Shia LaBeouf - aktor, który zagubił się w swojej popularności

Shia LaBeouf - aktor, który zagubił się w swojej popularności

Dodano: 
Zdjęcie: Christ ian Geisnaes/GUTEK FILM
Plagiat, dziwaczne wypowiedzi, artystowska poza. Shia LaBeouf to kolejny aktor, który zagubił się w swojej popularności.

Mewy podążają za trałowcem, kiedy myślą, że wyrzuci sardynki – powiedział, podziękował za uwagę i wyszedł. Na berlińskiej konferencji prasowej „Nimfomanki” Shia LaBeouf powtórzył słynną wypowiedź Érica Cantony (byłego legendarnego piłkarza reprezentacji Francji i Manchesteru United). Prasę obiegły zdjęcia z oficjalnego pokazu filmu, na którym aktor pojawił się z papierową torbą z napisem „I’m not famous anymore” („Nie jestem już sławny”) na głowie. A po powrocie do Los Angeles zorganizował instalację artystyczną „#iamsorry”. Ludzie stali w kolejce siedem godzin, aby spędzić z nim kilka minut w niewielkim pomieszczeniu. Przed wejściem widzowie mogli wybrać jeden z rekwizytów z filmów z jego udziałem: butelkę whisky, bat z „Indiany Jonesa”, zabawkę Transformera. Co się działo w środku? Zwykle Shia siedział w milczeniu – znów z torbą na głowie. Czasem płakał, a widzowie wycierali jego łzy. Niektórzy robili sobie z nim zdjęcia. Reporter „Insidera” twierdzi, że gwiazdor przemówił do niego, oświadczając, że nigdy nie był tak samotny jak teraz. A komik Hal Rudnick wykorzystał swój czas, aby mu wypomnieć wszystkie złe role, pokazać klip ze „Świata nonsensów u Stevensów” i zadać fundamentalne pytanie: „Shia, co się dzieje? O co ci chodzi? Dlaczego jako bogaty celebryta marnujesz czas zwykłych ludzi?”.

LaBeouf, oczywiście, milczał. Ale czy aby na pewno zna na te pytania odpowiedź? Po niedawnym oskarżeniu o splagiatowanie komiksu Daniela Clowesa aktor traci grunt pod nogami. Szaleje. Wciąż powiela zachowania znanych osób i publicznie się wypowiada cytatami. Również instalacja z Los Angeles jest inspirowana głośnym performance’em Mariny Abramović „The Artist Is Present”. Aktor twierdzi, że zwraca uwagę na problem zatracania oryginalności w kulturze kopii. Jednak jego happeningi są tandetne, płaskie, artystowskie. – To typowe przejawy załamania nerwowego. Byłem w podobnym stanie – skomentował w „New York Timesie” aktor James Franco. Pod wpływem zachowania Shii na łamy prasy wracają pytania o pozycję aktora w dzisiejszym Hollywood i o mroczne strony star-systemu. O presję, którą nie każdy wytrzymuje. Upadek LaBeoufa jest tym boleśniejszy, że jego losy były spełnieniem amerykańskiej wizji kariery.

Droga jak z bajki

Do wszystkiego doszedł sam. Wychował się w artystycznej dzielnicy Los Angles – w okolicach Echo Parku. Jego dzieciństwo jednak było dalekie od sielanki. Matka, ekstancerka, robiła biżuterię, ale nigdy nie rozwinęła skrzydeł. Ojciec, weteran wojny wietnamskiej, imał się różnych zajęć, wciąż nękany przez demony przeszłości. W atakach szału znęcał się nad synem. Handlował narkotykami, sam też był uzależniony od heroiny. Małżeństwo się rozpadło, kiedy Shia miał trzy lata. – Czasem myślę, że moją rodzinę zniszczyły pieniądze – mówił po latach. – Jej losy potoczyłyby się inaczej, gdybyśmy żyli w choć trochę lepszych warunkach. Ale nie narzekam. Bieda również potrafi zahartować.

Chłopak zainteresował się aktorstwem już wtedy, gdy w przebraniu klauna pomagał matce handlować hot dogami. Zaczęło się, jak zwykle, od występów dla sąsiadów i stand-upów wygłaszanych w lokalnej kawiarni. Ale kiedy jego kolega zaczął grać w „Doktor Quinn”, Shia postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pojawiał się na małym ekranie i jako 13-latek dostał rolę w „Świecie nonsensów u Stevensów”, popularnym serialu Disney Channel. Wtedy też pogodził się z ojcem, bo potrzebował dozoru prawnego opiekuna, a matka akurat znalazła pracę i nie miała dla niego czasu.

