Mój Boże, byłam niezła...

Mój Boże, byłam niezła...

Dodano: 
Medium
Najczęściej łączy się ją z Pedro Almodóvarem, ale odkrył ją Vicente Aranda, u którego zagrała najwięcej i były to jej najważniejsze role. co nie znaczy, że powiedziała już ostatnie słowo. Wciąż gotowa podjąć wyzwanie – jechać w nieznane, by grać; oglądać sześć filmów dziennie, by być na bieżąco; bez wahania wcielać się w odważne role. Byle tylko było dla kogo, byle tylko było przed kim – rozmawiała Anna Serdiukow.

Anna Serdiukow: Ostatnim razem widziałyśmy się w Berlinie na festiwalu filmowym. To miasto to powrót do ważnych, ale przede wszystkim miłych wspomnień. W 1991 roku odebrałaś tam Srebrnego Niedźwiedzia za rolę w „Kochankach” Vicente’a Arandy.

Victoria Abril: Uwielbiam Berlin i chcę do niego wracać. Ale to miejsce jest dla mnie ważne nie tylko dlatego, że dali mi tu nagrodę. Choć oczywiście mieli rację. Dla mnie zawsze istotne było, że Berlinale to branżowe, a przy tym progresywne i nowoczesne wydarzenie. Festiwal nie uciekał i nie ucieka od trudnych tematów, choć początkowo one onieśmielały, budziły lęk, wstyd

Mówisz o Teddy Award?

Między innymi. W 1987 roku Pedro Almodóvar odebrał „Misiaczka”, pierwszego którego przyznano. Wyobraź sobie naszą radość i niedowierzanie. Tematyka LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) była traktowana marginalnie, nie miało znaczenia, czy chodzi o kino, teatr, sztuki wizualne czy o muzykę. Cokolwiek by to było, jeśli miało związek z LGBT, od razu sytuowane było na pograniczu sztuki, postrzegane w kategoriach niszowego manifestu – coś jak performance, kabaret i robienie sobie jaj przez przegięte ciotki. Wtedy, w1987 roku, pierwszy raz ktoś wziął tę problematykę na poważnie. Więcej, przyznano nam nagrodę właśnie za te motywy, za podjęcie próby ukazania tego zepchniętego do podziemia świata, zamkniętego w ramach środowiskowego zrywu, potrzeby bycia innym, nie-wypierania się swoich potrzeb, słabości, tęsknot. Dzisiaj te tematy – homoseksualizm, prawa lesbijek i gejów, tożsamość płciowa, transgender – są wręcz modne. To, że świat o tym usłyszał, to też zasługa Berlinale. Dzięki festiwalowi kino europejskie może się rozwijać. Gdy tu jestem, potrafię iść na 6 pokazów dziennie. Oglądam współczesne kino, niepoprawne obyczajowo i politycznie. Będzie to niepopularne co powiem, ale dziś odwaga jest w deficycie. Wszystko wolno, wszystko jest dozwolone, ktoś smarknie na płótno i to już jest sztuka, to już jest prowokacja. Według mnie o prawdziwą odwagę i prowokację, o czystą sztukę jest trudno. Kino ewoluuje, język kina się zmienia, ja muszę i chcę być na bieżąco.

Kino to bajka – powiedziałaś na konferencji. Bajka raczej dla dorosłych?

Kino to zabawa dla dużych, inaczej możesz oberwać. Wystarczy moment nieuwagi, człowiek staje się nieaktualny. Ważne są inne priorytety niż wtedy, gdy zaczynałam. Nie będę narzekać, nie bulwersuje mnie to, jedynie zastanawia. Niedawno spytał mnie młody reżyser, jeszcze nim dał mi scenariusz do przeczytania, czy mam coś przeciwko rozbieranym scenom? Mówię że nie, na co on, że to dobrze, choć w moim wieku powinnam już rozważnie zrzucać ubranie. Mam świadomość upływu czasu, ale to było poniżej pasa. Starość nas przeraża, ale przecież kino jest od tego, by pokazywać sprawy, problemy, które wypieramy. Moja babcia miała ponad 80 lat, gdy wyznała mi, że ochota na seks nigdy jej nie minęła, szkoda tylko, że forma już nie ta i chłopcy odeszli. Wszyscy zbliżamy się do punktu, w którym chęć będzie, ale możliwości zabraknie. Dlatego temu młodemu reżyserowi odpowiedziałam tylko: masz rację, już nie rozbieram się dla byle kogo, ten czas minął, także w kinie.

