Za szybko w nieznane

Za szybko w nieznane

Dodano:   /  Zmieniono: 
Star Trek: Beyond / Star Trek w Nieznane (2016)
Star Trek: Beyond / Star Trek w Nieznane (2016) / Źródło: Paramount Pictures
Historia w „Star Trek: W nieznane| zaczyna się niewinnie – statek USS Enterprise dokuje w ogromnej, świeżo zbudowanej bazie dryfującej w przestrzeni, dzięki czemu bohaterowie mają czas na odpoczynek, spotkania z rodzinami oraz zajęcie się swoimi sprawami.

Podczas tego fabularnego impasu do bazy przybywa kosmitka w niezidentyfikowanym statku zdająca się potrzebować pomocy, zaś najlepiej nadaje się do tego… nikt inny jak załoga USS Enterprise, która właśnie wróciła po kilkuletniej podróży (sic!) i jeszcze nie zdążyła się nacieszyć ciepłem ramion swoich bliskich. Kapitan Kirk wraz ze swoją załogą rusza wprost w niezbadaną mgławicę, aby pomóc potrzebującej, jednak jak można było się tego spodziewać, okazuje się być to pułapka zastawiona przez równie tajemniczego co złowieszczego Kralla (Idris Elba). Od tego momentu zaczyna się faktyczna fabuła filmu (a raczej jej brak), który polega na eksponowaniu rozwałki na jak największa skalę, która z każdą kolejną sekundą oddala go od tego co w Star Treku było najpiękniejsze, czyli nietuzinkowości w podejściu do opowiadanych historii. Ta zaczyna być bowiem równie przewidywalna, co nudna mniej więcej po czternastym wybuchu na ekranie (czyli dość szybko).

Nowemu „Star Trekowi” bez wahania można zarzucić brak świeżości, jednak film – prawdopodobnie za sprawą Justina Lina za reżyserskimi sterami – udowadnia, że ma do siebie dystans i potrafi bawić się swoją konwencją. Najdobitniej udowadnia to w fenomenalnej scenie eksploatującej utwór „Sabotage” Beastie Boys w sposób jakiego nie powstydziliby się „Strażnicy Galaktyki”. Filmowi trzeba także oddać, że wciąż silna jest w nim reprezentacja bohaterów drugoplanowych, którzy są z krwi i kości, mają swoją historię i przemyślenia, dzięki czemu tak przyjemnie ogląda się ich zmagania z niedorzecznościami wylewającymi się z ekranu. Reżyserowi jak i scenarzystom jak najbardziej należy się pochwała za zgrabną żonglerkę ich losami, bowiem to za ich sprawą fabuła podąża kilkoma torami jednocześnie, przy tym ani na chwilę nie gubi tropu i nie miesza wątków. Jednak coś za coś. Oglądając „Star Trek: W nieznane” odnosi się wrażenie, że twórcy serwują nam chwyty do cna wykorzystane w podobnych produkcjach, tym razem „odświeżone” jedynie za pomocą nowych gagów i postaci. Możliwe, że zadziałałoby to, gdyby produkcja nie trzymała się tak kurczowo nawiązań do oryginalnej sagi, przy której wypada po prostu blado.

„Star Trek: W nieznane” mimo iż momentami jest chaotyczny i niezbyt inteligentny w swoich rozwiązaniach, i tak dostarcza czystej, nieskrępowanej, blockbusterowej rozrywki jakiej moglibyśmy oczekiwać od tego typu filmu. Niestety chwilami za bardzo zbliża się do poziomu umowności fundamentów świata przedstawionego, typowego dla serii „Szybkich i Wściekłych” (z której zasłyną reżyser, Justin Lin), tym samym oddalając się za szybko w stronę nieznanego. W stronę niekoniecznie najlepszą dla całej serii.

Ocena: 5/10
Autor: Jan Stąpor


Czytaj także