddzielony od reszty miasta, mimo że znajduje się de facto w jego centrum. To słynna lokalizacja, kojarzona z obecności transseksualnych prostytutek. Z perspektywy filmowca była to więc idealna lokacja. Fakt, że prostytucja jest procederem kryminalnym, dodał sprawie kolorytu. Poznanie kobiet, które pracują w tym miejscu, otworzyło mi oczy; zrozumiałem powody, dla których znajdują się w tym miejscu. Chciałem pokazać to na ekranie.

Czytaj także:
Surrealistyczna wizyta w Mieście Gwiazd

Idąc dalej – narodowość taksówkarza, Ormianina. Jak wielkie znaczenie miała na etapie scenariusza? Czy może było to coś, co również się przydarzyło?

Złożyło się na to kilka czynników. W Los Angeles mieszka bardzo wielu Ormian i bardzo wielu z nich rzeczywiście para się zawodem taksówkarza. Do tego bardzo lubię Karrena Karaguliana. Miałem przyjemność pracować z nim już wcześniej. Zawsze staram się znaleźć dla niego odpowiednią rolę w moich produkcjach. Po trzecie i chyba najważniejsze – transfobia, czyli strach przed osobami transseksualnymi, jest ogromna w Armenii. Dało to nam interesujący dodatkowy kontekst.

Casting.

Prowadziliśmy różne rodzaje castingu. Głównie z powodów budżetowych, ale także ze względu na zwiększenie wiarygodności historii. Wiedzieliśmy, że aktorów transseksualnych na pewno weźmiemy z castingu ulicznego. Chcieliśmy dać im możliwość wypowiedzenia się przed kamerą; chcieliśmy, aby pomogli nam w poprowadzeniu tej historii, byli dla nas wsparciem jeśli chodzi o wiarygodność dialogów. Aktorzy armeńscy zostali zatrudnieni z polecenia. W Armenii są zresztą gwiazdami z prawdziwego zdarzenia. Drugi taksówkarz (Arsen Grigoryan) jest na przykład prowadzącym „The Voice”. Role Chestera i Dinah napisałem specjalnie dla tej dwójki – Jamesa Ransone’a i Mickey O’Hagan. Dużo wspomagaliśmy się Internetem: Craigslist, Vine, YouTube, Instagram. W małej roli obsadziliśmy na przykład japońską blogerkę, która ma dużo obserwujących. To było bardzo pomocne, bo dzięki temu mogliśmy skorzystać z jej pomocy przy reklamie. Mamy też w filmie gwiazdy filmów dla dorosłych.

Twój film rozgrywa się w Wigilię. To było ważne?

Ten pomysł wyszedł od Chrisa Bergocha, mojego współscenarzysty. Na początku myślałem, że to jedynie hołd dla „Szklanej pułapki”, „Zabójczej broni” czy innych filmów rozgrywających się w LA w okresie świątecznym. Potem pomyślałem, że to zwiększy dramaturgię. Niezależnie od tego, czy ktoś obchodzi Święta Bożego Narodzenia, czy nie, ten czas kojarzony jest z rodziną. Prawda jest taka, że kobiety, które sprzedają swoje wdzięki na ulicy, często żadnej nie mają. Same są dla siebie rodziną. Wydawało się więc, że umiejscowienie akcji w tym czasie będzie bardzo stosowne.

Porozmawiajmy o użyciu iPhone’ów do nakręcenia filmu. Jednej z tych rzeczy, które wyróżniają was na tle innych filmów niezależnych.

Pierwotnie planowałem nakręcić inny film, o dużo większym budżecie. Nie byłem jednak w stanie zebrać funduszy. Szukałem więc sposobu, aby obniżyć koszty. Nie było mnie stać na duże kamery. Natrafiłem wtedy na kanał na Vimeo prezentujący różne eksperymenty, które można robić z iPhonem. Odkryliśmy też, że na Kickstarterze jest adaptor anamorficzny, który nakłada się na kamerę iPhone’a, co sprawia, że zdjęcia kręci się w wersji panoramicznej. Dodając do tego świetną aplikację FilmicPro, mogliśmy normalnie nakręcić ten film. Nie chcieliśmy robić z tego żadnej sztuczki marketingowej. Nie dostaliśmy pieniędzy od Apple. Informacją o tym, że film nakręciliśmy telefonem, podzieliliśmy się dopiero po pierwszym pokazie na festiwalu w Sundance. Mimo że zaczęło się od kwestii finansowej, szybko odnaleźliśmy wiele plusów. Kręcenie telefonem umożliwiło nam nagrywanie w miejscach publicznych, uchwycenie prawdziwego ulicznego życia. Całkowicie zmieniło też podejście ludzi. Kiedy kręcisz telefonem, każdy myśli, że robisz sobie selfie albo kręcisz video na YouTube. Nikt się tym nie przejmuje. Ułatwiło to też pracę aktorom-debiutantom.

