„Nie próbujcie tego w domu!” - Ole Bornedal o „Małżeńskich Porachunkach”

„Nie próbujcie tego w domu!” - Ole Bornedal o „Małżeńskich Porachunkach”

Dodano: 2
Ole Bornedal
Ole Bornedal / Źródło: BT DK
„Małżeńskie Porachunki” - duńska komedia o dwóch parach, które chcąc uniknąć kosztów rozwodu, postanawiają w niekonwencjonalny sposób pozbyć się swojego „problemu”, zadebiutowała wczoraj w kinach. Z reżyserem i scenarzystą filmu, Ole Bornedalem, rozmawialiśmy o szalonym pomyśle na fabułę, podejściu Duńczyków do religii, ulubionych komediach oraz o tym jak toczyła się współpraca z naszym rodakiem, Marcinem Dorocińskim.

Michał Kaczoń: Miłość każe robić ludziom dziwne rzeczy. Seks każe robić ludziom dziwne rzeczy. Ale brak seksu zdaje się doprowadzać ludzi na granice szaleństwa, jak widać po zachowaniu Twoich bohaterów. Wynajęcie seryjnego mordercy jako alternatywa do rozwodu to pomysł dość niecodzienny. W Twoim filmie działa jednak na zasadzie terapii małżeńskiej. Co sprawiło, że zdecydowałeś, że taki punkt wyjścia będzie świetnym zalążkiem do komedii?

Ole Bornedal: To bardzo proste. Myślę, że każdy kto przechodził przez rozwód, bądź poważny kryzys w związku, pomyślał sobie kiedyś: o ile moje życie byłoby prostsze, gdyby ta druga osoba po prostu zniknęła (śmiech). Uwielbiam czarny humor, więc taki punkt wyjściowy wydał mi się idealnym zalążkiem do całej serii dowcipów z tego gatunku.

W fikcyjnym świecie, który tworzę, zawsze prowadzę grę z wewnętrznymi demonami. To nie znaczy, że je promuję, czy usprawiedliwiam. Chcę po prostu pokazać widowni, że nie ma nic strasznego w tym, że czasami nachodzą nas straszne myśli. Każdy choć raz miał naprawdę szalone, nieprzyjemne przemyślenia. Dopiero, kiedy zaczynasz wprowadzać je w życie, zaczyna się problem. To właśnie chciałem uświadomić ludziom. Ukazać, co by było, gdyby ktoś (przypadkiem?) wprowadził swoje najskrytsze, najdziksze fantazje w życie. W ten sposób „Małżeńskie Porachunki” stają się czymś na wzór opowieści ku przestrodze. Nie próbujcie tego w domu! (śmiech)

Na początku filmu dowiadujemy się, że bohaterki czują się spełnione dopiero, gdy tańczą salsę. Co jest w tym tańcu tak wyzwalającego, że to właśnie on pobudza w nich tak silne emocje?

Zależało mi na tym, żeby dać kobietom alternatywę dla ich nudnego życia rodzinnego. Bohaterowie mojego filmu są bowiem na tym etapie związku, w którym przestali już na siebie patrzeć, wzajemnie się dotykać, czy pożądać. Taniec był więc dla mnie prostym sposobem na to, by pokazać, że kobiety czują się niespełnione w swoich małżeństwach. Taniec jest bowiemczynnością niezwykle sensualną; pozwala poczuć się swobodniej, seksowniej i bardziej pożądanym. Dotyczy to zresztą niemal każdego rodzaju tańca. Salsa po prostu wydała mi się egzotyczna i stanowiła ciekawy kontrast z dość sztywnymi regułami samego miasteczka.

Sceny tańca kręcone były w kościele. Chciałem Cię w związku z tym zapytać o wybór tego miejsca i kryjące się za nim znaczenia. Czy sądzisz, że taniec może odgrywać w życiu ludzi równie ważne miejsce, co religia?

Studenci filmoznawstwa mogą siedzieć i analizować takie tropy, ale prawda jest dużo bardziej przyziemna. To po prostu była najlepsza lokalizacja, jaką udało nam się znaleźć. Potrzebowaliśmy dużej sali, w której pomieścilibyśmy wszystkich tancerzy. Fakt, że najlepszym miejscem okazał się zamknięty kościół, mówi wprawdzie wiele o dzisiejszej Danii, gdzie coraz więcej miejsc kultu zostaje zamkniętych, jednak nie było moją pierwotną intencją komentować tego faktu. Dopiero kiedy odnalazłem to miejsce, dotarło do mnie, że umiejscowienie akcji właśnie w tych warunkach można odczytać jako konstatację faktu, że religia nie ma już żadnego znaczenia w Danii. I w sporej mierze rzeczywiście tak jest. To jednak obserwacja dodatkowa, a nie cel sam w sobie.

