Polka na podbój Bollywood

Polka na podbój Bollywood

Dodano:   /  Zmieniono: 
kadr z filmu "Shivaay" (2016)
kadr z filmu "Shivaay" (2016)
Erika Karkuszewska jest studentką IV roku Akademii Teatralnej w Warszawie. Jednak nie każdy student czy studentka szkoły aktorskiej może pochwalić się tak różnorodnym resume. Polska, Wielka Brytania, Kanada i… Indie. Polska aktorka wygrała casting na główną rolę żeńską superprodukcji "Shivaay". Film reżyserował jeden z najpopularniejszych aktorów w Indiach, Ajay Devgan, mąż znanej w Polsce gwiazdy Kajol ("Czasem słońce, czasem deszcz", "Żona dla Zuchwałych", "Coś się dzieje"). Erika Karkuszewska stała się Eriką Kaar, wschodzącą gwiazdą popularnego kina hindi.

Erika bynajmniej nie zapomniała o swoich polskich korzeniach. Mało tego – podkreśla je na każdym kroku. W niezwykle popularnym w Indiach programie telewizyjnym "Kapil Sharma Show" zgromadzeni wśród widowni Hindusi uczyli się wymawiać na wizji jej polskie nazwisko. Sam prowadzący był zaskoczony jej umiejętnościami językowymi. On zadawał pytanie po angielsku, Erika natomiast odpowiadała, w jakże trudnym, hindi. Indyjskie media oszalały na punkcie sympatycznej i pięknej Polki. Mało tego – równie zadowoleni wydają się być krytycy, którzy bardzo wysoko ocenili jej debiut. "Shivaay" to ogromne widowisko. Dość powiedzieć, że część akcji rozgrywa się w Himalajach. Efektów specjalnych nie powstydziłaby się zaś żadna amerykańska produkcja. Nie jest to klasyczny film Bollywoodzki: nikt nie pląsa w kolorowym sari na łące, piosenki stanowią raczej ilustrację do wydarzeń i emocji postaci, niekoniecznie bezpośredni komentarz wyśpiewany z ust rozmarzonych postaci. Spektakularność w "Shivaay" skupia się przede wszystkim na akcji, nowocześnie skrojonej intrydze, która dotyka niezwykle aktualnych, społecznych kwestii. Rozrywka, która daje do myślenia? Tak! I to w Bollywood. A nasza skromna, zabawna i szczera polska aktorka godnie reprezentuje nas na tym jeszcze egzotycznym gruncie.

Diana Dąbrowska: Studentka warszawskiej Akademii Teatralnej podbija Bollywood. Brzmi to zdumiewająco. Jak udała Ci się ta sztuka?

Erika Karkuszewska: Miałam po prostu sporo szczęścia. Agentka wysłała mi zaproszenie na casting do hinduskiego filmu, którego producenci przyjechali do Warszawy. Pomyślałam, że warto jakoś wyróżnić się na tle innych aktorek i nauczyłam się kilku kwestii w hindi, co zresztą zdziwiło osoby, które mnie przesłuchiwały. Nie miałam jednak świadomości jakie są rozmiary tego projektu. Aktorki na moją rolę szukano w całej Europie i Kanadzie, castingi odbywały się równolegle w różnych stolicach. Ostatecznie postawili na mnie, mimo tego, że byłam dopiero na drugim roku szkoły aktorskiej. I wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda i podekscytowanie.

A jak zareagowałaś na wieść o tym, że partnerował ci będzie sam Ajay Devgan, mąż słynnej Kajol, gwiazdor uwielbiany w Indiach przez miliony. Pomimo tego, że jego nazwisko nie kończy się na "Khan", jest równie znany i ceniony!

To raczej ja jemu partnerowałam (śmiech). Dopiero po czasie dowiedziałam się kim jest Ajay Devgan, jak dużą sławą cieszy się zarówno on jak i jego piękna żona. Nie miałam też pojęcia jak dużym uwielbieniem cieszą się gwiazdy filmowe w Indiach. Są traktowani niemalże jak Bogowie. Nie spodziewałam się również takiego rozmachu tego przedsięwzięcia – ilość dni zdjęciowych, nauka hindi, kostiumy, efekty specjalne, plenery. Nie wiedziałam też, patrząc na scenariusz, czego właściwie się spodziewać. Nie byłam i nie jestem nawet teraz specjalistką od kina hinduskiego. Przeglądając scenariusz byłam zdziwiona kiedy znajdowałam fragmenty "teraz rozpoczyna się piosenka". Nie wiedziałam na podstawie samego scenariusza czy będę musiała zatańczyć w sari czy nie. Okazało się, że "Shivaay" w założeniu nie ma być klasycznym filmem bollywoodzkim. Twórcy chcieli otworzyć nowy rozdział we własnej kinematografii. Przede wszystkim chcieli zaproponować coś nowego na gruncie rodzimego kina akcji. Okazało się również, że szczególnie w kontekście relacji intymnych między postaciami język pokazywania miłości jest u nich niezwykle symboliczny, zmysłowy i co interesujące – daleki od dosłowności.