Sądzę, że jeszcze wrócę do tego modelu pracy. Odnalazłem w nim coś, czego nie odnalazłem nigdy wcześniej, kręcąc zwykłymi kamerami. Pewnego rodzaju szczerość, która nie jest do odtworzenia w inny sposób.

Aktorom było łatwiej pracować, gdyż występowali „tylko” przed telefonem. Porozmawiajmy o byciu stale otoczonym przez technologię. Sądzisz, że to dobra rzecz czy postrzegasz ją w kategoriach zagrożenia?

Wydaje mi się, że to dobra rzecz. Oczywiście oznacza, że jesteśmy bombardowani coraz większą ilością treści. Następuje demokratyzacja medium filmowego do stopnia, w którym wszystkiego jest za dużo. Nie ma to jednak znaczenia, jeśli doprowadzi do sytuacji, w której człowiek, który inaczej nie zrobiłby filmu, ma teraz taką możliwość. Co jeśli to nowy Hitchcock? (śmieje się) Gra jest warta świeczki. W końcu ziarno zawsze oddzieli się od plew.

Baterie smartfonów nie są zbyt wytrzymałe. Ile razy w ciągu dnia musieliście je wymieniać?

Dwa, trzy razy. Tak naprawdę to był jedyny problem techniczny, jaki wynikł z kręcenia telefonem. Musieliśmy o tym stale pamiętać. Parę razy serce nam stanęło, gdy na ikonce baterii pojawiła się czerwona kreska. Zawsze jednak mieliśmy ze sobą zapasowe baterie. Kilka razy nagrywaliśmy, będąc podłączeni do kontaktu, bo zużyliśmy całą ich moc.

Apple pierwotnie Was nie poparło. Sprawa zmieniła się po Sundance. Czy mógłbyś opowiedzieć nieco na temat tej współpracy?

Mimo trudnego tematu, Apple nie próbowało się od nas odciąć. Wręcz przeciwnie – miało wobec nas przyjacielskie podejście. Aktorzy i ekipa otrzymali od firmy iPhone’y. Ja natomiast uczestniczyłem w dwóch Apple Talks (konferencjach dotyczących innowacji technologicznych). Jedną z nich prowadził John Cameron Mitchell, więc było to bardzo pozytywne przeżycie.

W dzisiejszych czasach jest coraz więcej nowych sposobów na kręcenie filmów. Twój został nakręcony iPhonem, w Rosji powstało „Hardcore”, które nakręcono w całości kamerami GoPro. Czy sądzisz, że następuje zmierzch tradycyjnego kina?

Tak, niestety. Właśnie z tego powodu mam nadzieję, że uda mi się nakręcić mój następny film na taśmie. Jest pewna magia w tym nośniku. Uważam, że powinniśmy robić wszystko, aby utrzymać ten nośnik przy życiu. Dlatego .podoba mi się, że Quentin Tarantino czy Paul Thomas Anderson kręcą swoje nowe filmy na 70mm. Film jako taśma powinien zresztą zostać zachowany ze względów archiwalnych. Taśma jest bardziej wytrzymała niż dyski komputerowe. Zmierzch regularnej kinematografii to smutna rzecz. Jest to silnie skorelowane z tym, że coraz mniej ludzi chodzi do kina, woli domowe seanse. Może dlatego, że coraz mniej filmów niezależnych powstaje z myślą o widowni kinowej; o tym, żeby film był pokazywany w pełnej sali. Jest coś specyficznego w oglądaniu filmów w takich warunkach. Tworząc „Mandarynkę” wiedziałem, że chciałbym ją pokazywać w kinach. Chciałem, aby widownia brała czynny udział w pokazie. Zaskakująco, to naprawdę działa. Ludzie zaczynają się śmiać, następuje pewna reakcja łańcuchowa zarażania się tym śmiechem. Wspaniałe uczucie.

Porozmawiajmy o muzyce.