Akcja filmu dzieje się w małym miasteczku, oddalonym od większych skupisk ludności. Dlaczego zależało Ci, żeby umiejscowić ją właśnie tam?

Myślę, że to dlatego, że chciałem uzyskać jakąś większą przejrzystość charakterologiczną swoich bohaterów. Kiedy mieszka się w dużym mieście zawsze jest się w biegu, zawsze się nad czymś pracuje, siedzi na telefonie. Wiecznie gdzieś gna i za wszelką cenę chce osiągnąć swoje cele. Wiele rzeczy mówimy więc z podtekstem, czy nie-wprost, aby osiągnąć nasze cele. W kontraście - życie na wsi zdaje się toczyć w zwolnionym tempie. Ludzie w dużo prostszy sposób definiują swoje cele. Mówią wprost co czują i myślą. W relacjach i rozmowach brak jest jakichkolwiek podtekstów. Bardzo zależało mi na tym, aby film nie posiadał ukrytych znaczeń. Pierwszy raz w karierze zrobiłem tak „sztywny” film, na dodatek z pełną premedytacją. Nikt z bohaterów nie mówi czegoś, czego nie myśli. Oczywiście mogą kłamać, jednak zależało mi, aby uniknąć podtekstów w prowadzeniu opowieści. Chciałem, by bohaterowie, jak i sam film byli sztywni („square”), prości i dosadni. Postaci nie posiadają głębszej psychologii, po prostu robią to, co robią. Weźmy Igora, bohatera Marcina Dorocińskiego - on żyje wedle bardzo prostej zasady - jeśli nie jesteś szczęśliwy w swoim życiu, równie dobrze możesz umrzeć. Nie można mieć bardziej dosadnej i prostszej filozofii życiowej. Ten film jest przeciwko intelektualistom, przeciwko teoriom, podtekstom, czy analizie filmowej. Ten film po prostu jest tym czym jest na pierwszy rzut oka.

Idąc jednak za tym wątkiem - w Twoim filmie roi się od różnorodnych stereotypów - czy to tych na temat narodowości, rasy, płci, czy identyfikacji seksualnej - co chciałeś osiągnąć portretując swoich bohaterów w tak prosty i dosadny sposób?

Nie chcę, żebyś poczuł się urażony tą odpowiedzią, ale nie miałem żadnych głębszych intencji. Kiedy rodzimi dziennikarze zadawali mi to pytanie, odpowiadałem: Czy sądzisz, że gdy Billy Wilder nakręcił „Pół żartem pół serio” w 1959 roku o dwóch facetach, którzy uciekając przed mafią, postanawiają przebrać się za kobiety, by ich nie rozpoznano, miał z tyłu głowy jakiś głębszy przekaz? Czy ten film miał stanowić komentarz na temat transpłciowości, transwestytów, czy odnosić się do sytuacji politycznej? Nie wydaje mi się. Sądzę, że chciał po prostu stworzyć jak najlepszą komedię, wykorzystując do tego swój ogromny talent. Przystępując do realizacji „Małżeńskich Porachunków” miałem podobny cel.

Musiałeś jednak mieć jakieś uzasadnienie dla narodowości swojej dwójki zabójców. Jak inaczej wyjaśnisz to, że pochodzą oni ze Wschodniej i Zachodniej Europy?

Tu mnie masz (śmiech). Rzeczywiście - chciałem, aby dwójka zabójców stanowiła dla siebie diametralny kontrast. Z jednej strony mamy więc typową wycofaną Angielkę (Gwen Taylor) - kobietę, jak gdyby żywcem wyjętą z powieści Agathy Christie, kogoś w stylu Panny Marple. Lubiącą popijać herbatkę, jeść kanapeczki z ogórkiem, czy rzucającą „Cheers” przy każdej możliwej okazji. Przy tym kobietę dobrze wyedukowaną, niemalże pamiętającą czasy wiktoriańskie. I zestawić ją z zapijaczonym, brutalnym Rosjaninem (Marcin Dorociński), który nie tylko pamięta czasy komunizmu, ale i zdaje się być zaprzyjaźniony z samym Putinem (no, a przynajmniej obracać się w kręgach jego agentów). Zależało mi na tym, by byli dla siebie niczym ogień i woda, mimo że łączy ich wspólny fach.

