Tyszkiewicz: Za potrzebą chodzę w krzaki

Tyszkiewicz: Za potrzebą chodzę w krzaki

Dodano: 
Beata Tyszkiewicz zagrała rolę Izabelli Łęckiej w ekranizacji "Lalki" Wojciecha Hasa (fot. Wikipedia)
Warunki sanitarne na polskich planach filmowych są takie, że pożal się Boże. A posiłki, które przywozi się na plan, oraz sposób ich podawania to upodlenie ludzi – narzekała w wywiadzie dla „Wprost” w 1989 r. Beata Tyszkiewicz, aktorka.

Czy w przypadku polskiego aktora można mówić o jakiejkolwiek stabilizacji życiowej?

Poza teatrem wszystko jest wolną amerykanką. Sposób wynagradzania nas jest wręcz komiczny, z honorariów nie da się żyć.

Nie widać jednak, by aktorzy klepali biedę.

Aktorzy są bardzo ambicjonalnie zaangażowani w to, co robią, starają się nie obnażać, ukrywają niedostatki. Jeżeli siedzę przy stole w sukni, której uszyto tylko górną część, staram się tak zachowywać, by widz był przekonany, że pod stołem kryje się olbrzymia krynolina. Ale zarabiamy mało, pracujemy w coraz gorszych warunkach. Kiedy zaczynałam pracować, to garderobiana wiedziała, że należy do niej wyprasowanie mojej sukni, wypranie pończoch. Teraz nawet nie można jej o to poprosić.

Kto w takim razie pierze pończochy?

Aktorki. Często przynoszą własne rzeczy, ponieważ brakuje ich w filmie. Gdy przystępuję do pracy nad kolejnym filmem, zaczyna się od tego, że przychodzi do mnie pani projektująca kostiumy i pyta, w czym bym mogła ze swoich rzeczy zagrać. Film płaci mi za to 10 proc. wartości moich prywatnych ciuchów. Potem wygląda to tak, jakbym chodziła w kostiumach filmowych prywatnie. Mam już sukienki, które grały ze mną w trzech filmach! Posiłki, które przywozi się na plan, sposób ich podawania to upodlenie ludzi. Ekspresów do kawy nie ma, a warunki sanitarne są takie, że pożal się Boże, na zdjęciach plenerowych – krzaki. Garderoby maluje się tylko wtedy, gdy ma przyjechać zachodnia aktorka.

Pani chyba nikt nie zmusza do odżywiania się zupą z kotła…

Oczywiście, że jest lepiej niż w Mosfilmie, ale to żaden argument. Pamiętam, że gdy grałam w ZSRR, poszłam do bufetu. Jakaś obrzydliwa baba rzuciła mi na talerz kawałek spoconego, żółtego sera. Zresztą mnie jak mnie, ale gdy widziałam, jak Tichonowowi, który jest naprawdę wielką gwiazdą w Związku Radzieckim, ten sam babsztyl brudną łapą nakłada ser, a on w ukłonach dziękuje i przeprasza, że żyje, to przychodziły mi do głowy najgorsze myśli.

W tym kontekście pytanie, czy czuje się pani gwiazdą, zabrzmi dosyć szyderczo.

Czy stanie w kolejkach, przebywanie w garderobach pełnych karaluchów, granie w niekompletnych bądź rozłażących się kostiumach ma coś wspólnego z gwiazdorstwem? Ja chyba w ogóle nie mówię panu tego, co powinnam. W czasie naszej rozmowy powinnam się starać tworzyć swój mit. Na pytanie, czy jestem gwiazdą, powinnam odpowiadać, że oczywiscie jestem. Na planie filmowym ptasie mleczko pogryzam kwiatami tulipanów, a gdy tych czasem brakuje, to zadowalam się ich cebulkami. To byłby sposób na umocnienie mitu. Ja natomiast mówię prawdę. Ktoś to przeczyta i będzie się krzywił: „Jej też karaluchy chodzą po garderobie, jak u mnie w mieszkaniu”. Powinnam więc mówić coś innego.

To dlaczego pani nie mówi?

Bo jestem wśród swoich. Jeżeli udzielam wywiadu francuskiej gazecie, brzmi on inaczej. Oni mnie pytają, czy to prawda, że dziennie zarabiam tyle, że mogę za to kupić kilo pomidorów. Wtedy odpowiadam, że mogę kupić wiele kilogramów chleba i że w Polsce nie ma głodu. Mówię kompletnie inne rzeczy, bo jak powiem, że zarabiam dwa dolary dziennie, to on nie zechce ze mną rozmawiać.

Rozmawiał:
Tomasz J. Musiał

Okładka tygodnika WPROST: 42/2017
Wywiad został opublikowany w 42/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także