Jak daleko się posuniesz? O eksperymentach psychologicznych w filmach

Jak daleko się posuniesz? O eksperymentach psychologicznych w filmach

Dodano:   /  Zmieniono: 
Więzienny eksperyment / The Stanford Prison Experiment (2015)
Więzienny eksperyment / The Stanford Prison Experiment (2015) / Źródło: insciencefestival.nl
Siedzisz naprzeciwko aparatu emitującego elektrowstrząsy. Za ścianą znajduje się miły pan w średnim wieku, który ma odpowiadać na twoje pytania sprawdzające umiejętność szybkiego uczenia się. Za każdą złą odpowiedź wymierzasz karę. Jak daleko posuniesz się w zwiększaniu siły wstrząsu? Czy wymierzysz dawkę śmiertelną?

Psychologia to nie tylko spopularyzowane przez Woody’ego Allena psychoanalityczne podejście do życia, to nie tylko nieświadomość i freudowskie teorie o nieustannej walce id z ego i superego, ale również spore pole do studiowania ludzkich zachowań w eksperymentalny sposób. Czy na nasze zachowanie wpływa tylko osobowość i wychowanie, a może warunki, w jakich się znaleźliśmy? Wiele pytań o naturę człowieka i źródło zła pojawiło się w kontekście II wojny światowej, a psychologowie zaczęli się zastanawiać, co konstytuuje ludzkie zachowania. 

Kino od zawsze czerpie z życia. Szuka inspiracji w otaczającej rzeczywistości, dlatego też w końcu postanowiono opowiedzieć o Stanley’u Milgramie oraz Philipie Zimbardo i ich wkładzie we współczesną psychologię społeczną. Wiadomo, że film rządzi się swoimi prawami, scenariusz wymaga wartkiej akcji i wielu punktów zwrotnych, ale czasami życie może przerosnąć najśmielsze oczekiwania. Michael Almereyda w „Eksperymentatorze” przeprowadza przystępny wykład, biograficzną opowieść i etyczne rozważania. Choć film staje się pojemny tematycznie, nie do końca spełnia się jako efektowna hollywoodzka produkcja. Jeśli szukamy grozy i wiecznego napięcia, powinniśmy sięgnąć po kinowe thrillery z największymi budżetami. Opowieść o Stanley’u Milgramie to skromne patrzenie na przełomowe odkrycia, które mrożą krew w żyłach. 


Jest rok 1961, kiedy Milgram rozpoczyna swoje badania nad posłuszeństwem wobec autorytetu, a „Eksperymentator” dość wiernie stara się odtworzyć warunki i założenia badania. Almereyda skupia jednak oko kamery na osobowości psychologa. Pokazuje jego początki na uczelni, przeprowadzenie eksperymentu oraz jego późniejsze weryfikacje, ale gdzieś z drugiej strony przedstawia życie osobiste naukowca. Milgram staje się przewodnikiem po swoim świecie. Zwraca się bezpośrednio do widza, aby wyjaśnić zawiłości procesów psychologicznych, przytoczyć kilka teorii, jak i podzielić się swoimi przemyśleniami na temat otaczającej rzeczywistości i bieżących wydarzeń. „Eksperymentator” momentami tonie w dłużyznach, ma swoje przestoje i kompozycyjne powtórzenia, ale nie można mu odebrać racji w intelektualnym zaangażowaniu. W przystępnej formie dowiemy się o konformizmie społecznym zbadanym przez Ascha i wielu mniejszych badaniach przeprowadzanych przez Milgrama, który nieustannie szukał odpowiedzi na dręczące go pytania. Reżyser przedstawia postać o otwartym umyśle, która zapętlona w dążeniu do czegoś więcej, wydaje się tragiczna. Szczególnie wtedy, kiedy koledzy po fachu kwestionują wyniki badań i przerzucają niesfornego profesora z uczelni na uczelnię. 

„Eksperymentator” znajduje również miejsce na kwestie etyczne. W końcu osoby badane zostały zmanipulowane, okłamano je, wprowadzając w sytuację stresową (choć żadna osoba nie skarżyła się na negatywne psychologiczne skutki po zakończeniu badania). Film staje się doskonałym punktem wyjścia do rozważań przy eksperymencie przeprowadzonym przez Philipa Zimbardo na uczelni w Stanford. To, co u Milgrama zostało uznane za przekraczanie granic, w 1971 roku osiągnęło apogeum etycznego zagubienia w odkrywaniu mechanizmów społecznego działania. Alemeryda interesował się przede wszystkim człowiekiem, a Peter Sarsgaard jako Milgram ciekawie komunikował się w widzem, dzięki czemu momentami ma się wrażenie uczestniczenia w multimedialnym wykładzie. Do tego film przybiera formę laurki dla człowieka, który odszedł przedwcześnie, a jego zasługi nie zostały do końca docenione. Zupełnie inaczej jest we wczesnych filmach o badaniach Zimbardo, to one wysuwają się na pierwszy plan, spychając badacza gdzieś w cień. 

