Orange is The New Black

Orange is The New Black

Dodano:   /  Zmieniono: 
Orange Is the New Black (2013-)
Orange Is the New Black (2013-) / Źródło: Netflix
Stacja Netflix powróciła ze swoim flagowym produktem – serialem „Orange is The New Black”. Czy sezon czwarty dorównuje seriom poprzednim, które łącznie otrzymały sześć nominacji do Złotych Globów? Michał Nawrocki-Utratny udziela odpowiedzi twierdzącej.

Piper Chapman to trzydziestoletnia kobieta, która właśnie dostała wyrok i musi odpokutować grzechy sprzed niemal dekady, kiedy to pomagała swojej dziewczynie szmuglować narkotyki. W zamian za to czeka ją 15 długich miesięcy w zakładzie karnym, rozłąka z narzeczonym i niewiadomy los w miejscu, w którym trzeba uważać na każde spojrzenie, każdy krok i wypowiedziane słowo. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że w tym samym zakładzie przebywa eksdziewczyna Piper. Tak oto w roku 2013 rozpoczęła się historia produkcji stacji Netflix „Orange is The New Black”. Przed kilkoma dniami subskrybenci Netflixa dostali dostęp do pełnego, czwartego sezonu serialu. Czy warto było czekać na kolejne przygody ekipy z zakładu penitencjarnego w Litchfiled? 

Na początku warto przyjrzeć się pomysłodawczyni serialu, tajemniczej Jenji Kohan, która stworzyła najciekawsze kobiece postaci w historii telewizji. 46-letnia producentka i scenarzystka wychowana w rodzinie związanej z przemysłem filmowym i pisarskim, wykształcenie zdobyła na Uniwersytecie Columbia, a pierwsze kroki w show-biznesie stawiała przy produkcji seriali takich, jak „Bajer z Bel-Air” czy „Przyjaciele”. Przełom nadszedł wraz z projektem zrealizowanym dla stacji Showtime. Sama Kohan streszczała go zaledwie w kilku słowach: „Suburban. Widowed. Pot. Dealing. Mom” (czyli: podmiejskie, wdowa, zioło, dealerka, mama). Mowa oczywiście o legendarnym serialu „Trawka”, który doczekał się ośmiu sezonów i na stałe przeszedł do panteonu telewizyjnych produkcji. 

„Orange is The New Black” ma szansę dołączyć do tej samej grupy, o ile to już się nie stało. Niedawno ogłoszono, że powstanie łącznie siedem sezonów serialu, a dotychczasowe trzy serie uzbierały blisko 50 nagród (Emmy, Screen Actors Guild Awards, AFI) i blisko 90 kolejnych nominacji, w tym do Złotych Globów. Kanwą serialu jest powieść Piper Kerman „Orange Is the New Black: My Year in a Women's Prison” (w Polsce „Dziewczyny z Danbury. Orange Is The New Black”) z 2010 roku, w której autorka opowiada o własnych doświadczeniach z pobytu w zakładzie karnym. Jenji Kohan rozpoznała w historii ogromny potencjał, bo osobiście naciskała na autorkę wspomnień, żeby rozpocząć współpracę przy stworzeniu telewizyjnej adaptacji. Gdy z pomocą przyszła stacja Netflix, prędko podjęto decyzję o stworzeniu 13-odcinkowego sezonu. 

Twórcy spisali się na medal, a popularność serialu na zachodzie chyba przerosła ich oczekiwania. Ale nie ma się co dziwić. „Orange is The New Black” to nie tylko najlepszy feministyczny serial wszech czasów (jak na razie), ale też najlepszy serial dramatyczny ostatnich lat. Dużym zaskoczeniem były w związku z tym początkowe nominacje Emmy, które przyznane były w kategoriach serialu komediowego. Tak, serial jest zabawny, ale też wzruszający, trzymający w napięciu, doskonale zagrany, napisany i zrealizowany. Każdy odcinek to osobna historia, która służy opowiedzeniu co nieco o naszej codzienności. Jest tu miłość, nienawiść, strach, pragnienia, niezwykle skomplikowany świat, w którym przede wszystkim liczy się przetrwanie, bo życie każdej z tych kobiet nie jest łatwe. O ich losie najczęściej decydują mężczyźni, to za ich pośrednictwem dokonuje się zło. „Orange is The New Black” nie jest jednak tendencyjnym pamfletem na temat mężczyzn – raczej zwróceniem uwagi na to, jak dzisiaj wygląda rzeczywistość. Od czasu do czasu konwencja zostaje przełamana i widz poznaje również historię męskich bohaterów opowieści. 

Czwarty sezon to natomiast bardzo krytyczne spojrzenie na współczesną Amerykę i świat w ogóle. Na postępujący rasizm, homofobię i co tu dużo mówić: prymitywizm, który dochodzi do głosu niestety również w kręgach władzy. W tym tyglu nienawiści i strachu wynikającego z głupoty i braku akceptacji drugiego człowieka, autorzy serialu wskazują, że nie ma łatwych rozwiązań. Zamknięcie czwartego sezonu to jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii tego serialu. Trudno będzie wytrzymać do premiery kolejnej serii, więc póki co pozostają nam powtórki wszystkich sezonów na Netflixie. Z serialami bywa tak, że zbyt długie oglądanie jednego tytułu skutkuje znudzeniem konwencją. Ale nie w przypadku tego serialu, gdzie cztery odcinki na wieczór są absolutnym minimum.

Dwa lata temu nie stwierdziłbym, że „Orange is The New Black” jest arcydziełem. Wówczas uważałem, że do oceny 10/10 potrzebna byłaby jeszcze forma, w której jest coś nowego. Dzisiaj zmieniam zdanie. Dobra historia i świetne wykonanie bronią się same; „Orange is The New Black” nie potrzebuje żadnych niepotrzebnych ozdóbek w postaci montażu czy dynamicznych zdjęć. Pod tym względem na łopatki kładzie czołówka serialu ze świetną piosenką Reginy Spektor („You've Got Time”) oraz montażem zdjęć kobiet w rzeczywistości osadzonych w zakładach karnych. Kto jeszcze nie zna „Orange is The New Black”, niech nie traci ani chwili dłużej i sięgnie po serial. Ale ostrożnie, bo produkcja Jenji Kohan uzależnia. 

Czytaj także