American Honey - Cannes '16

American Honey - Cannes '16

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu "American Honey" (2016)
Kadr z filmu "American Honey" (2016) / Źródło: Parts & Labor LLC, Pulse Films Limited, The British Film Institute
“American Honey” Andrei Arnold, uhonorowane w Cannes Nagrodą Jury, to film wewnętrznych paradoksów.

“American Honey”, czyli blisko dwuipółgodzinna opowieść o zwykłej dziewczynie z Teksasu (debiutująca Sasha Lane), która porzuca swoje dotychczasowe życie, by zabrać się z grupą "wyrzutków" na wyprawę po Stanach, jest filmem drogi, obrazem o przyjaźni, dziełem o (utraconych) możliwościach. Filmem szczególnym. Bo choć jest za długi, nie do końca się dłuży, tak dobrze jest poprowadzony. Bo choć mało odkrywczy, to jednak wciągający. Z barwną galerią postaci, mimo że większość z nich to jedynie szkice, a nie pełnoprawne portrety ludzi z krwi i kości. Film pełen jest podobnych paradoksów, które jednak dobrze się sprawdzają na ekranie.

Dynamiczna ścieżka dźwiękowa, luz i swoboda bohaterów oraz ich zadziorna młodzieńcza energia udzielają się bowiem widzowi. Najbardziej wyrazistą, zostającą w głowie i ukazującą wspomniane wyżej cechy sceną jest finałowy taniec wokół ogniska, w rytm melodii “God’s Whisper” Raury’ego. Emanuje z niej poczucie bliskości, wspólnoty, komuny, która zawiązała się między bohaterami. Obraz w całości składa się z takich wyrazistych chwil, przeplatanych długimi sekwencjami zwyczajnego codziennego życia.

“American Honey” to bowiem coś na wzór portretu Ameryki środka, zarówno ze względu na samą geografię, jak i tło społeczne. Klasa średnia i robotnicza oraz tzw. margines społeczny stanowią gros bohaterów filmu, zarówno jeśli chodzi o podstawową obsadę, jak i epizodyczne role osób, które pojawiają się na jedną, dwie sceny. Przybliżając codzienność tych osób, reżyserka maluje wyrazisty portret życia z dnia na dzień, bez żadnego planu.

Jest w tym filmie coś, co pozwala nie nudzić się podczas prawie dwuipółgodzinnego seansu. Pojedyncze momenty, które przyciągają uwagę, zaskakują swoim nieoczekiwanym humorem. Świetna jest w szczególności scena z trzema “kowbojami”, z którymi dziewczyna jedzie do domu. Często podejmuje takie ryzyko, byle tylko zarobić pieniądze. Grupa, do której dołączyła, sprzedaje bowiem prenumeraty magazynów. Scena z kowbojami jest w szczególności ciekawa, ze względu na wzajemne nakręcanie się bohaterów: do szybszego picia, szybszego mówienia i połknięcia robaka zanurzonego w alkoholu. Fakt, iż ta sielanka kończy się byciem na celowniku pistoletu, pokazuje, jak bardzo bohaterowie kąpani są w gorącej wodzie, jak pozwalają pasjom i burzliwym reakcjom rządzić swoim zachowaniem.

“American Honey” najmocniejsze jest w momentach, które najwyraziściej pokazują potrzebę bliskości, grupy i przynależenia (jak we wspomnianym finałowym tańcu). W tym kontekście relacja Star i Jake’a (Shia LaBeouf) jest jedną z głównych sił napędowych obrazu. Już od pierwszej chwili (nomen omen w rytm hitu “We Found Love” Rihanny) pokazuje wzajemne zainteresowanie, zauroczenie, a także nić porozumienia między bohaterami. To właśnie ta “zakazana miłość” (z polecenia szefowej w grupie nie może dochodzić do romansów) stanowić będzie jeden z motorów napędowych opowieści, ukazując przy tym proces dorastania dziewczyny do podejmowania świadomych decyzji.

“American Honey” to interesująca historia, która jednak nie podejmuje pewnych tematów (nigdy nie dowiemy się, co przydarzyło się rodzinie dziewczyny) oraz rozwleka część wątków (zamiast je skondensować dla podbicia wrażeń) przez co pozostawia po sobie niedosyt. Dzięki świetnemu finałowi (oraz towarzyszącej mu piosence) zostaje jednak w głowie. Niezłe dzieło, z nieco większym potencjałem niż wykorzystano go na ekranie. Niemniej można zobaczyć.

Ocena: 6,5/10


ZapiszZapisz

Czytaj także