Zdaje się, że to właśnie eksperyment więzienny przeszedł do szerszej świadomości. Również reżyserzy częściej sięgali po ten o wiele bardziej filmowy niż statyczne badania Milgrama temat. Choć zamknięcie grupy mężczyzn w jednej lokacji może się wydawać mało atrakcyjne, to dynamika relacji pomiędzy nimi spokojnie wystarczy na nie jeden thriller. Philip Zimbardo losowo przydzielił uczestników badania do dwóch grup: strażników i więźniów. W piwnicach uniwersytetu odtworzył więzienne warunki, przygotował ogólne instrukcje postępowania i z uwagą obserwował, co się wydarzy. Działania badanych przerosły jego najśmielsze oczekiwania, a przez akty okrucieństwa i wyszukanej agresji eksperyment przerwano po sześciu dniach (początkowo miał trwać dwa tygodnie). Psycholog wybrał do swojego badania osoby przeciętne, studentów, którzy zamknięci w hermetycznym środowisku niemal natychmiast przystosowali się do powierzonych im ról. Próba sił, testowanie granic wytrzymałości i psychiczne łamanie więźniów przybierało na sile z każdą godziną. Niemiecki reżyser Olivier Hirschbiegel postanowił wykorzystać podstawy założeń Zimbardo i puścić wodze fantazji w „Eksperymencie”.

 

Europejska produkcja doskonale pokazuje, jak daleko można odsunąć się od inspiracji czerpanych z rzeczywistości. Reżyser rozciąga ramy gatunku, aby zmrozić widzom krew w żyłach, przekroczyć wszelkie granice i uwypuklić działanie zła drzemiącego w człowieku. Jego film zdecydowanie staje się luźną i mocno naciąganą inspiracją. Od razu otrzymujemy głównego bohatera, Tareka Fahda (Moritz Bleibtreu), który niczym James Bond wkracza do więziennego świata, aby zebrać informacje i opublikować artykuł w gazecie. Hirschbiegel dla równowagi zaprzęga romantyczną stronę Fahda i ofiaruje mu przypadkowo poznaną miłość. Sceny rozgrywające się w pozorowanym więzieniu przeplatane są onirycznymi wspomnieniami wzniosłych chwil z ukochaną. Sprawia to, że „Eksperyment” jest koszmarem psychologa i totalnym freestylem na temat efektu Lucyfera.

Uczestnicy badania zgłaszają się na ochotnika po przeczytaniu ogłoszenia w gazecie. Po wielu (nieco dziwnych!) testach psychologicznych zostają przydzieleni do poszczególnych grup. Więźniowie przechodzą prawdziwe aresztowanie i z posterunku zostają przewiezieni do miejsca eksperymentu. Przyjmuje ich nieco demoniczny profesor wraz z asystentką, którym daleko do profesjonalizmu i zaangażowania. I wiele rzeczy zaczyna toczyć się rytmem znanym z oficjalnych opisów badania: więźniowie zostają rozebrani, ubrani w białe, długie koszule z nadrukowanym numerem, trafiają do cel, a strażnicy mogą używać wszelkich sposobów, aby panował ład i porządek. Dość szybko ustanawia się hierarchia, a bunt musi być tłumiony w zarodku. Osoby pilnujące doskonale wiedzą o zakazie używania przemocy fizycznej, więc zaczynają przyjmować psychologiczne metody łamania więźniów. W tle co chwilę dźwięczy muzyka rodem z horroru, a sytuacja nabiera rozpędu, ukazując coraz większą eskalację agresji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Hirschbiegel nie szarżował w wyolbrzymianiu ignorancji badaczy i zachowań badanych. W „Eksperymencie” poleje się krew, padną strzały, a więźniowie wezmą zakładników, aby przejąć kontrolę nad całą sytuacją. Takiemu obrazowi mówimy zdecydowane nie!

