Filmowe spotkania trzeciego stopnia, cz. II

Filmowe spotkania trzeciego stopnia, cz. II

Dodano:   /  Zmieniono: 
„Faceci w czerni” / „Men in Black” (1997)
„Faceci w czerni” / „Men in Black” (1997) / Źródło: Columbia Pictures
Sequel „Dnia Niepodległości" zainsirował nas do wyboru najważniejszych filmów o najeździe kosmitów. W drugiej części artykułu prezentujemy produkcje, których polska premiera odbyła się po roku 1996 – od „Marsjanie atakują” Tima Burtona do „To już jest koniec” Edgara Wrighta.

„Marsjanie atakują”, reż. Tim Burton (USA 1996)

Tim Burton, jako entuzjasta wszelkich form odmienności, dorzucił swoje trzy grosze także do gatunku sci-fi i tematyki UFO. W jego interpretacji Marsjanie to wielkogłowi psotnicy, którzy na podbój Ziemi zdają się porywać wyłącznie dla kawału. Złośliwej natury przybyszy nie przewidział ani Pierce Brosnan jako naukowiec i doradca prezydenta, ani sam przywódca Stanów Zjednoczonych o twarzy Jacka Nicholsona. Bezradni wobec kwaczących kosmitów, stają się obiektami ich kpiny. Całe szczęście Ameryka to nie tylko grube ryby, ale też młodzi narkomanie, ich babcie i muzyka Slima Whitmana. / DP

„Faceci w czerni”, reż. Barry Sonnenfeld (USA 1997)

„Faceci w czerni” to jeden z kultowych filmów ostatnich dwudziestu lat, dlatego nie mogło zabraknąć go w tym zestawieniu. Dzieło, które w momencie premiery wywindowało kariery Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa, ugruntowując tym samym ich pozycję w świecie filmu, dało nam wiele niezapomnianych scen czy gadżetów. Jak ten, o którym powinniśmy zapomnieć w pierwszej kolejności, czyli urządzenie do wymazywania pamięci. Kto by czasem nie chciał mieć takiego urządzenia? Dodatkowym smaczkiem pozostają krzesła w kształcie jajka (które potem przez lata kupowało się z wypiekami na twarzy swoim Simom), no i oczywiście nie można zapomnieć o lekcji astronomii, którą zapamięta każdy fan, mianowicie jak wygląda pas Oriona. „Faceci w czerni” tak mocno wpisali się w popkulturę, że nie dziwi, że powstały dwa sequele, serial telewizyjny, komiksy i rollercoastery związane z produkcją. Dość powiedzieć, że fenomen dzieła Sonnenfelda wciąż jest ogromny, gdyż zapowiedziano niedawno, iż następna część „21 Jump Street” ma być równocześnie crossoverem ze światem „Facetów w czerni”. Szykuje się więc niezapomniana zabawa! / MK

„K-PAX”, reż. Iain Softley (USA, Niemcy 2001)

Pacjent szpitala psychiatrycznego (Kevin Spacey) twierdzi, że jest w rzeczywistości obcym z innej planety. Doktor Mark Powell (Jeff Bridges) próbuje wybić mu ten pomysł z głowy. Pod niewinnym płaszczykiem sci-fi Softley opowiada o problemie choroby umysłowej jako czynniku  społecznie alienującym (obcy jako drugi człowiek). Konfrontując światopogląd bohaterów, stawia pytania o istotę wiary i Prawdy. „K-Pax” to również udany portret narodzin przyjaźni, jak i przejmująca opowieść o tajemnicy śmierci. / BS

„Znaki”, reż. M. Night Shyamalan (USA 2002)

Na Ziemi wylądowało UFO, po czym nagle odleciało. Dlaczego? Nikt nie wie. Co więcej, brak tej informacji nie ma w filmie znaczenia. Inwazję obserwujemy oczami przeciętnej rodziny, która niczego z zaistniałej sytuacji nie rozumie. Nawet nie próbuje; Hessom chodzi jedynie o to, by przetrwać. Tu nikt tu nie ratuje świata, nikt nie zakłada, że da popalić zielonym. Shyamalan, jakby w obawie przed śmiesznością, prezentuje motyw UFO z przymrużeniem oka, o czym świadczą choćby niewydarzony bohater grany przez Joaquina Phoenixa czy też aluminiowe czapeczki, które mają zabezpieczyć umysły przed ingerencją kosmitów. Tym samym reżyser pozbawił spotkanie trzeciego stopnia misterium. / DP

„Wojna światów”, reż. Steven Spielberg (USA 2005)

Kiedy do Rey’a Ferriera (Tom Cruz), rozwiedzionego pracownika portowego, przyjeżdżają na weekend dzieci, wszystko zaczyna się sypać. Z głębi ziemi pojawiają się śmiercionośne maszyny, niebo wariuje, a wszystko to okazuje się zmasowanym atakiem kosmicznej cywilizacji. Mimo hucznej zaprawy „Wojna światów” to w rzeczywistości intymny portret trudów ojcostwa. Odpowiednio przesadzony, w tradycji nowej przygody i szatkach sci-fi. Jeśli dzieci są całym twoim światem, nietrudno o międzygalaktyczną inwazję. / BS     

„Dystrykt 9”, reż. Neill Blomkamp (Kanada, Nowa Zelandia, RPA, USA 2009)

Prawdopodobnie najciekawsze sci-fi niniejszego zestawienia. Blomkamp robi rzecz niesamowitą: zaprasza na Ziemię milion obrzydliwych i pozornie nierozgarniętych kosmitów, w toku opowieści nadaje im coraz więcej ludzkich cech, a koniec końców upatruje w dwóch „krewetkach” jedynych pozytywnych bohaterów filmu. Być może pytanie rodem z „Łowcy androidów” – na czym polega człowieczeństwo – jest w odniesieniu do „Dystryktu 9” zadane na wyrost, jednak nawiązania do holocaustu świadczą o tym, że reżyser pragnął dorobić historii drugie dno. Udało się; z powodzeniem można ją odczytywać jako oryginalną przypowiastkę o ksenofobii. / DP

„Super 8”, reż. J.J. Abrams (2011)“

„Super 8”, czyli Abramsa zabawa w Kino Nowej Przygody, to obraz, który pięknie uchwycił, na czym polega magia kina. I nie chodzi tu tylko o to, że jego bohaterami są młodzi pasjonaci sztuki filmowej, którzy z pomocą kamery i taśmy 8mm kręcą swoją amatorską produkcję o zombie, ale też o to, że film wciąga widza już od pierwszych minut, sprawiając, ze sam czuje się jednym z bohaterów. Tak jak oni próbuje się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się tego letniego wieczoru, gdy z wykolejonego pociągu uciekł jakiś dziwny stwór. / MK

„To już jest koniec”, reż. Edgar Wright (2013)

Grupa znajomych z liceum – panów po kryzysie wieku średniego – uświadamia sobie niemożność powrotu do blasków i chwały lat młodzieńczych. Wtedy to dramat przeistacza się nagle w film sci-fi, w którym od bohaterów zależą losy ludzkości zaatakowanej przez roboty z kosmosu. Ta wolta scenariuszowa wieńcząca pierwszy akt jest najlepszą częścią obrazu. / MK

Czytaj także:
Filmowe spotkania trzeciego stopnia, cz. I

Czytaj także