Fenomen The Rolling Stones - rozmowa z Danielem Wyszogrodzkim

Fenomen The Rolling Stones - rozmowa z Danielem Wyszogrodzkim

Dodano:   /  Zmieniono: 
kadr z filmu "The Rolling Stones Ole! Ole! Ole!" (2016)
kadr z filmu "The Rolling Stones Ole! Ole! Ole!" (2016) / Źródło: Hagi Films
The Rolling Stones pokonali kolejną barierę. W kwietniu tego roku udało im się zagrać koncert na ponad milionową publiczność w stolicy Kuby, o czym opowiada film Paula Dugdale’a „The Rolling Stones Ole Ole Ole!”. O fenomenie zespołu oraz o historyczności koncertu w Hawanie rozmawiałem z Danielem Wyszogrodzkim, znawcą muzyki popularnej, dziennikarzem muzycznym oraz autorem wielu książek, w tym „Satysfakcja. The Rolling Stones”, o historii zespołu.

Michał Kaczoń, FILM: The Rolling Stones to zespół instytucja. Jak Pan myśli - co jest ich receptą na długowieczność i te wielkie pokłady energii?

Daniel Wyszogrodzki: The Rolling Stones są po prostu jak stare dobre małżeństwo. Rozstają się i schodzą. Są przy tym niezwykle uczciwi. Gdy się nie kochają, nie grają ze sobą. Kiedy jednak mają dobre lata, koncertują na potęgę. To właśnie te relacje są jednym z czynników, które wpływają na długowieczność zespołu. Składy się zmieniały, ale trzon w postaci Micka Jaggera i Keitha Richardsa od lat pozostaje niezmienny. To właśnie te burzliwe relacje sprawiają, że wciąż interesujemy się zespołem i wciąż wywołują nasze emocje. Ważny jest też Charlie Watts, który stanowi podstawę muzyczną, pewnego rodzaju spoiwo muzyczne zespołu, będąc przy tym najbardziej zrównoważoną osobę w grupie, ostoją spokoju dla pozostałych członków.

Drugim powodem jest to, że to po prostu bardzo dobry zespół muzyczny. Z bardzo zróżnicowanym repertuarem, treściwymi piosenkami i toną materiału, który może grać na koncertach. To im gwarantuje stałą obecność na scenie muzycznej. Gdy dodać do tego niezwykłe zgranie, wzajemne rozumienie się bez słów i wyczucie stylu, wynikające z doskonałego dogrania się przez lata, dostajemy receptę na długowieczność zespołu.

Trasa po Ameryce Południowej i Łacińskiej i pierwszy raz na Kubie - jak pan sądzi - dlaczego mówimy o tym w kategoriach wydarzenia historycznego?

Jest to wydarzenie historyczne, głównie dlatego, że gdy Rolling Stonesi stali się zespołem - instytucją, gdzieś w połowie lat 70., to świat już powoli się globalizował, a ekspansja zachodniej muzyki na wszystkie kontynenty, zapoczątkowana przez The Beatles dekadę wcześniej, zatoczyła już ogromne kręgi. Wtedy zespół Jaggera koncertował już w zasadzie wszędzie. Jednak nagle okazało się, że są jeszcze miejsca, które są przed nimi zamknięte. Pierwszą barierę, którą Stonesi pokonali, były Chiny, gdzie zespół dotarł wreszcie w 2006 roku. Byli tam zresztą ocenzurowani, władze nie pozwoliły im na wykonanie kilku piosenek. (Żeby było zabawnie, były to chociażby: „Honky Tonk Women”, czy „Let’s spend the night together”). Chiny były podbite. Od tego czasu tak naprawdę to właśnie Kuba została niezbadana, niepodbita. Była swoistym wyzwaniem: „tam nas jeszcze nie było”.

