Warszawski Festiwal Filmowy - filmowa przebieżka

Warszawski Festiwal Filmowy - filmowa przebieżka

Dodano: 
Kinoteka. Warszawski Festiwal Filmowy
Kinoteka. Warszawski Festiwal Filmowy / Źródło: WFF / fot. Dominika Szeląg
Warszawski Festiwal Filmowy dobiegł końca, a my biegaliśmy po wielu seansach tej wspaniałej imprezy. Z tej okazji recenzyjna przebieżka Michała Mielnika.

„Heavy Trip”, reż. Juuso Laatio

Sekcja „Wolny duch”, która figuruje w każdoczesnej agendzie Warszawskiego Festiwalu Filmowego bodaj od zarania dziejów powinna skupiać przede wszystkim twórców eksperymentujących z formą filmową i być płaszczyzną eksploracji języka filmowego. Takie przynajmniej skojarzenie wywołuje już sama nazwa konkursu. Tymczasem zwariowana fińska komedia o grupie metalowców jest w tym miejscu zaskakująca, no prezentuje zupełnie klasyczne narracyjnie podejście do kina stając się korowodem gagów układających się w slapstickową humoreskę ubraną w szaty „kina drogi”. To całkiem zabawna propozycja, która z całą pewnością będzie rozluźniającym interludium pomiędzy bardziej posępnymi propozycjami Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

„Upadek amerykańskiego imperium”, reż. Denys Arcand

Denys Arcand to prawdziwa instytucja w kanadyjskim kinie. Jego najnowszy obraz jest bezpośrednim nawiązaniem do „Upadku Cesarstwa Amerykańskiego” jego autorstwa z 1986 r., na co w oczywisty sposób wskazuje już sam tytuł. To sarkastyczne przegadane kino, gdzie historia dobrodusznego i naiwnego doktora filozofii parającego się pracą kuriera, który znajduje dwie torby wypchane gotówką, przybiera postać filozoficznej rozprawki. Pyszne, inteligentne kino o roli pieniądza i pracy w świecie po kryzysie finansowym z 2008 r., które sprawia dużo przyjemności mimo pewnych fabularnychnieścisłości i niedociągnięć.

„RBG”, reż. Julie Cohen, Betsy West

Portret liberalnej (w europejskim znaczeniu: lewicowej) sędzi Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych wprowadzonej do tego urzędu w okresie prezydentury Billa Clintona to bardzo klasyczny amerykański dokument zrealizowany według obowiązującej w tej szkole formuły: wywiady + archiwalia. Nadto film pokazuje chronologicznie przebieg kariery tej wybitnej prawniczki, która stała się w ostatnim czasie wręcz gwiazdą kultury masowej. Mimo pewnej zachowawczości języka filmowego całość ogląda się świetnie głównie ze względu na interesującą bohaterkę, która zyskała sławę jako orędowniczka praw kobiet i innych dyskryminowanych mniejszości.

„Bambusowe psy”, reż. Khavn

Tegoroczny program Warszawskiego Festiwalu Filmowego zawiera pewną względną nadreprezentację obrazów pochodzących z Filipin. To interesujący kraj, zupełnie odmienny kulturowo od utrwalonego wizerunku Dalekiego Wschodu. Wyrazem tego jest także kinematografia wyspiarskiego kraju.

Prawdziwy człowiek renesansu, jakim jest ekscentryczny artysta ukrywający się pod pseudonimem Khavn w trakcie spotkania po pokazie swojego dzieła skupił się przede wszystkim na jego aspekcie społecznym, podczas gdy to właśnie forma jest elementem, który w największym stopniu definiuje i wyróżnia jego film. Zastosowanie konstrukcji jedności czasu, miejsca i akcji oraz ulokowanie fabuły w jednej policyjnej furgonetce przypomina trochę zabieg zastosowany kilka lat temu w egipskim obrazie „Zderzenie” prezentowanym notabene także podczas WFF.

Niestety, zaciemnione zdjęcia i praca kamery z akcji powodują, że widz ma trudności w orientacji odnośnie do meandrów skąpej skądinąd fabuły nie wiedząc, co dokładnie dzieje się na ekranie. Finalnie, jest to zatem seans dosyć męczący, aczkolwiek wyrazy uznania należą się twórcom za podjęcie ważnego społecznie problemu policyjnej przemocy.

„Satash”, reż. Tulegen Baitukenov

Kinematografia kazachstańska jest wyjątkowo silnie reprezentowana podczas tegorocznej edycji WFF. W programie udało mi się znaleźć trzy pozycje z tego kraju. Niestety startujący w konkursie 1-2 obraz Tulugena Baitukenova nie należy do udanych propozycji. Interesujący jest sam koncept wyjściowy zakładający wykorzystanie konwencji neowesternu w warunkach przaśnej postsowieckiej rzeczywistości. Ewidentnie kuleje jednak wykonanie, tak w samej warstwie technicznej (nieudane zdjęcia z lotu ptaka obejmujące bezmiar kazachskich stepów), jak i pod względem mocno teatralnego i ekspresyjnego aktorstwa. Same zresztą figury głównego protagonisty będącego przeniesionym z klasycznego westernu archetypem ostatniego sprawiedliwego szeryfa oraz jego wyjątkowo bezbarwnego i nijakiego adwersarza zostały potraktowane jedynie zdawkowo. Cierpi też sama nieprawdopodobna fabuła oraz papierowe wzniosłe i banalne dialogi.

„Klub Kanibali”, reż. Guto Parente

Brazylia, która jest krajem o bodaj największym rozwarstwieniu społeczno-ekonomicznym na świecie, gdzie dzielnice luksusu sąsiadują z favelami. Nie powinien zatem zaskakiwać fakt, że to filmowcy z tego kraju zrealizowali tę makabryczną satyrę, gdzie sam już tytuł wyjaśnia wszystko. Otóż krąg bogaczy z miasta Fortaleza gustuje w osobliwym rytuale, w którym przedstawiciele niższych warstw społecznych o ciemniejszej karnacji skóry są mordowani przez reprezentantów burżuazji w trakcie stosunku seksualnego, a następnie konsumowani w trakcie wystawnych kolacji. Krew miesza się ze spermą, film gatunkowo czerpie ze slashera, porno, a nawet mitycznych snuff movies, ale mimo wszystko całość jest paradoksalnie dość zachowawcza, zaś przemoc i seks są markowane. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły filmu wskażę tylko, że w finale dochodzi do swoistej plebejskiej rewolucji. Obraz godzien uwagi także z tego powodu, że niebawem dojdzie w Brazylii do drugiej tury wyborów prezydenckich, a w przypadku prawdopodobnej wygranej populisty Jaira Bolsonaro kraj ten znajdzie się na czołówkach światowych gazet.

Oceniał: Michał Mielnik

Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także