Mój własny wróg

Mój własny wróg

Dodano: 
W amerykańskich serialach 
o tematyce militarnej jak 
w mrocznym zwierciadle odbijają się społeczno-polityczne niepokoje współczesnych czasów 
oraz nasz lęk przed widmem infiltracji, zamachów terrorystycznych i konfliktów zbrojnych - Przemysław Pieniążek

K

ontrowersyjny „Last Resort” (2012) stworzony przez scenarzystów Shawna Ryana („Świat gliniarzy”) oraz Karla Gajduska („Trup jak ja”) był jedną z głośniejszych ofert jesiennej ramówki stacji ABC. W nakręconym przez Martina Campbella („Casino Royale”) pilotowym odcinku poznajemy losy załogi supernowoczesnego atomowego okrętu podwodnego USS „Colorado” dowodzonego przez kapitana Marcusa Chaplina (Andre Braugher). Kapitan, podobnie jak później jego zastępca Sam Kendal (Scott Speedman), odmawia wykonania rozkazu wystrzelenia ładunku nuklearnego w kierunku Pakistanu podejrzanego o budowę broni masowej zagłady. Konsekwencje są natychmiastowe: jednostka staje się celem ataku wojsk NATO i jednocześnie świadkiem dramatycznej akcji „odwetowej” amerykańskich sił zbrojnych zwieńczonej erupcją atomowego grzyba na terenie wroga. Bohaterowie uznani za zdrajców narodu znajdują azyl na jednej z wysp Oceanu Indyjskiego, a następnie próbują zdemaskować osoby odpowiedzialne za rządowy spisek.

Pomimo ciekawego scenariusza, przyzwoitego aktorstwa oraz solidnie budowanej dramaturgii bliskiej klasycznym technothrillerom (patrz: „Polowanie na Czerwony Październik”) cykl „Last Resort” – storpedowany niskimi wynikami oglądalności – zakończył telewizyjną żeglugę zaledwie po trzynastu odcinkach. Szkoda, bo oferował niebanalną refleksję na temat kulisów współczesnych konfliktów zbrojnych oraz politycznych manipulacji. Pokazywał, jak często obowiązek wypełnienia patriotycznych powinności skrywa przymus ślepego posłuszeństwa wobec bezwzględnych procedur demokracji czy globalnego bezpieczeństwa. Tylko co zrobić, jeśli ów wrogi pierwiastek nie pochodzi z zewnątrz, lecz jest świadomie przemilczanym elementem (pozornie) doskonałej struktury?

Ścieżki strachu, ścieżki chwały

Takich wątpliwości nie mogły mieć seriale powstające w czasie zimnej wojny, np. „Behind Closed Doors” (1958-1959), antologia historii szpiegowskich bazujących na treści dokumentów kontradmirała Ellisa M. Zachariasa (narratora cyklu) dotyczących jego wywiadowczych doświadczeń. Fabularyzowane rekonstrukcje wprowadzały widzów w świat tajnych komórek, podstępnych infiltracji, niecnych sabotaży oraz skrytobójczych zamachów bez wyjątku inspirowanych przez sowieckich agentów. Jasno określony wróg czekał także na żołnierzy w wietnamskiej dżungli. Z myślą o nich powstał współtworzony przez Roberta Altmana serial „Combat!” (1962-1967), ilustrujący ponury żywot piechoty Stanów Zjednoczonych walczącej we Francji z hitlerowskim oprawcą. Promujący wiele legendarnych dziś nazwisk (Lee Marvin, Telly Savalas, Charles Bronson, John Cassavetes) tytuł w swojej warstwie ideologicznej nie gloryfikował wojny, lecz był hołdem złożonym zwykłym żołnierzom, upamiętniającym ich bohaterską walkę z bezlitosnym przeciwnikiem, jak również osobistą batalię o zachowanie człowieczeństwa.

Na przeciwnym biegunie sytuował się za to „The Lieutenant” (1963-1964), telewizyjny debiut Gene’a Roddenberry’ego. Ojciec kultowego „Star Treka” zaproponował bowiem opowieść o codziennym, wolnym od wojennego zamętu życiu marines na przykładzie perypetii dowódcy plutonu strzeleckiego Williama Tiberiusa Rice’a (Gary Lockwood), młodego, wykształconego idealisty. Jego postać inspirowana była postacią prezydenta Johna F. Kennedy’ego zamordowanego dwa miesiące po emisji pierwszych odcinków serialu. Program zniknął z ramówki już po jednym sezonie, choć w tym przypadku za spadającą oglądalność odpowiadał kontekst wojny wietnamskiej. W ostatnim epizodzie porucznik Rice został nawet wysłany w charakterze doradcy do pewnego azjatyckiego państwa, którego realia nie pozostawiały widzom złudzeń co do tego, o które państwo chodzi.

Prawda czasów, prawda ekranu

W jaki sposób przedstawić obraz wciąż trwającej wojny, aby nie być oskarżonym o gloryfikację międzynarodowej agresji oraz kwestionowanie jej zasadności, a równocześnie przemycić między wierszami bezlitosną krytykę tego typu rozwiązań? Odpowiedź przyniósł „M*A*S*H” (1972-1983), wywiedziony z dzieła Roberta Altmana oraz powieści Richarda Hookera klasyczny dziś serial Larry’ego Gelbarta ukazujący (inspirowane prawdziwymi przypadkami) perypetie lekarzy oraz personelu wojskowego szpitala polowego w Korei Południowej. Tragikomiczna alegoria piekła Wietnamu pod- ważała opatrznościowy mit USA oraz patriotyczno-moralne fundamenty zaangażowania Stanów Zjednoczonych we wszelkie działania zbrojne, przynoszące niewiele poza traumą weteranów okaleczonych fizycznie i psychicznie.

Niewygodny temat podjęło również „Tour of Duty” (1987-1990), uhonorowany nagrodą Emmy cykl Steve’a Duncana oraz L. Travisa Clarka, który powstał na fali popularności „Plutonu” Olivera Stone’a (1986). Była to rea- listyczna kronika życia w obozie amerykańskiej piechoty bezpośrednio ukazująca wojnę w Wietnamie, w dodatku nie wyłącznie przez pryzmat krwawej walki z Wietkongiem. Kryzys wartości, rasizm, narkomania, karygodne błędy dowódców, bestialstwo względem ludności cywilnej, przypadkowość i banalność śmierci oraz niemoż- ność odnalezienia się w powojennej rzeczywistości – to tylko niektóre z problemów poruszanych w tej przełomowej produkcji.

Po latach wielu weteranów oraz ich rodziny z uwagą śledzili losy bohaterów „China Beach” (1988-1991), gotowego do niesienia bezwarunkowej pomocy personelu szpita- la ewakuacyjnego stającego w obliczu codziennych okrucieństw oraz ideologicznego bankructwa wojny, w której nadaremno szukać zwycięzców.

Więcej w najnowszym numerze miesięcznika FILM.

Czytaj także

 0

Czytaj także