Czy fakt, że Ajay Devgan był nie tylko twoim partnerem na ekranie, ale też reżyserem i producentem całego przedsięwzięcia, ułatwiał pracę? Czy można było wyczuć większą presję, odpowiedzialność z jego strony?

Uwielbiam Ajaya. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego ekranowego partnera na start. Był zarówno moim „szefem”, jak i też bardziej doświadczonym, wyrozumiałym kolegą. Doskonale zgraliśmy się na poziomie charakterologicznym – on ma bardzo spokojne usposobienie, wyciszone powiedziałabym. Ja natomiast należę do osób raczej gadatliwych i ciekawych otoczenia. Ajay to też niesamowicie profesjonalny człowiek, który podejmuje konkretne świadome decyzje i na plan przychodzi z precyzyjnie ustalonymi założeniami. Fakt, że Ajay był nie tylko aktorem, a również reżyserem zdecydowanie ułatwiał mi zadanie. Rola w "Shivaay" to nie tylko mój debiut w Bollywood, ale debiut na dużym ekranie w ogóle. Oprócz wielu cennych wskazówek jakie otrzymałam bezpośrednio od niego na planie, bezcenna okazała się możliwość oglądania siebie na podglądzie kamer zaraz po nakręceniu danego ujęcia. Wyobrażenie które miałam o danej scenie podczas jej kręcenia często okazywało się wyglądać zupełnie inaczej na ekranie monitora. Dzięki możliwości „podglądania” samej siebie starałam się na bieżąco dostosowywać do ujęć i okoliczności. Cały czas uczciwie podkreślam, że jestem w procesie nauki aktorstwa, uczę się i pracuję nad tym, żeby jak najlepiej ten zawód wykonywać, ale czuję, że przede mną długa droga. Myślę też, że praca z różnymi typami ludzi, w różnych warunkach, potrafi otworzyć człowieka na bycie twórczym, uczy odwagi i pewności siebie.

Czy plan bollywoodzki bardzo różni się od planów w Polsce czy w Wielkiej Brytanii?

Do tej pory miałam okazję obserwować pracę ekip filmowych w Polsce, Indiach, Wielkiej Brytanii i Kanadzie - i na każdym planie było kompletnie inaczej! Ogromną przyjemność sprawiało mi sprawdzanie się w tak zróżnicowanych, ale zawsze profesjonalnych i sprzyjających warunkach pracy. Na planie hinduskim czułam się niezwykle bezpieczna. W ogóle mam wrażenie, że trzymali mnie przez te dwa lata mocno pod kloszem. Przez długi czas trzymano mnie z daleka od mediów. Miałam być „niespodzianką” dla hinduskiej widowni (śmiech). Ajay świadomie prosił mnie też żebym nie oglądała żadnych bollywoodzkich filmów do czasu zakończenia zdjęć do „Shivaay’a”. Nie chciał żebym sugerowała się grąbollywoodzkich aktorek. Miałam skupić się na postaci i grać intuicyjnie. Zależało im na świeżości, odmianie, odwróceniu schematów. Nie wiem czy każdy plan w Bollywood tak wygląda, ale tak to doświadczenie wyglądało z mojej perspektywy.

Wspomniałaś o tym "sugestywnym języku miłości". Prasa hinduska z zamiłowaniem rozpisywała się o słynnym pocałunku filmowym między tobą a Ajayem Devganem. To ponoć jego pierwszy "aktorski pocałunek", a przecież ma na koncie udział w ponad pięćdziesięciu filmach!

Wyszło dosyć zabawnie, bo ja nie miałam pojęcia, o tym, że Ajay pierwszy raz zdecydował się na taki środek aktorski i że to tak ważna sprawa! W Indiach całowanie się na ekranie wiąże się z przełamywaniem pewnego tabu. Przez wiele lat nie można było w ogóle pokazywać tego typu zbliżeń. W naszym filmie nie ma scen erotycznych w klasycznym rozumieniu tego słowa – nie ma scen rozbieranych, nie ma scen o charakterze seksualnym. Co nie znaczy, że nie ma zmysłowych sekwencji. Aktorsko budowanie relacji między moją postacią a jej filmowym ukochanym było bardzo ciekawym odkryciem. Nauczyłam się jak można budować, w niezwykle subtelny sposób, napięcie między postaciami i sugestię zbliżenia. Nasz filmowy pocałunek jest ważny ze względu na zmieniające się relacje postaci. Hindusi starają się unikać dosłowności, a już na pewno wulgarności w przestrzeni kontaktów intymnych, ale to nie znaczy, że nie znają się na namiętności (śmiech).

