Zakościelny opowiedział Zamachowskiej o tym, jak przechodził koronawirusa. „Nie dajmy się zwariować”

Zakościelny opowiedział Zamachowskiej o tym, jak przechodził koronawirusa. „Nie dajmy się zwariować”

Dodano: 
Maciej Zakościelny
Maciej Zakościelny / Źródło: Newspix.pl / Artur Zawadzki/FOTONEWS
Na szczęście COVID-19 potraktował mnie dość łagodnie. (...) To jest wirus, który krąży w powietrzu. Musimy uważać, szanować siebie i innych, ale musimy też żyć, musimy pracować. Zachowuję się odpowiedzialnie, ale i tak nie uniknąłem zarażenia. Stało się. Nie dajmy się zwariować – mówi w rozmowie z Moniką Zamachowską, aktor Maciej Zakościelny.

Wprost: Jak obchodziłeś Święto Niepodległości. Byłeś na marszu?

Maciej Zakościelny: Nie, nie mieliśmy nawet tego w planach, domyślając się czego można się tam spodziewać. Może gdyby to był happening bardziej rodzinny i bezpieczniejszy, to byśmy zabrali naszych chłopaków i razem wszyscy świętowali to ważne historyczne wydarzenie. Tymczasem spędzili-śmy ten dzień w parku, opowiadając synom również o tym, co to za dzień i dlaczego jest taki ważny. Może to była dla nich pierwsza lekcja patriotyzmu?

A dla ciebie?

Pochodzę z małego miasta na Podkarpaciu, nazywa się Stalowa Wola. Odkąd pamiętam robiłem zawsze mnóstwo rzeczy, ale miałem również czas dla kumpli z osiedla. Nie ukrywam że było to towarzystwo czasami dość wyrywne. Niewiele było trzeba, żeby wymieniać swoje poglądy w trochę inny, bardziej konkretny sposób. Ale przyszedł czas i wszyscy gdzieś się rozjechaliśmy w różne strony, głównie jednak na Wyspy Brytyjskie. Po pewnym czasie, kiedy się spotkaliśmy, zauważyłem, że nie jesteśmy już tacy sami, coś się zmieniło. Serio, to już byli inni ludzie, ubyło agresji. Myślę, że zobaczyliśmy, że inna postawa życiowa, trochę szersze horyzonty, większa otwartość, pozwala lepiej żyć. Wszyscy w większym lub mniejszym stopniu nabraliśmy pokory, umiejętności obserwacji. Choćby dlatego jestem za Europą, za Unią Europejską, która otworzyła dla nas świat. To oczywiście są moje doświadczenia, ale wiem, bo wracam czasem do mojego miasta i spotykamy się już jako dorośli mężczyźni, że mówię także w ich imieniu.

Czytaj też:
Barbara Borys-Damięcka: Byłam pierwszą kobietą w Polsce, która podjęła się płacenia alimentów

A w Stalowej Woli byłeś trochę z boku?

Siłą rzeczy musiałem. Miałem różne zainteresowania i obowiązki, szkołę muzyczną, Towarzystwo Muzyczne pod Papugami, mialem karate, siatkówkę, rolki, inne towarzystwo.

Byłem trochę skąd inąd. Do tego jedna ciocia była śpiewaczką operową, druga uczyła muzyki w szkole muzycznej, moi rodzice grali trochę na instrumentach.

Do szkoły muzycznej chodziliśmy w zasadzie dzięki babci, która widziała w tym sposób na łagodzenie obyczajów.

Nie boisz się, że możesz być postrzegany jak artysta, który jest zupełnie oderwany od prawdziwego życia?

Artystą się bywa, więc wcale nie trzeba być odrealnionym. Tutaj w Warszawie trenuję muay thai, czy inne sporty walki. Tam moje towarzystwo, to są osoby z różnych środowisk. Lubię się z nimi spotykać, lubię mieć kontakt z rzeczywistością.

Facet uprawiający zawód artystyczny nie musi być księciuniem, który nie umie śmieci wynieść.

Mój ojciec był zawsze dość obowiązkowy, chyba mam to po nim. Swego czasu jeździłem z bratem ciotecznym, a później z kumplem do Paryża, grałem w metrze na skrzypcach. Miałem 17 lat. Wyrzucali nas zewsząd, grozili zniszczeniem instrumentów. Ale i tak wracaliśmy. Tam się nauczyłem improwizować na skrzypcach. Fajna sprawa. Dzisiaj zdarza mi się oddać roli tak, że trzeba mi przypominać o tym, że istnieje świat zewnętrzny. Nawet to lubię, to jakiś rodzaj komfortu. To mi pomaga iść dalej.

Jesteś już po Covidzie. Jak było?

No cóż, przyjąłem go. Porozmawialiśmy sobie. Wolałem, żebyśmy się jednak szybko pożegnali…

Źródło: Wprost

Czytaj także