Z drugiej strony historyczność tego wydarzenia wynika przede wszystkim z reakcji samej publiczności. Jak pokazuje film Dugdale’a publiczność w Ameryce Południowej przypomina trochę publiczność europejską i amerykańską z dawnych lat, z przełomu dekad 60. i 70., kiedy zespół był kojarzony przede wszystkim z buntem, rewolucją, anarchią. To było trochę tak, jak u nas w PRL-u, że Rolling Stones i muzyka rockowa kojarzyła się z Wolnością. W Ameryce Południowej muzyka rockowa postrzegana jako muzyka zachodnia, była zaś zakazana. Dlatego właśnie publika z tamtych krajów była tak wygłodniała koncertu zespołu. W Argentynie poznajemy na przykład grupę ludzi - Rollingos, będącą niemalże sektą podziemną fanów, którzy spotykali się potajemnie, żeby słuchać utworów zespołu. Na Kubie natomiast słuchamy wywiadów z ludźmi, którzy za wymianę kasetami trafiali do więzienia. Słuchanie The Rolling Stones było więc ewidentną oznaką buntu i niezgody na władzę rządzących. Tak jak u nas podziemna literatura była sprzeciwieniem się władzy, tak w krajach Ameryki Południowej to muzyka rockowa pełniła taką rolę. Dlatego właśnie ta wizyta na Kubie stanowi pewnego rodzaju przełamanie dotychczasowej historii i jest równie ważna, jak wizyta papieża, która również miała miejsce w tym roku. Kuba zawsze była krajem zamkniętym, więc zezwolenie na wizytę zachodniego zespołu (a także wizytę prezydenta Stanów Zjednoczonych, czy wspomnianą wizytę papieża), stanowią rzeczywiście nowe otwarcie w historii tego kraju. (A dodatkowo są niezwykle humorystycznym wątkiem w filmie Dugdale’a, ale nie chcę Państwu za wiele zdradzać).

Czytaj także:
The Rolling Stones Ole! Ole! Ole!

Widział Pan ich kilkakrotnie na żywo, oglądał wcześniejsze filmy na temat zespołu. Jak Pan sądzi - co wyróżnia obraz Paula Dugdale’a od pozostałych filmów na temat Jaggera i spółki?

Ten film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Idąc na pokaz prasowy, spodziewałem się, że dostanę produkt podobny do tych, które miałem już szansę oglądać. Tymczasem nie zobaczyłem filmu, który pokazuje Rolling Stonesów światu, tylko świat oczami Rolling Stonesów. To była ogromna zmiana i wspaniałe odwrócenie perspektywy. Czułem się, jakbym wraz z zespołem zwiedzał Amerykę Południową, odkrywał ten kontynent. Było to dla mnie ogromne przeżycie, także dlatego, że sam miałem możliwość podróżowania po Ameryce Południowej. To było wspaniałe, oglądać, jak oni spotykają ludzi, rozmawiają i grają z nimi na ulicach, w domach, jak dzielą się wzajemnie pozytywną energią. Dostajemy cudowne sekwencje z Richardsem w jego pokoju hotelowym w Buenos Aires. Kapitalną scenę z Richardsem i Jaggerem jak w garderobie grają a capella „Honky Tonk Women” i przypominają sobie, jak przed laty napisali ten kawałek, będąc na wakacjach w Brazylii. Zupełny unplugged, tylko oni dwaj i gitara.

Istotą tego filmu są jednak właśnie sami ludzie i ich żywe reakcje na spotkanie z zespołem. Zarówno twarzą w twarz, jak i podczas koncertu. To jest film, który nie ma zresztą wielu sekwencji stricte koncertowych. Gdy te się jednak pojawiają, również pokazane są w fenomenalny sposób. Jesteśmy z zespołem na scenie, oglądamy publikę z ich perspektywy, możemy poczuć jak oni odbierają energię tłumu i sami przekazują ją dalej. Wyśmienity pomysł.

Nawet finał, który odbywa się w Havanie - widzimy tylko dwie piosenki. Jak wiemy równolegle ukazał się cały film z koncertem w Havanie - płyty z muzyką i nagranie DVD - jak jesteś ciekawy jak to wyglądało, proszę bardzo, możesz obejrzeć koncert w całości. „Ole Ole Ole” daje nam jednak o wiele, wiele więcej. Myślę, że ekipa filmowa zebrała ogromny materiał. Mamy tu bardzo szybki montaż, a zdjęcia są fantastyczne. To są piękne obrazki, pokazujące jak ludzie się jednoczą. Pełne koloru ulice pełne ludzi, uśmiechnięte kobiety, dzieci, mężczyźni, obrazki z faweli, czy momenty, w których Rolling Stonesi idą do zwykłych ludzi i grają z nimi na ulicy. Wyśmienity jest moment z zespołem Mariachi, który gra swoją aranżację utworu Richardsa, czy Indianie w Peru, którzy również pokazują swoją wariację na temat piosenek grupy. Niesłychanie barwny, egzotyczny, kolorowy i wciągający film.

Czytaj także

 0

Czytaj także