Wszystkie wybory muzyczne były moje. Przedstawiałem je jednak dziewczynom do zatwierdzenia. Raz czy dwa Kiki powiedziała mi, że mój wybór był nieodpowiedni, „niestosowny”. Zmieniłem go. Gdyby nie to, że natrafiłem na jedną dziewczynę z Vine’a, film brzmiałby zupełnie inaczej. Gdyby „WolfTyla”, bo taki ma nick, nie zapostowała tego wideo, a ja bym go nie zobaczył, muzyka brzmiałaby zupełnie inaczej. Spójrz tylko. (Oglądamy wideo z fragmentem pierwszego utworu pojawiającego się w filmie, „Team Gotti Anthem” DJ Heemie & DJ Lightup). Możesz nawet zobaczyć, że obejrzałem to wideo w kwietniu 2014, kiedy zajmowałem się post-produkcją. Dzięki Internetowi udało mi się skontaktować z autorem tej melodii. To jedno wideo całkowicie zmieniło moje podejście. Podyktowało wszystkie artystyczne wybory. Kiedy dotarło do mnie, że to trap powinien być muzycznym kręgosłupem tej historii, zacząłem szukać podobnej muzyki. Kawałki same zaczęły się znajdywać. Wszystko się pięknie kleiło. Zacząłem dodawać elektronikę, jazz, a nawet shoegaze czy ambient. Skupiałem się na tym, żeby złapać klimat sceny i dobrać muzykę, która będzie mu odpowiadała. Moje starania zaowocowały też tym, że udało nam się wypuścić oficjalny soundtrack.

Na jednym z Q&A powiedziałeś coś niezwykle interesującego – że nie oczekujemy od piosenek czy książek, aby miały dosłowne tytuły. Dlaczego więc wymagamy tego od filmów? Z drugiej strony nietrudno zauważyć, że kolor, a w szczególności pomarańczowy, odgrywa ważną rolę w Twoim filmie. Czy to była świadoma decyzja?

Tytuł „Mandarynka” był czymś, co wracało do nas, ciągle pojawiało się z tyłu głowy. Każdy członek zespołu miał dla niego własne uzasadnienie. Dla każdego znaczył co innego. Wszyscy reagowaliśmy jednak na niego emocjonalnie. To przeważyło. Nie dosłowność, a emocje.

Jeśli chodzi o kolorystykę, to w zasadzie sytuacja ją na nas wymusiła. Szybko się zorientowaliśmy, że naturalnie otacza nas wiele odcieni pomarańczowego. To kolor słońca w Los Angeles. Mamy najpiękniejsze zachody słońca, mimo że to skutek ogromnego zanieczyszczenia powietrza. Pierwotnie mieliśmy zresztą nagrać ten film w stonowanych barwach. Widownia kojarzy je bowiem z rzeczywistością. Wywodzi się to z brytyjskiego realizmu. Z tego powodu na początku właśnie w ten sposób wyświetlaliśmy nasz film na ekranie. Szybko jednak okazało się to złym wyborem. Coś było nie na miejscu. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się głęboko nad wpływem, jaki paleta barw może mieć na obraz. Naprawdę mocno uderzyło mnie to dopiero, gdy zobaczyłem Mayę (Taylor) i Kiki (Rodriguez) na ekranie. Poczułem, że stonowana paleta barw jest zupełnie nieodpowiednia. Wręcz nieuczciwa. Nadmierne nasycenie barwne wydawało się zaś pasować w stu procentach. W połączeniu z inną kompresją iPhone’a nadało to „popowego”, teledyskowego wymiaru.

Bracia Duplass. Jak doszło do waszej współpracy?

Mamy tego samego agenta. Któregoś dnia powiedział mi, że Mark i Jay widzieli mój film „Prince of Broadway”, który niezwykle im się spodobał. Zaczęliśmy spotykać się na festiwalach. Zaoferowali mi, żebyśmy nakręcili razem film mikrobudżetowy. Bardzo lubią tę formę, mają do niej specjalny model biznesowy. Mam wrażenie, że go zepsułem (śmieje się). Nie skorzystałem ze wszystkich kroków. Zwykle kręcą je w stylu mumblecore, ze swoimi przyjaciółmi aktorami. Ostatecznie są jednak bardzo zadowoleni. Chcieli czegoś na wzór „Księcia Broadwayu”. „Mandarynka” jest do niego podobna. „Książę Broadwayu” mógłby być równie szalony, gdyby dodać tam podobną muzykę i kolor.

"Mandarynka" wchodzi do polskich kin 11 grudnia 2015.

Czytaj także

 0

Czytaj także