Berlinale '16 - Dzień 2 - Goat i Midnight Special

Berlinale '16 - Dzień 2 - Goat i Midnight Special

Dodano:   /  Zmieniono: 
Midnight Special
Midnight Special / Źródło: Warner Bros Pictures
Dzień drugi na Festiwalu Berlinale upłynął pod znakiem filmów. W przeciągu kilkunastu godzin, obejrzałem aż 5 produkcji z różnych krajów, które zapewniły mi szeroką gamę wrażeń - od zainteresowania i emocjonalnego odbioru, po potrzebę zerkania na zegarek, by przekonać się ile jeszcze zostało do końca seansu. Ten wpis to szybka przebieżka po emocjach dnia numer 2.

Dzień rozpocząłem od „Goat” Andrew Neela, prezentowanego także na Festiwalu w Sundance. Opowieść o inicjacji młodego chłopaka i dorastaniu do radzenia sobie z własnymi problemami, mami w szczególności gęstością i intensywnością emocji przeżywanych przez głównego bohatera. Kiedy w początkowych scenach zostaje napadnięty i pobity, zmienia się jego perspektywa na rzeczywistość. Reszta filmu stanowi zaś próbę korekcji nowego spojrzenia na świat. Z początku przestraszony i wycofany, po kilku tygodniach decyduje się na rozpoczęcie semestru w collegu z końcem wakacji. Tam, idąc w ślady brata, aplikuje do Bractwa. To, co przeżyje w czasie Hell Week, szalonej inicjacji, którą zgotują „kozom” stali członkowie Grupy, sprawi, że chłopak na nowo zacznie definiować swoje priorytety.

"Goat” wyraźnie nakreśla plusy i minusy Bractw Studenckich, nie gloryfikując, ani nie demonizując procesu inicjacji przed wstąpieniem do Stowarzyszenia. Sposób portretowania problemu znajduje się więc gdzieś pomiędzy „Sektą” Roba Cohena, a „Sąsiadami” Nicholasa Stollera. Siła oddziaływania obrazu Neela wynika z siły emocjonalnej bliskości z bohaterem, wynikającej z obserwacji namacalnej więzi, jaka łączy braci. Szczególnie dobrze wypadł Ben Schnetzer, w głównej roli, w klarowny sposób unaoczniając wewnętrzną przemianę Brada.

„Goat” interesująco portretuje swój temat wyjściowy, stale będąc w dużej emocjonalnej bliskości ze swoim bohaterem, dzięki czemu obraz potrafi zainteresować widza i wciągnąć go do swojego świata. To sprawia, że jest dziełem godnym uwagi, mimo że jednak nie takim, które będziemy wspominać z wypiekami na twarzy. 

Ocena: 7/10

Drugim filmem widzianym drugiego dnia był zaś „Midnight Special” Jeffa Nicholsa. Wysokobudżetowa zabawa w science-fiction oraz „film pościgowy” (chase movie), która tak naprawdę była wprawką reżysera w narracyjne ćwiczenie budowania historii, jak sam przyznał podczas konferencji prasowej po pokazie. Historia miłości ojca do syna, który próbuje ochronić go za wszelką ceną przed niebezpieczeństwem, które zdaje się mu grozić z własnego powodu, pełna jest niedopowiedzeń i tajemnic. Jest to zagranie celowe - Nichols chciał bowiem uniknąć nadmiernej ekspozycji i sprawić, że bohaterowie będą rozmawiać ze sobą jedynie o rzeczach, których przynajmniej jedno z nich jeszcze nie wie. Sprawia to, że w sytuacji, gdy oboje rozmówców posiada zakres jakiejś wiedzy, której nie posiadają widzowie, nie ma potrzeby, aby o tym mówić. Pomysł ciekawy, interesujący i prawie w filmie okazał się sukcesem. „Prawie”, gdyż bawiąc się w narracyjne gry, reżyser i scenarzysta w jednym zapomniał chyba o zasadach, które rządzą gatunkami, którymi chciał się posłużyć do opowiedzenia swojej historii. I tak - jak na film z pościgiem w tle, „Midnight Special” rozwija się zbyt wolno, nie potrafiąc dobrze zapanować nad swoim wlekącym się tempem wydarzeń. Sekwencje, które powinny być żwawe, żywe i pełne dynamiki, zostają tutaj nadmiernie rozwleczone, spowolnione i celowo stopowane, jak gdyby nie potrafiąc odnaleźć właściwego rytmu. Element science-fiction, połączony z dywagacjami na temat zamkniętych społeczności wypada wprawdzie nieco lepiej, ale nawet pod tym względem całe dzieło cierpi na podobną przypadłość, która popsuła „Tomorrowland” Brada Birda. Reżyser nie zrobił nic, aby widz poczuł emocjonalną bliskość ze swoim bohaterem i zaangażował się w jego przygodę. Nie dając nam wabika, w postaci wyrazistej osobowości, czy chociaż zalążka interesującego backstory, którego poznanie przykuwałoby naszą uwagę, twórca sprawił, że kolejne kadry są jedynie ruchomymi obrazkami, nie niosącymi za sobą żadnej emocjonalnej treści. Prowadzenie historii tylko na tajemnicach często okazuje się niezwykłym sukcesem, tutaj jednak nic nie wskazuje na to, że zwieńczenie historii będzie nagrodą za zainwestowanie naszej uwagi w opowieść. I rzeczywiście - zwieńczenie filmu nie jest nagrodą. Jest raczej nerwowym śmiechem niedowierzania.

Obrazowi Nicholsa nie pomaga obsada, która choś stara się jak może, by oddać dramat swoich postaci, to wyraźnie boryka się z faktem, że sama nie wie o co w całej historii tak naprawdę chodzi. Mówiąc o aktorach, trzeba przede wszystkim wspomnieć o udziałem Adama Drivera, który po raz kolejny odgrywa tę samą postać, którą odgrywa w „Girls”. Młody aktor, choć obiecujący, od kilku ról ciągle odgrywa te same ruchy, te same miny, a jego postaci zdają się być nękane tym samym zbiorem wewnętrznych problemów.  Chciałoby się przez to wręcz powiedzieć, że jest aktorem charakterystycznym - do jakiego świata go nie wrzucić, jego bohater zawsze będzie posiadać podobny zarys charakterologiczny. 

„Midnight Special” to w moim odczuciu nieudana próba wskrzeszenia ducha Kina Nowej Przygody, z „E.T”, do którego w filmie znajdziemy kilka wizualnych nawiązań, na czele. Założenia były odpowiednie, wykonanie już niekoniecznie.

Ocena: 3/10


Czytaj także