Jak doszło do tego, że to właśnie Marcin Dorociński dostał rolę Igora? Co najbardziej przykuło Twoją uwagę w jego grze aktorskiej?

Zacznę może od tego, że dla mnie to właśnie Igor jest najważniejszą postacią tego filmu. Niemalże Aniołem, który w nieoczekiwany sposób potrafi rozwiązać twoje problemy. Mam wiele sympatii do tego bohatera. Oczywiście, jest on brutalnym zabójcą, często niemalże wariatem, a jego uczynki godne są potępienia, jednak zestaw reguł, którymi się kieruje, godny jest uwagi. Prosta filozofia wedle której: „skoro nie jesteś szczęśliwy, to równie dobrze mógłbyś być martwy”, to w gruncie rzeczy przecież afirmacja dążenia do spełnionego życia. Jeśli nie dążysz do osiągnięcia szczęścia, to po co żyjesz, chciałoby się rzec. Na dodatek Igor, jako destrukcyjna siła, ktoś na wzór Anioła Śmierci niemalże, jest przecież motorem napędowym obrazu. To właśnie jego pojawienie się doprowadza do zmian, które zachodzą w bohaterach. Jego osoba symbolizuje te kryzysy, które przeżywamy i które nas dołują, a które, gdy już się skończą, okazują się potrzebnymi elementami naszego życia, które mogą prowadzić do pozytywnych zmian.

Wracając jednak do samego Marcina. Jako, że film w dużej mierze opiera się właśnie na postaci Igora, wiedziałem, że potrzebuję znakomitego aktora do tej roli. Widziałem Marcina w jego dramatycznych rolach, zarówno w serialach, jak i filmach pełnometrażowych i od razu poczułem, że będzie najlepszym kandydatem. Jeśli jest coś w czym jestem dobry jako reżyser, to chyba właśnie w tym, że mam dobre oko do wynajdywania odpowiednich aktorów do ról. Kiedy spotkałem się z Marcinem, szybko zorientowałem się, że jest on osobą niezwykle wrażliwą, wyczuloną na niuanse w zachowaniu. Na samym początku podchodził jednak do bohatera nieco zbyt poważnie. Powiedziałem mu wtedy, że musi być przede wszystkim czarujący. Grać rolę komediową właśnie poprzez urokliwą charyzmę. A jednocześnie pamiętać o zabójczych skłonnościach bohatera. Marcin miał ku temu doskonałe warunki. Wydaje mi się, że z początku bardzo się denerwował, mówiąc, że nigdy jeszcze nie grał takiej mieszanki charakterologicznej. Szybko jednak zorientowałem się, że świetnie sobie radzi balansując tymi skrajnymi cechami. Wiesz - spędziłem ponad pół roku montując ten film, ale za każdym razem, gdy na ekranie pojawiał się Marcin, zawsze się uśmiechałem, tak znakomicie wszedł w rolę. To niezwykle trudne i wymagające zadanie być równocześnie niebezpiecznym i zabawnym (a przy okazji uroczym i zabójczym („charming but lethal”), ale Marcin odnalazł się w tej roli jak ryba w wodzie.

W Twoim filmie pojawia się niepełnosprawny mężczyzna. Nie ma go zbyt wiele na ekranie, jednak ma ogromny wpływ na akcję i zachowanie głównych bohaterów. Jak widzisz jego wpływ na finalny kształt „Małżeńskich Porachunków”?

Zależało mi na tym, aby zbudować wyraźny kontrast dla postaw głównych bohaterów. Mimo, że mają wszystko - piękne żony, ogromne domy, dobrze prosperujący biznes - nadal są niezadowoleni, poszukują czegoś więcej. Wydaje się, że reprezentują oni dzisiejszy styl życia, obecny także w Danii - braku satysfakcji, z tego co się posiada. Nawet, kiedy posiadasz już wszystko, nadal chcesz więcej.

Nawet w Danii, najszczęśliwszym kraju na świecie?!

(śmiech) Tak, nawet tutaj. To pewien paradoks - nawet, kiedy jesteś szczęśliwy, chcesz być jeszcze bardziej zadowolony. Tym, co jednak zdaje się napędzać głównych bohaterów jest chciwość i swoista żądza pieniądza. W tym kontekście niepełnosprawny Bent, z którego Ib i Ewdward naśmiewają się od czasu, gdy razem skończyli szkołę, (i kiedy chłopak miał wypadek), na pierwszy rzut oka wydaje się być bohaterem tragicznym. Kimś, kto znajduje się na dole hierarchii społecznej, przynajmniej w oczach bohaterów. Tak naprawdę jest jednak dużo szczęśliwszy od nich. Potrafi czerpać z życia, radować się tym, co przynosi każdy dzień, mimo że teoretycznie „nic nie ma”.Zależało mi na tym, aby w ten wyjątkowo wyrazisty sposób dać prztyczka w nos konwencjom oraz stereotypowemu myśleniu stosowanemu przez bohaterów.

