Berlinale: Sztuka w telewizji, telewizja w kinie

Berlinale: Sztuka w telewizji, telewizja w kinie

Dodano: 
Matt Damon na Berlinale (fot. Marechal Aurore / newspix.pl) / Źródło: Newspix.pl
Na festiwalu w Berlinie swoje nowe produkcje zaprezentowali mistrzowie kina. Gus Van Sant - "Promised Land" z Mattem Damonem. Jane Campion - telewizyjny miniserial "Top of the Lake".
Pierwszy weekend festiwalu jest zawsze najgorętszy. Do czterech tysięcy krytyków i ośmiu tysięcy dystrybutorów, producentów i handlowców, dołączają Berlińczycy. Pod kasami biletowymi stoi długa kolejka. Zdarzają się widoki niespotykane: wieczorami najwytrwalsi kinomani rozkładają śpiwory, licząc na kupienie najlepszych biletów tuż po otwarciu okienek, następnego dnia. Pomimo niedzieli czynne jest pobliskie centrum handlowe Arkaden, a chińska knajpa naprzeciwko Martin-Gropius-Bau, gdzie odbywają się targi (European Film Market) pęka w szwach.

Pod Berlinale Palast krzyki "Anne, Hugh, Anne". To fotoreporterzy próbują zwrócić na siebie uwagę, kiedy Anne Hathaway i Hugh Jackman promują "Nędzników" Toma Hoopera (film dopiero teraz ma niemiecką premierą). Ale wśród gwiazd najwięcej atencji zdobył Matt Damon.

Damon nie lubi blichtru i świateł reflektorów. Po czerwonym dywanie spaceruje powoli, w czarnym garniturze. Jest tu w podwójnej roli – aktora i współscenarzysty, z zaangażowanym społecznie filmem "Promised Land" Gusa Van Santa.

- Spotkałem takich ludzi, jak mój bohater, znam takie miasteczka – mówił na konferencji prasowej. - I wydaje mi się, że właśnie to, co w nich się dzieje, dobrze oddaje nastrój dzisiejszych czasów.

W "Promised Land" aktor wciela się w pracownika korporacji zajmującej się wydobyciem gazu łupkowego. Ma namówić mieszkańców niewielkiego miasta, aby sprzedali firmie swoje ziemie i pozwolili na wybudowanie szybów. Trafia jednak na opór ludzi, niepewnych, jak wpłynie to na ich życie.

Van Sant po raz kolejny portretuje zwyczajnych Amerykanów z prowincji. Niezaangażowanych w wielką politykę, żyjących skromnie, z dala od świata biznesu. Ale to ich najbardziej dotyka kryzys i zaraża niepewnością jutra, strachem. Nie ma tu dobrych i złych bohaterów. Przedstawiciele wielkiej korporacji są równie przegrani co nakłaniani do sprzedaży ziemi mieszkańcy. Bo tak samo mają kredyty i walczą o zapłacenie studiów dla swoich dzieci. Nie kieruje nimi wyłącznie cynizm, lecz także próba walki o przetrwania.

Gus Van Sant świadomie rezygnuje z eksperymentów i proponuje w kinie zaangażowany, skromny film. Tymczasem Jane Campion ucieka do telewizji. Jej "Top of the Lake" to sześciogodzinny mini-serial.

- Po raz pierwszy w życiu usłyszałam od decydenta zamawiającego film: "Nie przejmuj się, co my pomyślimy. Zrób wszystko zgodnie ze swoją wizją" - opowiadała mi w wywiadzie. Proponuje hipnotyzującą opowieść rodem z Nowej Zelandii. Kryminalna historia wykorzystywanego seksualnie dziecka jest tylko pretekstem do sportretowania mieszkańców nowozelandzkiego odludzia. A najciekawsze w całej opowieści są sceny z obozu dla nieszczęśliwych kobiet.

- Cóż, niektórzy ludzie muszą w pewnym momencie wszystko rzucić. Wsiadają do autobusu i jadą w najbardziej odludne miejsce. I topią swoje smutki w alkoholu – tłumaczyła mi reżyserka.

Jane Campion udowodniła, że chociaż światową sławę przyniosły jej filmy takie, jak "Fortepian" i "Anioł przy moim stole", potrafi też stworzyć współczesny obraz pełen czarnego humoru i ironii.

"Promised Land" i "Top of the Lake" to znak czasu. Twórcy kina niezależnego, jak Van Sant, coraz częściej zastępują telewizję, rejestrują przemiany świata i zajmują stanowisko w bieżących sporach. A stacje telewizyjne szukają nowych widzów proponując wysmakowane, artystyczne produkcje. Takie jak serial Campion.

Czytaj także