Amerykanie, zachwyceni sukcesem niemieckiego filmu, sięgnęli po ten sam scenariusz. Zaangażowali dwa duże aktorskie nazwiska – Adriena Brody’ego i Foresta Withakera – oraz reżysera „Prison Break”,  Paula Scheuringa. Filmowiec nie popełnił błędów swojego poprzednika i stworzył o wiele ciekawszą i wiarygodną opowieść, opierając się na antagonizmach postaci Travisa (Brody) i Barrisa (Withaker).  Wyłaniają się oni jako główni bohaterowie, przypadkowi faceci, którzy stoczą miłą pogawędkę, polubią się, aby w piwnicach Stanford stać się zajadłymi wrogami.  Barris jako strażnik przechodzi największą metamorfozę. Z niepewnego siebie dojrzałego mężczyzny mieszkającego z mamą staje się nadzorcą wymyślającym najbardziej wyszukane metody łamania więźniów. 

„Eksperyment” Scheuringa wychodzi od prostej tezy: człowiek ma wiele wspólnego ze zwierzęciem i jest z natury zły. Początkowe kilka minut filmu ukazuje obrazy atakujących zwierząt. Wędrówkę po zachowaniach fauny rozpoczynamy od much, a kończymy na lwach i słoniach. Każde z nich zabija, walcząc o przetrwanie czy swoją pozycję w stadzie. Czym człowiek różni się od zwierzęcia? Wydawać by się mogło, że świadomością, rozumem i kulturą, ale wszystkie te założenia odchodzą w cień, kiedy sytuacja wymaga od nas przyjęcia odgórnie narzuconych ról. W tym duchu pozostaje cały film, a w finale jedna z osób badanych stawia pytanie: „czy jesteśmy lepsi od małp?”. Pełna optymizmu odpowiedź brzmi: „tak, bo możemy coś z tym zrobić”. 

Wersja amerykańska przyjmuje moralizatorski ton, ale w większości fabularnych rozwiązań pozostaje bardzo blisko filmu Hirschbiegela. Oba filmy stawiają na efektowne ujęcia, emocjonalne zagrania i jednostkowych bohaterów, za którymi chce się podążać. Wiadomo, że o wiele trudniej opowiada się o zbiorowości, stąd na dużą pochwałę zasługuję najnowszy film „Więzienny eksperyment” Kyle’a Patricka Alvareza. Widać, że ten młody reżyser sięgnął po dokument „Cicha furia: Stanfordzki eksperyment więzienny” Kena Musena i porządnie odrobił psychologiczną lekcję na temat Zimbardo i jego założeń. To właśnie postać profesora wychodzi na pierwszy plan – staje się dowodem uwikłania we własne badania. Przestaje zauważać przekraczanie wszelkich granic etycznych, ustawia się w pozycji władzy i nie potrafi zrezygnować ze swojej mocy zarządzającego eksperymentem i fałszywym więzieniem. 

Alvarez stara się odtworzyć warunki badania, wchodzi z kamerą między uczestników i wiernie podąża za poszczególnymi wydarzeniami, które miały miejsce w ciągu sześciu dni. Nie sili się na nadmierne szokowanie i przerysowywanie zachowań, co zdecydowanie działa na plus i nie pozwala na ocenę filmu w tej samej kategorii, co dwie poprzednie produkcje. Amerykańskie kino niezależne bez wielkich nazwisk z powodzeniem oddaje poszczególne etapy badania, ale porusza też wiele humanistycznych zagadnień. Reżyser znajduje przestrzeń na rozważania nad silną wolą, zależnością, uzależnieniem zachowania od sytuacji, wpływem autorytetu (pobrzmiewa eksperyment Milgrama) oraz utratą tożsamości. Z dużą mocą wybrzmiewają słowa Zimbardo czy osób badanych, które zaczerpnięte z dokumentu, zostają wplecione w dialogi. Być może „Więzienny eksperyment” nie jest efektowny, a w dobie rozbuchanych i kolorowych wizji światów pełnych superbohaterów przejdzie bez echa, lecz wciąż pozostaje wartościowym filmem o człowieku i jego kondycji. 

Kino rządzi się swoimi prawami i nie można mieć mu za złe stawianie na zadziwianie i szokowanie widza. Jednak niejednokrotnie udowodniono, że mniej znaczy więcej, a skromnymi środkami udaje się przekazać o bardziej wartościowe prawdy niż hałasem i krzykiem wielkich produkcji. Omówione przeze mnie filmy, mimo wad, stają się ciekawym punktem wyjścia do dyskusji o naturze człowieka, a co więcej, niosą w sobie potencjał psychologicznej lekcji dla każdego widza. W końcu każdy z nas ulega wpływowi autorytetu, jest podatny na konformizm i przyjmuje różne role. Świadomość własnych działań i mechanizmów, które nami rządzą, jest pierwszym krokiem od zwiększenia samoświadomości. A jeśli kino ma nam w tym pomóc, to nie pozostaje nic innego, jak zatopić się w filmowy świat.

Czytaj także