„Jestem taka piękna!” – Kopciuszek z kolorowych żurnali

„Jestem taka piękna!” – Kopciuszek z kolorowych żurnali

Dodano: 
Amy Schumer w filmie „Jestem taka piękna!”
Amy Schumer w filmie „Jestem taka piękna!” / Źródło: Voltage Pictures, Wonderland Sound and Vision
Amy Schumer to dziś niekwestionowana królowa amerykańskiego stand-upu istniejąca w świadomości także polskich widzów, którzy mogą śledzić jej występy pełne absurdalnego humoru przesyconego wulgaryzmami oraz seksem.

Signum temporis, że w dobie nowoczesnych technologii, umożliwiających streamingową konsumpcję treści rozrywkowych za pośrednictwem Netflixa i HBO GO, bardziej bawią nas słowne kalambury komików zza oceanu, niż rodzime przaśne kabarety. Odbiór tego typu contentu jest silnie uwarunkowany metrykalnie, co też świadczy o postępujących podziałach w dostępie do informacji ze względu na kryterium wiekowe i związane z tym kulturowe wykluczenie cyfrowe określonych grup społecznych.

Schumer z różnym szczęściem próbuje szczęścia także w kinie. O ile “Wykolejona” w reżyserii Judda Apatowa i co najważniejsze na kanwie jej scenariusza, była powiewem świeżego powietrza w sferze komedii, a jednocześnie zgrabnie wkomponowywała się w filozofię przyświecającą twórczości Apatowa będącą zawolaowaną apoteozą konserwatywnych wartości obyczajowych, o tyle partnerowanie legendarnej Goldie Hawn w mało zabawnych “Babskich wakacjach” było wyraźnym krokiem w tył w jej karierze. Najnowszy obraz z jej udziałem lokuje się gdzieś pośrodku. Niby stanowi jest to jakaś rzekoma krytyka korporacyjnego kapitalizmu, ale twórcy traktują ów wątek jedynie pretekstowo, aby przeprowadzić widza przez korowód lepszych i gorszych ekscesów głównej bohaterki. W rezultacie kontekst społeczny jest tu potraktowany powierzchownie, a całość staje się de facto dość typową komedią romantyczną.

Niemniej jednak film okazał się lepszy, niż się tego spodziewałem. Może nie na miarę rzeczonej „Wykolejonej”, ale pyszny w niektórych momentach, w szczególności wtedy, gdy staje się satyrą na zblazowany światek przedstawicieli szeroko pojętej branży urodowej, która z jednej strony na każdym kroku podkreśla, że każdy jest piękny i liczy się wyłącznie osobowość, a jednocześnie gdzieś w didaskaliach wpycha konsumentowi produkty, które mają ułatwić dążenie do perfekcyjnego piękna fizycznego. Jak to bowiem stwierdzają w jednej scenie bohaterki nie obdarzone przez naturę wizerunkami modelek, nikt na portalach randkowych nie zwraca uwagi na opisy. Wszyscy oceniają wyłącznie zdjęcia.

To te sekwencje, a nie kolejne wygłupy Schumer, są w tym obrazie najciekawsze. Hermetyczne środowisko ludzi oderwanych od realiów przeciętnego zjadacza chleba skupione wyłącznie na swoim statusie i kapitale symbolicznym, którego nośnikiem ma być wygląd. Uwagę zwraca Michelle Williams w roli odbiegającej od jej dotychczasowej filmografii.

Ciekawym zabiegiem był także sam koncept wyjściowy, wedle którego opowieść o pulchnej “szarej myszce”, która w wyniku wypadku na siłowni zyskuje nadspodziewaną pewność siebie, jest współczesną trawestacją mitu o Kopciuszku w erze rozpasanego konsumpcjonizmu. Słabością jest natomiast sam fakt, że udział Amy Schumer sprowadził się tylko do zagrania w tym obrazie, przez co fabuła jest ostrożna, zachowawcza i koniunkturalna. Od razu widać, że jest to produkt (ten zwrot jest najbardziej adekwatny) stworzony przez hollywoodzkich rzemieślników. Odpowiednio sprofilowany pod określoną grupę targetową, bez prowokacyjnych ambicji i do jednorazowego wykorzystania.

„Jestem taka piękna” („I feel pretty”), reż. Abby Kohn, Marc Silverstein; 2018 r.; dystr. Kino Świat;


Michał Mielnik

Czytaj także