„Liebmann” – wywiad z reżyserką Jules Herrmann

„Liebmann” – wywiad z reżyserką Jules Herrmann

Dodano:   /  Zmieniono: 
Liebmann - wywiad z reżyserską Jules Hermann
Liebmann - wywiad z reżyserską Jules Hermann / Źródło: Berlinale.de // © Sebastian Egert
Podczas 66. Festiwalu Filmowego Berlinale mieliśmy szansę porozmawiać z reżyserką Jules Herrmann, której najnowszy film „Liebmann” prezentowany jest w sekcji Perspektive Deutsches Kino. Twórczyni opowiada w nim o samotnym mężczyźnie, który przyjeżdża do małego miasteczka we Francji, aby uciec od swoich problemów.

Michał Kaczoń, FILM: Czy możesz opowiedzieć o procesie pracy nad filmem? Rozpoczyna się on od frazy„Fin”, koniec. Pisałaś scenariusz chronologicznie czy prowadziłaś historię od końca do początku?

Jules Herrmann: Scenariusz napisałam bardzo szybko. De facto nie był to nawet pełnoprawny scenariusz, lecz zbiór różnorodnych pomysłów, które miałam w głowie. Chciałam, aby była to opowieść poprowadzona z perspektywy jednego człowieka, który samotnie znajduje się w jakimś miejscu. Intrygowały mnie powody, dla których miałby znaleźć się sam w takim miejscu. 

Od razu wiedziałam też, że chcę pokazać tę historię w sposób niechronologiczny. Tak naprawdę jednak nie od końca do początku, a w pomieszanej kolejności. Miało to odzwierciedlać moją koncepcję związaną z odbudowywaniem swojego życia z kawałków, ze wspomnień. Chodziło o to, aby rozbić chronologię wspomnień i ułożyć je w nowy sposób. Stąd w filmie tyle zagrywek formalnych, mających uświadomić proces układania życia na nowo. Był to pewnego rodzaju eksperyment narracyjny, próba stworzenia spójnego dzieła ze zbioru rzeczy, które chciałam, aby się wydarzyły. Tak naprawdę wiele rzeczy improwizowaliśmy tuż przed rozpoczęciem zdjęć każdego dnia. Spotykałam się z Godehardem Giese, tytułowym Antkiem Liebmannem, i decydowaliśmy się na dialogi, które trafią tego dnia do scen. Pracowałam z nim już wcześniej, więc wiedziałam, że świetnie nada się do tego, aby pobawić się w taki filmowy eksperyment. 

Porozmawiajmy o imieniu bohatera – Antek.

Wiedziałam, że o to zapytasz (śmiech). Tak, bohater nazywa się Antek Liebmann. Wzięło się to stąd, że jego dziadek był Żydem polskiego pochodzenia. Tak naprawdę jednak wybraliśmy to imię, gdyż nam się podobało. Dopiero mój dźwiękowiec, Michał Krajczok, który też pochodzi z Polski, ucieszył się równie mocno, jak Ty, słysząc to imię. 

Wielokrotnie używasz w filmie kolorowych filtrów, które spowijają kadr mocnymi barwami. Dlaczego zdecydowałaś się na takie zagranie?

Nasz film opowiada o kimś, kto musi ułożyć swoje życie od nowa. Na nowo ułożyć sobie w głowie to, co sądzi o własnych poczynaniach oraz o tym, co doprowadziło go do momentu, w którym jest teraz. Szukaliśmy wielu sposobów, aby ukazać ten pomysł na ekranie. Stąd użycie różnorodnych filtrów, plakietek z tytułami podrozdziałów w formie liter czy brak chronologii. Całość pięknie zlepił motyw pawia, który zmarł niedługo po tym, jak skończyliśmy zdjęcia. Dotarło do mnie, że pióra pawia stanowią piękną metaforę dla naszej historii, a także sposób na to, aby połączyć nasze różnorodne pomysły w koherentną całość. Paw należał do właścicieli rezydencji, w której kręciliśmy film, znałam go od dawna, wielokrotnie ją odwiedzając. Wcześniej zrobiłam już projekt poświęcony tej rezydencji, będący próbą ukazania jej uroku bez fotografowania samego budynku w sposób pocztówkowy. Paw stał się wtedy jej symbolem, odzwierciedleniem. Zastanawiałam się, jak można pokazać jego „magię” oraz moc oddziaływania, gdyż każdy, kto odwiedził rezydencję, od razu zakochiwał się w tym zwierzęciu. To sprawiło, że zawsze obecny był w mojej głowie. Jednak dopiero kiedy zmarł, zdałam sobie sprawę, że analogia dotycząca jego piór idealnie wpisze się w opowieść o Liebmannie.

Chciałbym zapytać Cię także o fragment zatytułowany „Magiczne ciasto”, pełną koloru sekwencję niemalże rodem z „Amelii”. Czy takie stylistyczne nawiązanie było celowe?

Ta sekwencja również wiąże się z ideą odbudowy oraz z ideą różnych spojrzeń na rzeczywistość. Stanowi jedną z wariacji na temat tego, jak bohater może wyjść z sytuacji, w której się znalazł. Cała sekwencja „Magicznego ciasta” tak naprawdę dotyczy romantycznej fantazji na temat heteroseksualnej rodziny, której model jest jednym z wielu sposobów na życie, ale nie jedynym, który jest możliwy do spełnienia. Właśnie z tego powodu zależało nam, aby ta sekwencja pojawiła się w filmie, w takim właśnie stylu, nawiązującym do stylistyki innego dzieła, która opowiadało o heteroseksualnej miłości. Dlatego też wracamy do niego w odmienionej formie pod koniec obrazu.

Z filmu wynika przekonanie, że aby pokonać własne demony, musimy symbolicznie ponownie przeżyć sytuacje, w których owe demony się zrodziły. Czy uważasz, że to jedyny sposób, aby poradzić sobie z problemami?

Sądzę, że to najwłaściwszy sposób. Cały obraz dotyczy procesu radzenia sobie z traumą. Z początku staramy się to ukryć, ale im głębiej wchodzimy w tę historię, tym mocniej odczuwamy, że Antek musi zmierzyć z jakimś niewypowiedzianym problemem z przeszłości. Ważne było dla mnie też to, aby pokazać, że odbudowa musi nastąpić na naszych własnych warunkach, w naszym własnym tempie. Nie może odbyć się na skróty, poprzez to, że ktoś inny powie nam, co mamy zrobić. Sami musimy do tego dojść, opracować własną ścieżkę odbudowy. Dlatego właśnie zdecydowałam się pokazać w filmie różne możliwe drogi wyjścia z sytuacji, różne perspektywy, rozwiązania. W „Liebmannie” podążamy za bohaterem, który próbuje rozwikłać swój problem i oglądamy, jak przebiega ten proces.


 0

Czytaj także