Poznajcie „Łowców miodu”

Poznajcie „Łowców miodu”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Łowcy miodu” (2015)
Kadr z filmu „Łowcy miodu” (2015) / Źródło: Mayfly
76 procent produkowanej żywności zależy od pracy pszczół. Ich masowe wyginięcie oznacza katastrofę ekologiczną, co unaocznia dokument „Łowcy miodu” w reżyserii Krystiana Matyska. W pszczeli świat wprowadza nas czterech bohaterów, którzy zgodzili się opowiedzieć FILMowi o wrażeniach z planu zdjęciowego.

„Gdybym tylko miała czas…!”

Akcja filmu toczy się w czterech miejscach: Warszawie, Paryżu, Baszkirii i Nepalu. Przewodnikiem po wschodnich lokacjach jest aktorka Magdalena Popławska – to z nią uczymy się, jak powstają barcie w baszkirskich lasach oraz przyglądamy się ryzykownej pracy nepalskich zbieraczy miodu.

Michał Kaczoń, FILM: Co sprawiło, że dołączyłaś do ekipy „Łowców miodu”? Przypadek, czy może sama wystąpiłaś z inicjatywą?

Magdalena Popławska: Wierzę w zdarzenia synchroniczne, nie w przypadki. Tak samo było w tej sytuacji. Tematy te – ekologia, fair trade i przede wszystkim zwierzęta – są mi bliskie. Krystian [Matysek] zwrócił się do mnie i zaproponował mi udział w projekcie. Nie wiem, jak mnie znalazł, ale się zgodziłam.

MK: W filmie mówisz, że przyjęłaś tę ofertę, bo chciałaś być bliżej natury. Czujesz, się udało?

MP: Tak (śmiech)! Chciałam zaangażować się w bartnictwo po projekcie, ale niestety się nie miałam na to czasu. Jestem młodą mamą, osobą czynną zawodowo. Jednak cała nasza ekipa jest tym tematem żywo zainteresowana. Maciek Berski [asystent operatora obrazu] tak się wkręcił, że założył w międzyczasie swoje barcie. Temat jest bardzo wciągający; zresztą wśród moich znajomych jest dużo aktorów, którzy mają własne ule.

MK: A co stanowiło dla Ciebie największe wyzwanie na planie zdjęciowym?

MP: Największa trudność nie była związana z tematem filmu, lecz z moim problemem występowania przed kamerą prywatnie. Nie umiem i nie lubię. Zgodziłam się na projekt również dlatego, żeby przełamać w sobie ten opór. Nie udało się (śmiech). 


„Po prostu hoduję pszczoły…”

Na pozyskiwanie miodu pozwala nie tylko klasyczne pszczelarstwo, ale także bartnictwo – dawna forma chowu pszczół w specjalnie wydrążonych dziuplach drzew, czyli barciach. Ten zanikły w XIX wieku fach na nowo zyskuje popularność. Przyczyniają się do tego osoby takie jak pan Adam Kolator – leśnik z Puszczy Augustowskiej.

MK: Czy bartnictwo to wymagające zajęcie?

Adam Kolator: Nie. Na hodowli pszczół trzeba się trochę znać, ale w przypadku bartnictwa jest łatwiej. Cała ingerencja w barć polega na tym, żeby wybrać miód lub ewentualnie dokarmić pszczoły. W gniazdo i rodzinę się nie ingeruje.

MK: Coraz więcej osób interesuje się tą profesją. W filmie widzimy nawet kilka scen powstałych podczas zawodów bartniczych.

AK: Tak, te zawody organizowane są w Augustowie, już drugi rok. Są to zawody w dzianiu barci. Później wieszamy je u nas w lesie. 

MK: Można powiedzieć, że wskrzesił pan bartnictwo w Polsce. Co pana przyciągnęło do tego zajęcia?

AK: Nie wskrzesiłem bartnictwa sam, zajmuje się tym jeszcze paru kolegów. Po prostu hoduję pszczoły i lubię historię, odtwarzanie pewnych rzeczy. Uważam, że jeśli można coś przywrócić, to powinno się to zrobić.


„Determinacja, zamiłowanie, pasja”

Pszczelarstwo jako fach nie stoi w miejscu, o czym świadczy praca pani Marii Gembali. Dzięki matkom pszczelim pochodzącym z pasieki hodowlanej, którą prowadzi, praca pszczelarzy staje się coraz prostsza i bardziej satysfakcjonująca. 