Ostatnio sporo czasu spędziłaś w Macedonii.

Realizowałam tam film, przy okazji zwiedzałam. Przeżyłam małe olśnienie, ale i wielką lekcję pokory. Jestem daleka od wygłaszania komunałów, wiem, jak wygląda życie, jego lepsza i gorsza wersja, po prostu to było niezwykłe doświadczenie. Czasem skupiamy się na rzeczach nieistotnych. Jedziesz potem w taki piękny region jak Macedonia, który jest w jakiś sposób złamany – daleko mu do doskonałości, jest naznaczony bólem, konfliktem, biedą i chorobą, ale też pokorą, skromnością oraz dobrem – i przypominasz sobie o zupełnie innych wartościach, zdajesz sobie sprawę, co jest ważne. Wiem, jak trywialnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Czasem czuję, jakbym podróżowała w kapsule czasu. Uwielbiam to, choć bywa, że trudno się otrząsnąć po takich podróżach.

Szok?

Szok nie. Refleksja, jak niewiele wiem, jak dużo jeszcze muszę nauczyć się o drugim człowieku i o sobie samej. I jak dużo zapomniałam, ile wyparłam wspomnień, potrzeb, marzeń. Macedonia przypomniała mi o moim dzieciństwie w Andaluzji w latach 60. Było dokładnie tak samo. Odnalazłam dawno zapomniany smak potraw, pomidory nagle pachniały tak jak wtedy, zerwane prosto z gałązki. Życie organiczne, drobne przyjemności. No i zdałam sobie sprawę, że jeśli mam takie myśli, to znaczy, że dopada mnie starość. Przeczucie końca zawsze skłania nas ku początkom. Nie boję się tego. Choć liczę, jak chyba każdy z nas, że to może nie będzie jednak finał, że każdy finisz coś inicjuje.

Ale co to znaczy? Jesteś pogodzona czy walczysz? Nastawiasz się na happy end?

Jestem pogodzona, choć na happy end nie liczę. Pedro mi kiedyś powiedział, że ci, którzy liczą na happy end, giną pierwsi. W sensie metaforycznym oczywiście.

To brzmi jak kwestia z jednego z jego melodramatów. I to jednego z tych gorszych.

Grunt, że to prawdziwe zdanie, choć zahacza o banał. Ale to jest chyba cecha charakterystyczna dla jego twórczości, zawieszonej między melodramatem a tragikomedią. A ja zawsze byłam aktorką jednego reżysera. Cokolwiek bym zrobiła, wszystko jedno gdzie zagrała, Pedro mnie definiuje. Mówię to bez żalu, bo przez lata zdążyłam przywyknąć. Długo funkcjonowała opinia, że gdyby nie Pedro, nie przebiłabym się w aktorstwie. Albo inna – gdyby nie moja uroda, delikatnie mówiąc, dla koneserów, nie stałabym się ikoną gejów, co też pomogło mi w karierze. Byłabym jedną z wielu aktorek, które farbują włosy na blond i robią sobie operacje plastyczne, gdy kończą 35 lat. W moim kraju to norma. Sama widzisz, jestem popularna. A niech mówią. Najśmieszniejsze jest to, że mają dużo racji, ja nawet nie mogę się z tym nie zgodzić. Nie dementuję, bo nie ma czego. Istotnie, wiele zawdzięczam Almodóvarowi. Zagrałam w jego kilku filmach. Jestem dumna z tego, że mogę być ikoną środowiska LGBT.

Zagrałaś w czterech filmach Almodóvara, za to w ponad 10 Vicente’a Arandy. Tymczasem kojarzona jesteś głównie z tym pierwszym.

Ale to Vicente mnie odkrył. Jemu zawdzięczam wszystko. Każdy aktor marzy o aprobacie. Nawet nie o nagrodach, ale o byciu zrozumianym, zaakceptowanym, dostrzeżonym. To zawód dla ekshibicjonistów, pyszałków, wariatów, którym trzeba stworzyć bezpieczne warunki pracy, by nie bali się wybebeszyć. Vicente i Pedro pozwalają nam na to. Vicente jest jak ojciec, przy Pedro musisz być niemalże atletą.