Czy Kajol nie była zazdrosna o to, że całujesz się z jej mężem – po raz pierwszy – na dużym ekranie?

Nie była zazdrosna, nie miała o co. Powiedzmy sobie szczerze, pocałunki filmowe nie są prawdziwymi pocałunkami. Kajol jest przemiłą, piękną kobietą, która zna swoją wartość. Nie dziwię się, że zrobiła tak niesamowitą karierę w Indiach i na świecie. Obydwoje stanowią piękną parę. Realizacja filmu trwała prawie dwa lata. Ajay był przez długi czas poza domem, tęsknił za rodziną. Kiedy Kajol przyjeżdżała raz na jakiś czas z dziećmi na plan w Himalajach czy Bułgarii, każdy z nas wiedział, że trzeba im zapewnić jak najwięcej przestrzeni.


Co sprawiło ci największą trudność przy pracy nad "Shivaay"?

Najtrudniejszą rzeczą w przypadku Bollywood jest bez wątpienia kwestia języka. Stanowi ona, szczególnie na początku, rodzaj bariery. Przez pierwsze pół roku miałam lekcje hindi, częściowo w Mumbaju a częściowo przez Skype’a. Musiałam się osłuchać, zrozumieć podstawy gramatyki, składni, która jest naprawdę bardzo odległa od polskiego czy angielskiego. Wymowa, szczególnie na początku była masakryczna. Nie sprzyjał też fakt, że ze względu na szkołę i inne obowiązki miałam przerwy w kontakcie z językiem. Przez jakiś czas uczyłam się i oswajałam z językiem, a potem wracałam do Polski i siłą rzeczy wiele zapominałam. No i potem znowu do Indii, trenować język. A było co trenować. Musiałam nauczyć się na pamięć scenariusza – nie chodziło tylko o moje kwestie, musiałam też zrozumieć co mówią wszyscy inni bohaterowie. Postać, którą grałam studiowała w Indiach i mówiła płynnie po hindusku. Po około pół roku zaczęłam rozumieć co hindusi mówią między sobą, przynajmniej częściowo. Mimo, żejęzyk hindi sam w sobie stanowił utrudnienie, nie zapomnę jak przynieśli mi do nauczenia się, z dnia na dzień, kilku kwestii po bułgarsku. Moja postać, Olga, pochodzi bowiem właśnie z Bułgarii. Jeszcze to mi dorzucili! Przez chwilę myślałam, że zupełnie oszaleję i wszystko pomieszam! Jestem dumna z tego, że sama siebie zdubbingowałam w postprodukcji. Wiele gwiazd niehinduskiego pochodzenia, które pracują w Bollywood,ma z tym trudności. Niekiedy aktorzy czy aktorki nie mówią własnym głosem, tylko ktoś robi to za nich. Było dla mnie ważne, żeby to był właśnie mój głos. On też konstruuje w dużej mierze postać, jej charakter. Nie mogłam dać sobie odebrać tak ważnego narzędzia ekspresji. Żeby było zabawniej - podczas dubbingu producenci nie mogli przeboleć mojej naturalnej chrypki i tak naciskali na podwyższanie tonu głosu, że kończyli sesje dubbingowe dopiero, gdy głos obniżał mi się ze zmęczenia. Było to tak nienaturalne, że mój chłopak na początku nie rozpoznał, że to ja mówię z off’u (śmiech). 

A jak odebrałaś Indie jako kraj, społeczeństwo?

Indie, w których ja się zakochałam, są z jednej strony bardzo smaczne. Bez dwóch zdań zakochałam się w ich kuchni. Kocham Butter Chicken’a i placki Naan, mogłabym jeść je non stop. Po drugie, są niezwykle przyjazne, rodzinne. Doświadczyłam niesamowitego rodzaju wspólnotowości i ciepła, szczególnie na planie. Nawet będąc daleko od domu w trakcie zdjęć, czułam się tam jak wśród swoich. Teraz mam wielu przyjaciół w Mumbaju, poznanych właśnie podczas pracy na planie. Wydaje mi się też, że Indie budzą w człowieku skrajne uczucia – albo się w nich zakochasz i kupujesz je w całości albo od razu odrzucasz, czujesz rodzaj antypatii, irytacji. Zaliczam się na pewno do tej pierwszej grupy. To niesamowite, że Bollywood przestaje być odbierane wyłącznie w kategoriach lokalnych. Okazuje się, że nasz film miał premierę w blisku 60 krajach, nie tylko tych, w których silna jest diaspora hinduska jak Stany Zjednoczona czy Wielka Brytania.