Dominika Pietraszek, FILM: Czy w czasie prac nad filmem towarzyszyło pani poczucie misji?

Maria Gembala: Zapytanie o udostępnienie pasieki otrzymałam w momencie, kiedy mieliśmy naprawdę dużo pracy związanej z hodowlą i realizacją zamówień. Na początku zastanawiałam się, czy znajdę czas, żeby jeszcze pomóc filmowcom, ale pomyślałam wtedy właśnie o pszczołach: „jeżeli to może pomóc pszczołom, jeżeli ludzie niezwiązani z pszczelarstwem spojrzą na nie inaczej, to muszę się zgodzić”. Później bardzo się cieszyłam, ponieważ nie umiałabym słowami opisać tego zawodu tak pięknie, jak pan Krystian zrobił to obrazem.

DP: Film przedstawia najnowsze metody pszczelarstwa. Wynika z niego, że profesja ta wciąż się rozwija.

MG: To jest sztuka, żeby ułatwiać sobie pracę zawodową, wykorzystując nowinki techniczne czy doniesienia naukowców. Poprawa pogłowia pszczół sprawia, że oprócz przyjemności z obcowania z pszczołami odnosimy wymierne korzyści. Pszczoły selekcjonowane na miodność, łagodność i  nierojliwość dają najwięcej produktów pszczelich i zapewniają komfort pracy. To wszystko przekłada się na satysfakcję oraz czas, jaki jest potrzebny do obsłużenia rodziny pszczelej.

DP: Czy trudno zostać pszczelarzem?

MG: Nie, jeśli ktoś czuje chęć zajmowania się pszczołami. Organizacje pszczelarskie i doświadczeni pszczelarze chętnie służą pomocą. Oczywiście trzeba przyswoić trochę teorii, poznać język specjalistyczny. Na początku jest to też trochę kosztowne, bo założenie pasieki – pięcio- czy pięćdziesięciopniowej – wymaga podstawowego sprzętu. Później wystarczą determinacja, zamiłowanie, pasja.


„Postawimy nie jeden ul”

Co wspólnego mają ze sobą pszczelarstwo, korporacje i centra handlowe? Funkcję mianownika pełni pan Kamil Baj – pszczelarz miejski, który prowadzi Pszczelarium i opiekuje się pszczołami na warszawskich dachach, w tym dachach centrów handlowych. Do niedawna łączył te zajęcia z pracą menedżera w międzynarodowej korporacji.

DP: Po seansie „Łowców miodu” można odnieść wrażenie, że pszczelarstwo to najbardziej relaksujące zajęcie świata.

Kamil Baj: Relaksujące, ale na dłuższą metę trudne fizycznie – trzeba podźwigać. Pszczelarze często cierpią na choroby kręgosłupa. Psychicznie zdecydowanie jest to na pewno bardziej relaksujące niż praca w korporacji. Pszczoły też potrafią zestresować człowieka, lecz jest to stres krótkotrwały.

DP: Zajmuje się pan wieloma warszawskimi pasiekami. Jak do tego doszło?

KB: Ludzi nie trzeba już informować, że wymieralność pszczół stanowi problem. Gdyby nie to, to pytaliby pewnie, po w ogóle dawać pszczołom nowe miejsca do życia. Udało się również dlatego, że wszyscy lubią dobry miód, a już na pewno miód z ula z własnego ogrodu czy dachu. Lubią też mieć świadomość, że pszczoły są tam gdzieś na dachu, pracują i zapylają kwiaty w okolicy. Już pomijam fakt, że firmy chcą się chwalić podejmowanymi działaniami ekologicznymi.

DP: Co może zrobić przeciętny warszawiak, żeby pomóc pszczołom?

KB: Po pierwsze, jeśli ma jakiś trawnik pod swoją opieką, to niech nie kosi go do gołej ziemi, tylko niech zostawi chociaż część, by wyrosły tam kwiaty. W ten sposób da pszczołom pożywienie. Po drugie, może kupować lokalny miód – wesprze tym samym lokalnego pszczelarza i jego pszczoły. Jeśli ktoś jest naprawdę zafascynowany i chce mieć własne pszczoły, to może osiągnąć to samemu, po zapoznaniu się z wiedzą książkową. Może tez zgłosić się do mnie, czyli do Pszczelarium. My z chęcią postawimy mu ul, i to nie jeden. I podzielimy się jeszcze miodem.

„Łowcy miodu” zagoszczą na srebrnych ekranach już 22 kwietnia.

Czytaj także

 0

Czytaj także