Top 5: filmy Woody’ego Allena

Top 5: filmy Woody’ego Allena

Dodano:   /  Zmieniono: 
Woody Allen
Woody Allen / Źródło: Tony Barson
Na wstępie chcemy rozwiać Wasze wątpliwości: niniejsza lista nie jest wyborem najlepszych filmów Woody’ego Allena (tych nie sposób zamknąć w 5 punktach), lecz naszych ulubionych. Ten subiektywny ranking powstał w wyniku głosowania 9 redaktorów FILMu; zainspirowała go zaś premiera „Śmietanki towarzyskiej”. Kolejność chronologiczna.

Annie Hall (1977)

Jędrzej Dudkiewicz: Zdecydowanie najlepszy film Woody’ego Allena, niedoścignione arcydzieło. Reżyser przygląda się tu już zakończonemu, nieudanemu związkowi i robi to z typowym dla siebie, kąśliwym poczuciem humoru. Allen śmieje się tu ze wszystkiego – z miłości, religii, antysemityzmu, przewrażliwienia związanego z antysemityzmem, a przede wszystkim z samego siebie. Jego bohater to typowy, neurotyczny, wiecznie marudzący facet, partneruje mu zaś wspaniała Diane Keaton w jednym z najsłynniejszych filmowych kostiumów. Wspaniałe dialogi („masturbacja to seks z kimś, kogo kocham”) mieszają się tu z fantastycznymi pomysłami narracyjnymi, jak w scenie, gdy bohaterowie rozmawiają, a napisy zdradzają, co postaci te myślą naprawdę (zainspirowali się tym potem twórcy, między innymi, „500 dni miłości”). „Annie Hall” to również bardzo specyficzna komedia romantyczna, która pokazuje, co wielki reżyser i scenarzysta jest w stanie zrobić z tym gatunkiem filmowym.

Wnętrza (1978)

Dominika Pietraszek: „Wnętrza” to nie tylko pierwszy film Allena, w którym reżyser nie pojawił się przed kamerą, ale także jego wprawka w kino „poważne”. „»Wnętrza« odzwierciedlają moje poglądy na życie – zimną próżnię, w której przyszło nam żyć. Nie uratuje nas przed nią żadna sztuka, tylko odrobina ludzkiego ciepła. To był mój dydaktyczny scenariusz” – stwierdza sam Allen, który z perspektywy czasu dodaje – „Brakowało mi doświadczenia przy tego typu filmach. Chciałbym dzisiaj nakręcić »Wnętrza«”. A jednak, po 38 latach od premiery, krytyka obchodzi się z tym „bergmanowskim” dramatem bardzo ciepło. Prostą w gruncie rzeczy historię – trzy stale rywalizujące ze sobą siostry-artystki muszą zaakceptować konsekwencje wywołane przez separację ich rodziców – Allen wzbogacił w podskórne napięcie oraz wzbierający żal, jaki żywią do siebie niemal wszyscy bohaterowie. „Pięknie umeblowane pokoje, starannie zaprojektowane wnętrza, wszystko takie zaplanowane. Ale nie było żadnego pokoju na prawdziwe uczucia. Żadnego. Pomiędzy nikim z nas” – słowa wypowiedziane przez Joey stanowią kwintesencję zarówno samych „Wnętrz”, jak i Allenowskiego pesymizmu jako takiego.

Manhattan (1979)