W pewnym momencie w Twoim filmie padnie tytuł „Głupi i Głupszy”. Niektóre sekwencje skojarzyły mi się natomiast z serią „American Pie”. Jakie jest Twoje podejście do komedii i jakie są Twoje ulubione tytuły?

O, bardzo wiele. Uwielbiam amerykańskie poczucie humoru i ich komedie. Zarówno klasyczne filmy, jak wspomniane już „Pół żartem, pół serio”, czy „Być albo nie być”, ale także dzieła współczesne. Sądzę, że „Druhny” są małym arcydziełem. Ponadto Jim Carey jest według mnie jednym z najwybitniejszych aktorów na świecie.

Nie bez przyczyny są to amerykańskie produkcje. Mam wrażenie, że w Europie jest nieco inne podejście do komedii. Mówi się, że „to tylko rozrywka”, że „robi się ją prosto”; patrzy na nią z góry. Tak naprawdę jednak komedia to najtrudniejszy gatunek, przy którym można pracować. Dużo łatwiej jest kogoś wystraszyć, czy sprawić, by płakał. (Nawet teraz potrafię przywołać prosty scenariusz, dzięki któremu można by to osiągnąć - wystarczy pokazać chorujące dziecko, które musi zostać odłączone od maszyn podtrzymujących życie. Ludzie mogliby uznać to za prostą grę na emocjach, ale i tak wielu uroniłoby łzę). Komedia to jednak zupełnie inny orzech do zgryzienia.

Dochodzi do tego jeszcze inna sprawa - samo zafascynowanie widza jakimś tematem. Nietrudno jest zafascynować kogoś tragedią, czy brutalnie szczerym dramatem. Dużo trudniej zrobić to w komediodramacie, czy komedii. Weźmy taką hipotetyczną sytuację: siedzimy razem w barze. Ktoś wchodzi przez drzwi, a ja mówię: „ta osoba właśnie się zakochała i jest bardzo szczęśliwa”. Twoją reakcją najprawdopodobniej będzie wzruszenie ramion i zapytanie: „OK, no i co?”. Ale weźmy teraz sytuację odwrotną: po wejściu gościa do knajpy, słyszysz: „ten facet właśnie zabił swoją rodzinę”. Od razu siedzisz na brzegu siedzenia, jesteś pobudzony, krew zaczyna szybciej pulsować Ci w żyłach, chcesz wiedzieć więcej.

Komedia jest więc niezwykle wymagającym gatunkiem. Na dodatek, zasiadając do scenariusza „Małżeńskich Porachunków” zależało mi, żeby film były czarną komedią z elementami, które nie będą poprawne politycznie. Dlatego też przez ekran przewijają się przegięci homoseksualiści, kobiety, które podkochują się w gejach, marząc po cichu o tym, że uda im się odmienić ich orientację, czy osoby niepełnosprawne, których stan nie jest tylko puentą dowcipu, ale także odgrywa ważne znaczenie dla historii. Mamy wreszcie rosyjskiego pijaka, wedle myśli, że wszyscy Rosjanie chlają na umór. Oczywiście nie wiem tego na pewno, bawię się po prostu tymi stereotypami. W tym wszystkim chciałem też uniknąć konwencji, poszerzyć jej zakres. W dzisiejszych czasach dostajemy bardzo dużo kina gatunkowego, które trzyma się w ryzach zasad wyznaczonych przed laty. Chciałem tego uniknąć, poszerzyć ten zakres, dodać wiele rodzajów humoru, czy zmieszać elementy thrillera, czarnej komedii, czy romansu. Chciałem przekraczać granice i eksperymentować z żartami. Dlatego właśnie prace nad „Małżeńskimi Porachunkami” były trudne i złożone.

Ryzyko się jednak opłaciło. Dziękuję za film. I za rozmowę.

(śmiech) Również dziękuję.

/ Źródło: Wprost.pl
 2
  • łowca IP
    Najdłuższy artykuł dzisiaj ... (ciekawe dlaczego nie oznaczony jako sponsorowany ?).
    Pójdziecie obejrzeć ? Bo ja chyba nie ...
    Dodaj odpowiedź 0 3
      Odpowiedzi: 1

    Czytaj także