Hollywood szybko się na nim poznał. Shia po rodzicach – o żydowskich i francuskich korzeniach – odziedziczył nieoczywistą urodę. Miał talent aktorski. Szybko się stał gwiazdą dwóch superprodukcji – „Transformersów” oraz „Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki”. – Produkowane przez wielkie studia hity nie pozwalają może na stworzenie bohaterów z rozbudową psychologią – mówił. – Ale w Hollywood spotkałem wybitnych aktorów, którzy stali się moimi mentorami. Rozmowy z Jonem Voightem czy Johnem Turturro, obserwowanie ich przy pracy, mogą dać więcej niż niejedna szkoła. Czasem dawał się ponieść temperamentowi i wywoływał awantury. Zdarzyło się, że policja aresztowała go pod zarzutem prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu. Ale mimo reputacji niegrzecznego chłopca Hollywoodu zdobywał angaże u topowych reżyserów – w „Wall Street: Pieniądz nie śpi” Olivera Stone’a czy „Regule milczenia” Roberta Redforda. Jego gwiazda błyszczała. Trafił na szczyty rankingów najbardziej obiecujących młodych aktorów, a w 2009 r. według miesięcznika „Forbes” stał się aktorem, który gwarantował studiom największy zwrot zainwestowanych pieniędzy. W plotkarskich mediach pojawiały się doniesienia o jego romansach z Carey Mulligan czy Megan Fox. W końcu przedarł się do kina artystycznego. – Marzyłem o roli u Larsa von Triera – opowiadał. Podobno chcąc przekonać producentów, że ma wystarczająco dużo odwagi, żeby wystąpić w „Nimfomance”, wysłał producentom zdjęcie swojego penisa.

Plagiat

Jeszcze przed „Nimfomanką”, w 2012 r. na festiwalu w Cannes promował „Gangstera” Johna Hillcoata. Pokazał też wyreżyserowany przez siebie krótki metraż „HowardCantour. com”. Obraz pojawił się na kilku imprezach, ale afera wybuchła, kiedy aktor wrzucił go do internetu. Okazało się, że 11-minutowy filmik jest plagiatem komiksu „Justin M. Damiano” znanego autora Daniela Clowesa. LaBeouf wpadł w furię, zaczął „przepraszać” rysownika za pośrednictwem Twittera. Wszystkie przeprosiny były jednak plagiatami z tekstów celebrytów. Od Kanye Westa, Aleca Baldwina i Russela Crowe’a, przez Marka Zuckerberga, aż po Tigera Woodsa. Opłacił samoloty (podobno zapłacił za to 25 tys. dolarów), aby na niebie nad Los Angeles stworzyły napis o długości pięciu mil „I am sorry Daniel Clowes”. A jednocześnie zapowiedział nowy film, którego ministreszczenie „zaczerpnął” z innego komiksu Clowesa – „Daniel Boring”. I znów wynajął samoloty, które wyrzuciły z siebie wiadomość „Stop creating”.

„W świetle ostatnich ataków na moją artystyczną osobowość rezygnuję z publicznego życia” – oświadczył. Na Twitterze przez 21 dni codziennie pisał „I am not famous anymore”. Emerytura trwała jednak dość krótko. Później ogłoszono jego angaż w „Rock the Casbah” Barry’ego Levinsona. Ponownie zamówił samoloty, aby wykonały napis: „Start creating”. Aż przyszedł festiwal i cantonowska konferencja prasowa. W lutym w Londynie i w Berlinie pobił fotografów, którzy chcieli mu zrobić zdjęcie.

Artyzm

LaBeouf po omacku szuka wyjścia z twarzą z plagiatu. Niektórzy twierdzą, że zdziwaczał i woda sodowa uderzyła mu do głowy. To nie pierwszy przypadek, w którym aktorzy popadają w narcyzm i wielbieni przez tłumy tracą dystans do siebie. Zwłaszcza jeśli zaczynają sami siebie reżyserować, tonąc w oceanie pretensjonalności. Jednym z najbardziej spektakularnych przypadków dryfowania we własny świat jest znany choćby z kultowego „Arizona Dream” Vincent Gallo. Artysta ten od dawna nie bierze udziału w konferencjach prasowych, nie udziela wywiadów. Współpracę z nim reżyserzy wspominają gorzej niż Werner Herzog kontakty z Klausem Kinskim. Kapryśny, humorzasty, przekonany o własnym geniuszu. Także reżyserskim. W jego filmach już czołówka wzbudza śmiech – kolejno pojawiają się funkcje reżysera, scenarzysty, producenta, scenografa, autora muzyki i montażu oraz odtwórcy głównej roli. A przy nich jedno nazwisko – Vincent Gallo. Dekadę temu zaprezentował w Cannes „Brown Bunny” (złożony głównie ze scen jazdy na motocyklu i seksu oralnego). Film został wygwizdany, a dziennikarze pisali w relacjach, że Gallo był pierwszym twórcą w historii festiwalu, który przeprosił za prezentowany w konkursie film. On sam jednak zaprzeczył, deklarując: „Nigdy w życiu za nic nie przepraszałem”. O stosunku krytyków do jego twórczości może świadczyć podsumowanie weneckiego festiwalu autora brytyjskiego „Observera”: „Tegoroczna impreza była otwarta na wszystko. Nawet na »Promisses Written in Water« – film Vincenta Gallo”.

