„Nightflyers” – Netflix pokazał nam pierwsze odcinki „Kosmicznej gry o tron”. Jest na co czekać?

„Nightflyers” – Netflix pokazał nam pierwsze odcinki „Kosmicznej gry o tron”. Jest na co czekać?

Dodano: 
Kadr ze zwiastuna serialu "Nightflyers"
Kadr ze zwiastuna serialu "Nightflyers" / Źródło: YouTube / Netflix
1 lutego na platformie Netflix pojawi się kolejny serial inspirowany prozą George'a R. R. Martina. Dla fanów „Gry o tron” pewnie nie potrzeba już dalszych rekomendacji. Pozostałych zapraszamy do lektury naszych wrażeń po pierwszych dwóch odcinkach.

„Nightflyer” to nazwa statku kosmicznego, który wyrusza na misję, mającą ocalić gatunek ludzki od zagłady. Szybko okazuje się, że zadanie nie będzie wcale proste, m.in. ze względu na nietypowe awarie i paranormalne zjawiska, które nękają załogę. Tytułowi „Nightflyers” są więc kosmicznymi podróżnikami, ryzykującymi swoje zdrowie i życie, by poprzez kontakt z obcą cywilizacją znaleźć sposób na przetrwanie homo sapiens. Głównymi bohaterami w tej produkcji są jednak nie tylko ludzie, ale i sam statek. To w jego obrębie zamyka się cała akcja serialu. Jest więc klaustrofobicznie, a niekiedy wręcz ciasno ze względu na liczną załogę. I to jest coś, co może stanowić o sile tego serialu, nazywanego często „kosmiczną grą o tron”.

Skąd takie określenie? Fabuła serialu „Nightflyers” oparta została na nowelce „Wędrowcy” autorstwa George'a R.R. Martina, a więc twórcy słynnej już sagi „Pieśń lodu i ognia” – podstawy do filmowej „Gry o tron”. Pisarz jest też producentem opisywanego serialu. Da się to wyczuć, kiedy na ekran wprowadzani są kolejni członkowie załogi. Każdy z nich ma coś do powiedzenia, każdy jest zbudowany „z krwi i kości”, ma w tej kosmicznej układance określoną rolę do odegrania. Co charakterystyczne dla Martina, każdy ma też swoje ukryte cele i motywacje, z powodu których będzie nawiązywał sojusze i zdradzał swoich niepotrzebnych już sprzymierzeńców.

Nie można jednak mówić, że mamy do czynienia po prostu z „Grą o tron” w kosmosie. Prędzej „Grą o tron” w pigułce. Wszystkie intrygi odbywają się tutaj na relatywnie dużej, choć z natury rzeczy ograniczonej przestrzeni okrętu kosmicznego „Nightflyer”. Nie ma tu wpływowych rodów i armii, tylko jednostki, które łączą się w małe grupki. Poszczególni bohaterowie nie przemieszczają się po obszarze działań miesiącami, ale przemierzają całą dostępną im przestrzeń w ciągu co najwyżej godzin. Jeśli już jakiś element z „Gry o tron” przeniesiono bez zmian na pokład „Nightflyera”, to z pewnością brak przesadnego sentymentu dla ludzkiego życia. Już od pierwszych minut wiemy, że nie należy szczególnie przywiązywać się do poszczególnych bohaterów.

Nieobecny kapitan, niechciany pasażer

Jak na jednego z bohaterów serialu przystało, supernowoczesny okręt „Nightflyer” ma swój charakter i swoje tajemnice – z kapitanem na czele, który jest jedną z najbardziej intrygujących postaci. Dość powiedzieć, że nigdy nie kontaktuje się z pozostałymi osobiście. Jeśli już oglądamy go na ekranie, to tylko w formie hologramu. Na pokładzie „Nightflyera” niemal od startu misji dzieją się też bardzo niepokojące rzeczy. To kolejna zagadka, która domaga się wyjaśnienia i trzyma widza w napięciu.

Sekretów, zagadek i niejasności tylko w pierwszych dwóch odcinkach serialu jest zresztą tyle, że Netflix przygotował cały spis tematów, których recenzenci nie mogą poruszać. To kolejna mocna strona opisywanej produkcji - tajemnice. Po obejrzeniu pierwszego odcinka, ma się ochotę na drugi. Po drugim, wyczekuje się już kolejnego. Zagmatwana sytuacja na pokładzie „Nightflyera” zostaje w głowie. Po prostu chce się wiedzieć, co będzie dalej. A o to przecież w tego typu serialach chodzi, prawda?

„Nightflyers” z pewnych względów mogą spodobać się fanom „Obcego”, a z zupełnie innych – zwolennikom serialu „Battlestar Galactica”. Mamy tutaj elementy typowe dla kosmicznego horroru (atmosfera grozy, muzyka) oraz zarysowane konflikty niewielkiej społeczności, która musi sobie radzić w ekstremalnych warunkach. Warto zaznaczyć, że pasażerowie nie stanowią monolitu, czy nawet zgranego zespołu. Obok załogi, na pokład trafili także naukowcy i odkrywcy, którzy mają zupełnie inne podejście do całej misji. Zwłaszcza ze względu na jednego pasażera, którego większość uczestników kosmicznego lotu po prostu panicznie się obawia, na pokładzie bardzo szybko zaczyna dochodzić do konfliktów.

Nie czuć, że u steru siedział pisarz

Tym, co może razić widza, są typowe dla Hollywood klisze i uproszczenia, do których w swoich książkach Martin (współproducent) na pewno by nie dopuścił. Osoba, która przeżyła prawdziwy wstrząs, za kilka minut zostaje przekonana do ponownego ryzykowania życia. Nawet nie siłą argumentu, tylko zwykłą prośbą. Ludzie ścigający podejrzaną jednostkę po pewnym czasie zwyczajnie odpuszczają jej ze względu na komunikat kapitana. Niektóre dialogi mogłyby być napisane lepiej. Niektóre sceny mogłyby być nieco bardziej przemyślane.

Mimo pewnych niedociągnięć i niezbyt oryginalnego pomysłu wyjściowego (ile to już razy załoga statku kosmicznego ratowała ludzkość?), od tego serialu trudno się oderwać. Nagromadzenie tajemnic i nieco przerażający klimat wciągają na tyle, że nie sposób nie wyczekiwać kolejnych odcinków. Na szczęście czekać trzeba tylko do 1 lutego.

Czytaj także:
Nieoficjalnie: Będzie drugi sezon polskiego serialu „1983”. Prace ruszą już niedługo

Czytaj także