W jakim sensie?

W każdym. Psychicznie, emocjonalnie, fizycznie. To dziwna mieszanka, bo to jest całkowita eksploatacja aktora, przy jednoczesnym absolutnym jego poszanowaniu.

Penélope Cruz powiedziała w wywiadzie, że zapragnęła zostać aktorką w momencie, gdy zobaczyła cię w „Kochankach”.

Wzruszyłam się, gdy to czytałam. Ja w ogóle nie myślałam o kinie. Zdecydował przypadek. Moim przeznaczeniem był taniec klasyczny. Miałam 14 lat i już tańczyłam jak zawodowiec. W 1977 roku Aranda namówił mnie na udział w filmie „Cambio de sexo”. Zgodziłam się, by opłacić studia taneczne. Mój Boże, byłam niezła, kino upomniało się o mnie. Tego roku dostałam propozycję grania w kolejnych pięciu filmach.

„Cambio de sexo”, czyli zmiana płci, to był przełom. Bardzo odważna rola, bardzo ważny film.

Także dla mnie osobiście. Mentalnie dużo we mnie zmienił. Zagrałam chłopca, który chciał być dziewczyną. Ja zawsze byłam dziewczyną, która chciała być chłopcem. Wtedy zdałam sobie z tego sprawę. Rozumiałam dylematy na ekranie, w konsekwencji zrozumiałam i swoje bolączki. To był pierwszy raz, kiedy poczułam, że kino jest wspaniałą terapią, że nic nie leczy lepiej niż możliwość bycia przez chwilę kimś innym .

I ta terapia wystarczyła? Nie chciałaś posunąć się dalej?

Nie. Uświadomiłam sobie, że akceptuję swą kobiecość, po prostu chciałabym robić rzeczy zarezerwowane dla chłopców. Mężczyznom więcej uchodzi, zawsze byłam o to zazdrosna. Kino to wakacje od samego siebie, od życia, które prowadzisz, które jest popieprzone i gmatwa się, nawet nie wiesz, kiedy i jak. Gdy gram, opiekuję się swoją postacią, ale też mogę poddać ją wyborom, więcej mi wolno. To jest fantastyczne, bo jest bezpieczne.

Jest granica, której nie przekroczysz?

Powiedziałam, że mogę sobie pozwolić na więcej? Mogę sobie pozwolić na wszystko! Wolno mi bezkarnie przekraczać granice, których poza ekranem bym nie przekroczyła. To jest najlepsze w tym zawodzie. Masz inne życie, inne DNA, innych kochanków. To prawdziwe, choć drugie życie.

Ale co to daje prócz tego, że człowiek może się wyszumieć bez konsekwencji?

Dla mnie to wystarczający powód. Dowiadujesz się więcej o sobie, sprawdzasz siebie. Ważne jest spotkanie z innym człowiekiem – reżyserem, aktorem, widzem – ten zawód daje możliwość poznania największych osobowości i prostolinijnych cudownych ludzi. On jest zbudowany na skrajnościach, wypadkowa tych emocji ma znaleźć swoje odbicie w filmie.

A co z tańcem? Nigdy do niego nie wróciłaś.

Cieszę się, że przestałam tańczyć. Dziś pewnie cierpiałabym na bóle kości, miałabym zwyrodnienia stawów. Taniec to wysiłek ponad miarę. Gdy schodziłam z parkietu, słyszałam: Victoria, byłaś jak ptak, jak wirujący piękny motyl. Myślałam: jaki ptak? Chyba pokażę pokrwawione palce, wtedy zobaczą, że ten wirujący motyl to pospolita ćma. Ale lubiłam być na parkiecie, lubiłam poddawać się rytmom, czuć jak mnie wypełniają. Chodziło opanowanie nad cielesnością. Chciałam być przedłużeniem dźwięku. Z aktorstwem nie wiązałam przyszłości także z innego względu – próbowałam grać pod koniec szkoły. W sąsiedztwie mojego rodzinnego domu był teatr, to była prowincjonalna scena, na której występowały dzieciaki. Też tak chciałam. Ale kierownik i opiekun tego miejsca powiedział, że się nie nadaję. 6 miesięcy później zrealizowałam swój pierwszy film.

