Fikcja staje się rzeczywistością. Rozmowa z Marcinem Kowalczykiem

Fikcja staje się rzeczywistością. Rozmowa z Marcinem Kowalczykiem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Hel” (2015)
Kadr z filmu „Hel” (2015) / Źródło: Amondo Films / fot. Kachna Baraniewicz
„Hel” Pawła Tarasiewicza i Katii Priwiziencew, czyli klimatyczny film o tym, co dzieje się na Półwyspie Helskim po sezonie, 5 sierpnia wszedł na ekrany polskich kin. O skrywanych tajemnicach, graniu u debiutantów oraz ambiwalentnych bohaterach rozmawiałem z Marcinem Kowalczykiem, odtwórcą roli Kaila.

Michał Kaczoń, FILM: Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z projektem? Słyszałem, że dość późno.

Marcin Kowalczyk: Rzeczywiście, dostałem telefon z prośbą o przyjechanie na plan „jak najszybciej mogę”. Niemal z dnia na dzień. Na szczęście szybko otrzymałem wszystkie niezbędne materiały, które pozwoliły mi obejrzeć w połowie nakręcony film, wczuć się w klimat opowieści, zobaczyć, w którą stronę będzie ona ewoluować. Nie zastanawiałem się długo.

Jak wyglądała praca na planie?

Ten projekt stale się zmieniał, chwilami powstawał na gorąco. Paweł i Katia dawali sobie i ekipie ogromną wolność na planie i pozwalali na ryzykowne pomysły, słuchali propozycji różnych koncepcji związanych z prezentowaniem prawdy na ekranie. Cieszę się, że doszliśmy do momentu, w którym kreowana fikcja staje się rzeczywistością. Bardzo podobał mi się ten zamysł, ta koncepcja, która stała się niezwykle nośna. Fikcyjność traci swoją wyporność i staje się tak wszechogarniająca, że płynnie przechodzi do rzeczywistości. Przede wszystkim jednak Paweł i Katia urzekli mnie estetyką amerykańskiego kina lat 70. Uwielbiam takie kino. Nie wierzyłem, że będę mógł kiedyś zagrać w podobnym estetycznie projekcie. W dodatku scenariusz i styl fotografowania bawi się z oczekiwaniami widza, wymyka konwencji.

Jak bardzo proces przygotowania do roli w ekspresowym tempie różnił się od Twojego normalnego trybu pracy?

Kiedy mam dwa lata, rok, czy pół na przygotowanie do  roli, korzystam z tej możliwości i to jest duży komfort. W przypadku „Helu” czasu było naprawdę niewiele, więc pomocne było to, że mogłem już zobaczyć kawałek filmu i poczuć klimat opowiadania. To było zastępstwo, mogłem zatem zobaczyć również niektóre sceny z udziałem innego aktora poruszającego się w bardzo charakterystycznej, białej, skórzanej kurtce Kaila. Zabawne, że to mój imiennik. Poznaliśmy się, niestety nie mógł dokończyć zdjęć. Zanim przyjechałem na plan, obawiałem się trochę, czy uda mu się wejść w rolę, odnaleźć swojego bohatera w tym ekspresowym tempie. Kiedy jednak przyjechałem na miejsce, trafiłem „na gotowe”, cała praca była w zasadzie zrobiona za mnie. Wszyscy byli już w pełni zanurzeni w tym świecie, znali jego reguły. Ten klimat się udzielał, poza tym miałem wspaniałych kolegów do pracy. Tym ludziom naprawdę chciało się robić film – kiedy widzisz coś takiego, serce rośnie.

Często grywasz ambiwalentne, małomówne postaci. Co przyciąga Cię najbardziej w takich osobach?

Lubię granie stanem emocjonalnym, kondycją, a nie tylko dialogiem. Nie boję się tych małomównych bohaterów. W „Helu” dialogi rzeczywiście są oszczędne, ale są też całkiem zgrabne, skrzętne i zabawne. Dużo tu humoru sytuacyjnego; komizm nie zawsze wynika z żartu napisanego w scenariuszu. Wynika on z chemii na planie, z zaistniałej sytuacji. Wymaga reakcji.

