Kobiece sudoku jest trudne do rozwiązania. Wywiad z Martą Nieradkiewicz

Kobiece sudoku jest trudne do rozwiązania. Wywiad z Martą Nieradkiewicz

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu "Kamper" (2016)
Kadr z filmu "Kamper" (2016) / Źródło: M2 Films
Marta Nieradkiewicz, aktorka rozchwytywana. W zeszłym roku pracowała na planie czterech filmów, w tym dwóch, których premiery odbyły się na najlepszych światowych festiwalach. „Kamper” Łukasza Grzegorzka debiutuje na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego zrobiły zaś karierę na tegorocznym Berlinale, skąd wróciły ze Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz.

Jan Stąpor, FILM: Zacznijmy od zeszytu.

Marta Nieradkiewicz: Trochę żałuję, że kiedyś o tym wspomniałam (śmiech).

Podobno zapisujesz w nim swoje wrażenia na temat bohaterek, które grasz. Co zanotowałaś przy postaci Marzeny z filmu Tomka Wasilewskiego?

To są moje intymne zapiski, które pomagają mi w pracy nad postacią, szczególnie nad jej przeszłością. Z Marzeną było nieco inaczej, ponieważ musiałam ją konstruować w czasie przeszłym, a nie teraźniejszym. To było fascynujące, bo dzięki temu zaczęłam słuchać innej muzyki, z czego zupełnie nie zdawałam sobie sprawy. Dopiero znajomi mi uświadomili, że już trzeci miesiąc słucham Bajmu, co nigdy przedtem mi się nie zdarzyło.

A jak wyglądały przygotowania do roli? Zagrałaś instruktorkę fitness. Czy taka rola wymaga specjalnych treningów?

Ćwiczyłam codziennie i byłam na diecie, co było dla mnie katorgą, ponieważ nie umiem się odchudzać. Nie piłam też alkoholu i uczyłam się trochę tańczyć – miałam swojego trenera, z którym przygotowywałam wszystkie układy. To był chyba najbardziej intensywny okres przygotowań do zdjęć, bo ten reżim trwał dokładnie trzy miesiące. Nie jestem zbyt systematyczną osobą, dlatego mam teraz poczucie, że to niebywałe, że mi się udało (śmiech).

„Zjednoczone stany miłości” dzieją się w okresie przypadającym na twoje dzieciństwo. Jakie to było uczucie wrócić wspomnieniami do tamtych czasów?

W 1990 roku, w którym dzieje się akcja filmu, miałam siedem lat, więc nie mam precyzyjnych wspomnień z tego okresu – raczej pamiętam ogólną atmosferę oraz to, jak wyglądały imprezy w domu. Bardzo pomogły mi zdjęcia rodzinne, które wymusiły na mnie powrót do tamtych czasów. Znalazłam jedno, na którym moja mama z trzema siostrami siedzą przy kanapie obok stołu. To wygląda dokładnie jak kadr z filmu Tomka!

Jak zmienił się styl pracy Tomka od czasu „Płynących wieżowców”?

Z każdym kolejnym filmem ma coraz silniejszą wizję i coraz lepiej wie, do czego dąży – myślę, że po prostu nabrał pewności siebie. Przy „Zjednoczonych stanach miłości” jego wizja była znacznie bardziej stanowcza i precyzyjna – oczywiście słuchał naszych uwag, ale trzeba było pamiętać, że do niego należał decydujący głos. Moim zdaniem dojrzał jako twórca i stał się silniejszy jako reżyser, dzięki czemu teraz jest bardzo świadomy tego, co chce zrobić.

Przejdźmy do „Kampera”, który opowiada o pokoleniu trzydziestolatków. Czy dzięki temu postać Mani, którą odgrywałaś, jest ci w jakiś sposób bliska?

Tak, ponieważ poświęciłam jej pewną część siebie, której nikt poza moimi znajomymi do tej pory nie widział. Sądzę, że udało nam się zmniejszyć dystans między widzem a ekranem. Mam nadzieję, że dzięki temu odbiorcy łatwo zidentyfikują się z problematyką filmu. Bohaterowie nie są bowiem wycięci z papieru – reprezentują „nasz” świat, nasze pokolenie trzydziestolatków.

Na czym polega relacja Mani z tytułowym Kamperem?

Są małżeństwem, które jest na bardzo ciekawym etapie. Pod wpływem kryzysu bohaterowie zadają sobie pytanie, co jest między nimi i czy chcą jeszcze ratować ten związek.

Oba filmy, o których rozmawiamy, opowiadają o miłości i relacji między dwójką bliskich sobie ludzi, jednak dzieją się w różnych epokach. Czy dostrzegasz jakieś różnice pomiędzy tymi pokoleniami i ich podejściem do związków?

Mam wrażenie, że dziś jesteśmy bardziej odważni w zadawaniu sobie pytań o to, czy jest nam dobrze w danym związku (nawet małżeńskim) i nazywaniu wprost tych uczuć. Wydaje mi się, że w latach 90. wyglądało to trochę inaczej. To, co działo się za zamkniętymi drzwiami, zostawało za nimi. Niechętnie mówiono o problemach w domu. Obecnie myślimy o związkach w szerszym kontekście. Coraz częściej pojawia się pytanie o szczęście; o to, czym jest i jak powinien wyglądać szczęśliwy związek. 