Urszula Obstarczyk: Nowy Jork widziany oczami Woody'ego Allena jest miejscem niekończących się możliwości. Miastem-azylem, bezustannie inspirującym reżysera. Komediant w swoich pracach wielokrotnie oddawał hołd ukochanej krainie – pełniącej rolę nie tylko tła wydarzeń, lecz także przestrzeni, która silnie oddziałuje na funkcjonowanie bohaterów. „Manhattan”, jeden z najdoskonalszych i najbardziej emblematycznych obrazów autora, jawi się jako melancholijne i sentymentalne „wyznanie wiary” filmowca. W sprawczą moc ciepłych, wygrzanych miejsc na kozetkach u psychoterapeutów. W swoistą energię wąskich, klimatycznych uliczek, zatłoczonych barów, kafejek – idealnych do prowadzenia intelektualnych rozmów i wynurzeń. W takim właśnie, można by rzec, iście artystowskim światku, egzystuje Isaac Davis (w roli Woody Allen), neurotyczny, ekscentryczny, wiecznie zamyślony rozwodnik, związany z nastolatką o imieniu Tracy (Mariel Hemingway). W momencie stagnacji, kryzysu w relacji z młodą partnerką, poznaje przebojową, odważną oraz dziarską Mary (Diane Keaton), obiekt zainteresowań jego serdecznego przyjaciela. Krótkotrwałe, czasem „zakazane”, intensywne fascynacje, osobliwe damsko-męskie układy to tematy najczęściej i najchętniej wykorzystywane w produkcjach amerykańskiego scenarzysty. Schematyczne, lecz wzbogacone dawką specyficznego dowcipu oraz autoironii, w recepcji dzieła nie okazują się być jednak najistotniejsze. To ciągłe podążanie za postaciami, poniekąd zagubionymi w wielkomiejskiej przestrzeni (dającej równocześnie poczucie bezpieczeństwa, przynależności) w mojej ocenie jest absolutnie uderzające. Ponadprzeciętna wrażliwość reżysera sprawia, że „Manhattanu” nie sposób czytać jako przegadanego love-story. To interesujący wgląd w emocjonalność dojrzałego mężczyzny, którego rytm życia od zawsze wyznaczał Nowy Jork.

Wszystko gra (2005)

Michał Nawrocki-Utratny: Problemy finansowo-organizacyjne, z którymi mierzył się Woody Allen w 2004 roku, okazały się być zbawienne dla twórczości amerykańskiego twórcy. To właśnie za ich sprawą „Wszystko gra” po przeróbkach scenariusza stało się otwarciem europejskiej serii Allena, a obsada – zgodnie z wymogami producentów – w większości brytyjska, wniosła w obraz swój wyjątkowy kunszt. Opowieść o byłym tenisiście, który za sprawą szczęśliwego przypadku wchodzi do bogatej rodziny, to w dorobku reżysera pozycja wyjątkowa. Amerykańscy krytycy rozpływali się w zachwytach nad powrotem do formy ich ukochanego nowojorczyka, europejscy krytycy byli nieco mniej przychylni w ocenach. Dla mnie „Wszystko gra” to jedyna w swoim rodzaju, szczególnie jak na Allena, mroczna opowieść o moralności, zachłanności, żądzach i losie, w której wyjątkowo brak aktorskiego taniego naśladownictwa osoby reżysera. Scenariusz Allena słusznie otrzymał nominację do Oscara, a zasługiwał nawet na samą statuetkę.

Blue Jasmine (2013)

Marcin Czarnik: Proust pisał, że przyzwyczajenie to „robotnica zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym”. Także w „Blue Jasmine” przyzwyczajenie odgrywa znaczącą rolę. Z jednej strony jest środkiem pozwalającym bohaterom komedii zaakceptować dramatyczną sytuację, w jakiej się znajdują; pozwalającym odbić się od dna albo – inaczej – pozostać na tym dnie, bez żalu (weźmy Ginger wychowującą samotnie dwójkę dzieci, otoczoną przez mężczyzn wątpliwej sławy). Z drugiej – siłą destrukcyjną, bo Jasmine nie może się pozbierać po utracie majątku i upadku o kilka szczebli ze społecznej drabiny. Zasadniczo u Allena każdy kij ma dwa końce. Pewnie dlatego „Blue Jasmine” tak dobrze się ogląda. Film ma zwyczajną dla dzieł nowojorczyka energię, błyskotliwe dialogi oraz inteligentne dowcipy, które działają jak remedium na uwagi wielkiego pesymisty, jakim jest Allen (pod tym względem w scenariuszu nie ma nic nowego – życie to pasmo porażek), ale to montaż, sprawnie splatający dwa wątki, dwie płaszczyzny czasowe i dwa światy, ten, w którym żyje z dnia na dzień klasa średnia oraz ten, w którym szampana popijają milionerzy, sprawia, że chłonie się scenę po scenie. Warto też nadmienić, że Allen zrezygnował z filmowania uroczych zakątków Nowego Jorku i San Francisco, stąd krótki metraż, a w konsekwencji dobre tempo.

Czytaj także