Jeśli chodzi o skomplikowane wewnętrznie, sprzeczne portrety bohaterów, to, no cóż – nieoczywisty bohater, który przekracza przyjęte normy, jest z aktorskiego punktu widzenia ciekawy. Ciekawe w kinie jest między innymi to, że daje ono zarówno aktorom, jak i widzom, możliwość zajrzenia do odległych miejsc, uczestniczenia w przeróżnych sytuacjach, cudownych i strasznych, w których normalnie nie moglibyśmy lub balibyśmy się być. Dużym wyzwaniem jest wcielić się w postać, której sam się boisz! (Śmiech). Właśnie ta granica mnie fascynuje. Niektóre wybory są dobre, niektóre złe, jednak zawsze są one ludzkie. Właśnie dlatego lubię wcielać się w postaci niejednoznaczne. Są dla mnie bardziej realne, prawdziwe. Lubię też bawić się oczekiwaniami widza, jego sympatiami i antypatiami. Kiedy w protagoniście walczy antagonista, możemy zobaczyć, jak skomplikowane i trudne jest człowieczeństwo. Sam na tym korzystam. Mogę przyjrzeć się samemu sobie... W filmie „Hel” amerykański scenarzysta z twórczej pustki udaje się z pomocą alkoholu do mrocznej, szaleńczej podświadomości. Sytuacja wymyka się spod kontroli, kiedy okazuje się, że scenariusz zaczyna żyć i działa na otoczenie. Ciekawe, jak daleko byśmy się posunęli, gdybyśmy mogli pisać taki scenariusz?

Czy w trakcie przygotowań inspirowałeś się innymi aktorami? Jaka była Twoja metoda pracy?

Najczęściej przyglądam się sobie i osobom, z którymi współpracuję. Inspirująca była też atmosfera na Helu, bo faktycznie było pusto i dziwnie. Fantastyczne było to, że mieszkańców Helu grali naturszczycy. Gosia Krukowska jest debiutantką i była bardzo naturalna, a Kasia Paskuda również zagrała niesamowicie prawdziwie. Pracując z reżyserami-debiutantami, często widzę, że pozwalają sobie oni na większą elastyczność. Podążają za bohaterami i są gotowi na improwizacje w trakcie pracy na planie. Kino autorskie zazwyczaj jest bardzo osobiste. W reżyserze również jest ten potencjał postaci, które powołuje do życia.

Jak odbierasz wyraziste, krwawe momenty filmu?

Nie jestem fanem krwawych scen. Jestem jednak zwolennikiem skuteczności i celowego wykorzystania niektórych efektów dla lepszego zaprezentowania historii i jej wydźwięku. W przypadku „Helu” nie jest to apoteoza okrucieństwa. Są to znaki graficzne w postaci krótkich ujęć. Resztę załatwia dźwięk czy gra aktorska między dwójką bohaterów. Te sceny mają za zadanie podbić namacalne napięcie między nimi. Zadaniem krwawych wstawek jest zobrazowanie podskórnego strachu, który rodzi się w samych bohaterach.

Mówisz, że w trakcie pracy wiele elementów stale się zmieniało. Co sądzisz o finalnym efekcie?

Cenię kino, które dostarcza klocki rozsypane przez twórców i kiedy mogę się tymi klockami pobawić, poukładać je samodzielnie. Cieszę się na takie filmy, w których ktoś tej roboty nie robi za mnie. Właśnie do takiego kina zostałem zaproszony. Brałem udział w tym projekcie jako twórca, a teraz, widząc ten film na dużym ekranie, cieszę się, że możemy robić takie filmy. Nietypowa narracja, klimat lat 70., Hel poza sezonem, kilku bardzo oryginalnych mieszkańców, amerykański pisarz, morderstwa, policja, która zawodzi, wariograf i bar ze striptizem! (Śmiech).

Czytaj także

 0

Czytaj także