W obydwu filmach kobiety odgrywają bardzo ważne role. Czym różniły się sposoby ich sportretowania przez Łukasza Grzegorzka i Tomasza Wasilewskiego?

Tomek doskonale rozumie kobiety, jest z nimi połączony w jakiś tajemny sposób. Natomiast Łukasza kobiety fascynują, są dla niego zagadką. Myślę, że podoba mu się to, że kobiece sudoku jest czasem tak trudne do rozwiązania. Pamiętam, że podczas prac na planie „Kampera” Łukasz wiele razy przypominał mi, abyśmy lubili tę bohaterkę, aby widz jej kibicował, mimo że jest problematyczna. Nie będę jednak zdradzać, dlaczego. Powiem jedynie, ze zgadzałam się z nim w tej kwestii, choć uważam, że nie o każdej postaci da się myśleć w ten sposób.

Czemu można jej nie lubić?

Bo rozrabia! (śmiech)

Jak każda kobieta! A Ty co w niej cenisz?

Ona ma w sobie taki fajny spontan i szczere podejście do rzeczywistości. Umówmy się – bycie szczerym do końca nie jest łatwe. Naprawdę trzeba mieć do tego kupę odwagi. Mania ją ma i za to ją polubiłam. Stara się przejść przez życie niekoniecznie suchą nóżką, tylko właśnie z takim buciorem. To jest w niej spoko. Bardzo zależało mi na tym, aby ludzie, którzy obejrzą film, uświadomili sobie, że każdemu z nas zdarza się czasem nabroić. Trudno, nikt nie jest idealny – ona też nie.

Z drugiej strony mamy Kampera, który też nie jest łatwy.

To jest inna para kaloszy. „Trzydziestoletni chłopiec w szortach”, jak można nazwać tę postać. Reprezentuje ciekawe zjawisko, ponieważ jest wiele takich osób – oczywiście nie ujmując nic mężczyznom w szortach. Po prostu chodzi mi o dorosłe dzieci, które grają na playstation i nie chcą dojrzeć.

Jak myślisz, z czego to wynika?

Nie mam bladego pojęcia! Żyjemy w czasach, w których często odwlekamy ważne, życiowe decyzje, ponieważ nie chcemy dorosnąć. Sama tak czasem robię.

Na każdym wydziale szkoły filmowej przewija się zawsze jedna nauka, która silnie zapada w pamięć. Operatorów obawiających się zniszczenia drogiego sprzętu uczy się, że nie powinni się bać kamery za trzysta tysięcy złotych, tylko że kamera powinna bać się ich. Co tobie zapadło w pamięć z aktorstwa w Łódzkiej Szkole Filmowej?

Opiekunka mojego roku, pani Ewa Mirowska, powiedziała nam kiedyś coś takiego: „masz swój ogródek, to sobie go uprawiaj, ale jak cię kolega nie zapyta o zdanie, to zajmuj się swoją grządką”. Chodziło o to, aby bez powodu nie radzić kolegom i koleżankom, bo można udzielić złej rady, a przecież każdy ma swoją wyobraźnię, z którą pracuje. Uważam to za świętą zasadę i staram się jej trzymać zawsze, kiedy pracuje na planie, bo myślę, że to wynika z szacunku dla drugiego człowieka i jego pracy.

Co powiesz o swoich nadchodzących produkcjach: „Dzikich różach” Anny Jadowskiej oraz „Szatan kazał tańczyć” Katarzyny Rosłaniec?

Uwielbiam sposób myślenia Kasi o kinie – to jest zupełnie inna planeta, bardzo kolorowa i mocno odjechana, co, mam nadzieję, będzie widoczne w jej filmie. W „Dzikich różach” po raz pierwszy zagrałam z dziećmi. To naprawdę trudna historia o kobiecie żyjącej na wsi, która ma dwójkę dzieci i zmaga się z niełatwą decyzją. Obydwa filmy to zupełnie osobne historie czy wręcz różne bieguny kina – tyle mogę powiedzieć.

Jak udaje ci się pogodzić pracę w teatrze ze swoimi filmowymi obowiązkami?

W ubiegłym roku pracowałam na planach czterech filmów, z czego naprawdę się cieszę. Teraz przede wszystkim pracuję w teatrze, co jest fajne, ponieważ długo nie miałam na to czasu, a trochę się za tym stęskniłam. W kwietniu miał swoją premierę spektakl „Podopieczni” w reżyserii Pawła Miśkiewicza, w grudniu zadebiutuje „Triumf woli” Moniki Strzępki. Ponadto zaczynam próby do sztuki „Wojna i pokój”, którą będzie można zobaczyć w październiku. Godzenie ze sobą tych wszystkich obowiązków nie jest prostą sprawą, ponieważ mieszkam jednocześnie w dwóch miastach – jestem na walizkach już ósmy rok. Jednak strasznie dobrze czuję się w teatrze, gdzie robię bardzo fajne rzeczy, które sprawiają mi wiele radości i rozwijają mnie.

Rozmawiał Jan Stąpor

Czytaj także:
Berlinale '16 - Zjednoczone Stany Miłości

Czytaj także

 0

Czytaj także