To zagrałaś im na nosie.

Nawet nie wiesz, ile razy chciałam tam wrócić i pociągnąć kogoś do odpowiedzialności. Ale odbiłam to sobie inaczej, pierwsze zdjęcie z okładki przyniosłam do szkoły i zawiesiłam na korytarzu. Pilnowałam przez miesiąc, by nikt go nie zdjął.

W 1982 roku przeniosłaś się do Paryża.

Z miłości. To nie ja wybrałam, Francja wybrała mnie. Miłość jest najważniejsza, miłość do partnera, potem miłość do dzieci. Następnie cała reszta, pasje, hobby, praca, spacery po lesie, sprzątanie, co kto lubi.

Ale wyjazdu do Los Angeles odmówiłaś...

Nie chcę o tym mówić. Po prostu nie potrafiłabym pokochać tego sposobu życia. Gdy tam jestem, boli mnie całe ciało. Kawa – fatalna. Humor – nie pojmuję go. Ludzie – nie ma prawdziwych ludzi, tylko samochody i ulice. Wytrzymuję tam 2, 3 miesiące i wracam. Mam dwóch synów i cieszę się, że wychowałam ich we Francji. Mężczyzna, którego pokochałam, był Francuzem. Poznałam go w Portugalii. Wyjechałam za nim, by sprawdzić, czy to romans czy coś na dłużej. Zostałam nad Sekwaną 14 lat. Urodziłam dzieci, rozwiodłam się. Wybrałam Kubę, by zapomnieć o miłości. Zatrzymałam się w Hawanie i znów się zakochałam. Kolejny Francuz, wróciliśmy do Paryża. Mieszkałam tam 15 lat. Moje życie jest w Paryżu, tam jest mój dom, ale... Mamy powiedzenie w Hiszpanii, które obrazuje moje położenie – mój dom jest w Paryżu, ale ogród w Maladze.

To opowiedz mi jeszcze, jak dziewczyna z Andaluzji trafia do Reykjavíku?

Dziewczyna bierze do ręki scenariusz, czyta, zapomina o tym, że oddycha. Zapomina, że musi zrobić obiad dzieciakom. Kartki same się przerzucają, wiadomo już, że jest dobrze. Potem dziewczyna idzie spać, rano wstaje, wie, że chce w tym zagrać.

Proste. Ale wiem, że aż tak prosto nie było.

Scenariusz „101 Reykjavik” mnie uwiódł. Silne osobowości, komedia, tragedia, puls, ludzie nie są papierowi, relacje nie są sztuczne, wymuszone. Fakt, łatwo nie było. Zgodziłam się, bo dostałam dowód miłości od autorów filmu, najpiękniejszy dowód miłości, jaki aktorka może dostać. Było tak: Baltasar Kormákur i Hallgrímur Helgason napisali scenariusz i mi go wysłali. Czytam pierwszą stronę: witamy w Reykjavíku, jest minus 22 stopnie. Co? Nie ma takiej możliwości! Wrzuciłam scenariusz na szafę, ale odpisałam elegancko, że chcę poczekać, aż się ociepli (nie, nie miałam zamiaru w tym grać). Minęło trochę czasu, zapomniałam, jak nisko spada temperatura na Islandii. Przyjechałam do Berlina na festiwal. W barze, o północy przysiada się dwóch facetów. Mają koło trzydziestki, trochę flirtują, trochę próbują mnie uwieść. W końcu pada, że wysłali mi scenariusz, ale odmówiłam i oni nie mogą się na to zgodzić. Okazuje się, że już zrealizowali wszystko poza moimi scenami, które planują nakręcić w czerwcu, gdy temperatura jest stabilna, waha się między 20 a25 stopniami. Przyjedziesz? – pytają. Czekacie tylko na mnie, żeby zakończyć? –pytam. Tak! – odpowiadają chórem. Mężczyzna rzadko czeka na kobietę, a tu aż dwóch zrobiło mi tę grzeczność. Nie mogłam odmówić.

Czytaj także