Udało ci się poznać inne gwiazdy Bollywood – na przykład Salmana Khana czy Shah Rukh Khana?

Nie miałam okazji poznać żadnych gwiazd. Najpierw był intensywny okres zdjęciowy, potem dubbingi, w ostatnich miesiącach zaś intensywna promocja. Nie chodziłam tam na imprezy czy eventy. Właściwie to dopiero teraz zaczynam interesować się kinem Bollywoodzkim. Obejrzałam na przykład filmy z Kajol i Shah Rukh Khanem. Wcześniejsze filmy Ajaya. W trakcie zdjęć do "Shivaay" wszyscy zachwycali się filmem "Bajirao Mastani". Pamiętam jak za kulisami znajomi z ekipy pokazywali mi piosenki z tego filmu. W jednej piosence tańczą razem obecnie dwie największe kobiece gwiazdy tej kinematografii – Priyanka Chopra i Deepika Padukone. Fenomenalnie wykonują naprawdę skomplikowane układy taneczne, skoordynowane z tłumem tancerzy i bajeczną scenografią! Magia na ekranie. Nigdzie nie widziałam czegoś takiego. Gdybym miała jeszcze szansę zagrać w jakimś bollywoodzkim filmie, to nie obraziłabym się za możliwość zatańczenia w podobnej scenie (śmiech).

Twoja ulubiona scena z filmu "Shivaay"?

Moja ulubiona scena w "Shivaay’u” to ta w której moim partnerem jest mój chłopak Maciej, który na co dzień nie jest aktorem, a adwokatem. Ten projekt, jak widać i jemu urozmaicił życie. Ajay po bliższym poznaniu go uznał, że ma potencjał i dał mu niedużą, ale bardzo istotną dla historii rolę. Moje umiejętności aktorskie są w tej scenie wyjątkowo wątpliwe, bo z przejęcia, że Maciek gra w swojej pierwszej w życiu scenie, nie mogłam się kompletnie skupić, ale i tak będzie co pokazywać wnukom (śmiech). Ajay stwierdził, pół żartem, pół serio, że Maciek zagrał o wiele lepiej ode mnie. Wszyscy mieliśmy niezły ubaw. Skończyło się na tym, że ekipa bardzo się z Maćkiem zżyła i kiedy raz na jakiś czas, siłą rzeczy przylatywałam sama, na dzień dobry słyszałam teksty w stylu: "Gdzie jest Maciek? Szkoda, że go nie ma”.

W jaki sposób zachęciłabyś polską widownię do obejrzenia filmu "Shivaay"?

"Shivaay" jest bez wątpienia filmem pięknym wizualnie, niezwykle nowatorskim pod kątem efektów specjalnych i zdjęć. Ale "Shivaay" jest, pomimo spektakularności scenerii i różnych zwrotów akcji, przede wszystkim filmem o miłości rodzica do dziecka. O jej bezgraniczności. O tym, że miłość może sprowokować zwykłego człowieka, do bezkompromisowej walki o ludzi, których kocha. Główny bohater nie jest Jamesem Bondem, nie popisuje się swoimi umiejętnościami czy sprawnością. Obawa, że może stracić najbliższych budzi w nim siłę. Kino akcji – oczywiście. Ale też takie oblicze kina akcji, w którym bohater staje się równocześnie ofiarą, która działa w obronie własnej, w obronie najbliższych.

To w sumie niesamowite, że masz na koncie tak olbrzymi sukces, a w ogóle nie robisz wokół tego szumu. Eriki Karkuszewskiej nie ma na Pudelku czy w Fakcie. A w hinduskich mediach Erika Kaar jest już gwiazdą!

Nie wydaje mi się żebym była gdziekolwiek gwiazdą. Wolałabym nie być rozpoznawalna. Wiem, że brzmi to być może niewiarygodnie, ale moim wymarzonym sposobem na uprawianie aktorstwa, byłoby zdobywanie ciekawych ról i rozwój aktorski, z ominięciem elementu zostania „osobą publiczną”. Kontrakty zobowiązują aktorów do udzielania wywiadów, aktywności w mediach społecznościowych i brania udziału w promocji projektu, która w Bollywood jest szczególnie intensywna i rozdmuchana. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie mam nic przeciwko gwiazdom telewizyjnym, postaciom z showbiznesu, z pierwszych stron gazet. To nie jest po prostu moja bajka, ale domyślam się, że innym może sprawiać ona radość. Mnie cieszy na przykład to, że wkrótce odbędzie się w Warszawie pokaz Shivaay’a i przyjedzie z tej okazji cała moja rodzina i przyjaciele.

ZapiszZapisz
 0

Czytaj także