Podobna etykieta odszczepieńca groziła też Jamesowi Franco, jednemu z najciekawszych aktorów z pokolenia urodzonych w latach 70. – Rozumiem chęć sprzeciwienia się hierarchiom systemu rozrywkowego – mówi gwiazdor. Kiedy zdobył rozgłos, nominację oscarową i uznanie krytyków po roli w „127 godzinach” Danny’ego Boyle’a, dołączył do obsady kiepskiego serialu „General Hospital”. Jednocześnie nakręcił quasi-dokument „Francophrenia”. O sobie i z sobą w roli głównej. Ujęcia z planu mydlanej opery komentował z offu cytatami z francuskiego filozofa Guya Deborda. Pokazywał proces wyalienowania się ze schizofrenicznej sytuacji, próbę skupienia na sobie i wyciszenia w rwetesie filmowego planu, gdy wszyscy wokół klepią po ramieniu i proszą o autografy. Opowiedział o samotności aktora wśród współpracowników i fanów. Może ten film stał się dla niego czymś w rodzaju katharsis. Franco nie popłynął z falą popularności. Uratował się. Jak będzie z innymi? – Szczerze współczuję LaBeoufowi. Ma sławę i miliony dolarów – drwi z aktorskich problemów komik Hal Rudnick. Jednak problem istnieje. Na konferencjach prasowych padają pytania o agresję mediów wobec młodych gwiazd. Tacy wykonawcy jak Shia są wciągani w rzeczywistość celebrycką bez przygotowania, prosto z realiów Disney Channel. Tak jak Zac Efron, który niedawno skończył odwyk. Tak jak Justin Bieber, eksukochany nastolatek Ameryki, obecnie wróg publiczny numer jeden.

Na sytuację gwiazd niewytrzymujących ciśnienia sławy i narażonych na ataki mediów najmocniej zwrócił uwagę Joaquin Phoenix. Jako 35-latek, u szczytu kariery ogłosił, że przechodzi na aktorską emeryturę i zajmie się nagrywaniem hiphopowej płyty. Zapuścił gęstą brodę, a oczy skrył za ciemnymi okularami. Gwiazdorzył, wdawał się w bójki z fanami (jak się później okazało, podstawionymi), dawał koncerty, na których rapował gorzej niż niejeden odrzucony z trzeciorzędnego talent show. W 2009 r. pojawił się w programie Davida Lettermana. Ledwo bełkotał, powtarzając „I don’t know”. Nawet prowadzący zaczął żartować ze stanu gościa. Dopiero po roku Phoenix ogłosił, że nie oszalał, tylko zamienił swoje życie w performance. Przez cały czas z Caseyem Affleckiem kręcił dokument „Jestem, jaki jestem”.

– Chcieliśmy zrobić film, który badałby media w konsumenckim społeczeństwie, pokazywał system celebrycki i stan umysłu gwiazdorów – tłumaczył. – To musiało być możliwie wiarygodne. Oglądałem wiele reality show, w które widzowie wierzą tylko dlatego, że uczestnicy mają prawdziwe nazwiska. Postanowiłem zrobić to samo. Choć przecież nie wiedziałem, co się stanie z moją karierą po podobnym eksperymencie. Film odniósł duży sukces, a jego gwiazdor wrócił na normalne tory. Zachwycił w „Mistrzu” u boku Philipa Seymoura Hoffmana, a w polskich kinach można jeszcze obejrzeć obraz Spike’a Jonze’a „Ona” z jego udziałem. Być może także szaleństwa Shii LaBeoufa – od początku do końca – są świadomie wcielanym w życiem happeningiem. Ale nawet jeśli – brakuje tu finezji i konsekwencji Phoeniksa. A teza, że we współczesnej kulturze żywimy się imitacjami, jest wątpliwym odkryciem. Nawet jak na gwiazdę amerykańskiego kina. 

Tekst pochodzi z 10 nr Tygodnika Wprost

Najnowszy numer "Wprost" jest  dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania .

Czytaj także