Terminator: Genisys

Terminator: Genisys

Dodano:   /  Zmieniono: 
Terminator: Genisys (2015)
Terminator: Genisys (2015) / Źródło: Paramount Pictures, Skydance Productions
Krytyczna ocena nowej części Terminatora to zadanie trudniejsze niż próba zrozumienia zawiłości związanych z przedstawionymi w filmie paradoksami podróży w czasie.

Łatwo było by pójść za głosem tłumu i po prostu napisać, że to obraz żenująco zły, niedobry i w ogóle błee, ale prawda jest taka, że Terminator Genisys jako wakacyjna rozrywka nawet jakoś tam się broni (film jest wystawny, ma przyjemne tempo i dobrze wyważone stosunek akcji do humoru). Problem w tym, że to za mało, by film Alana Taylora (Thor: Mroczny świat) móc pozytywnie ocenić jako część serii wymyślonej przez Jamesa Camerona.

Jestem zagorzałym przeciwnikiem oceny współczesnych kontynuacji starych tytułów przez pryzmat nostalgii za odsłonami cyklu, które  z zapartym tchem oglądaliśmy jako dzieci (tym bardziej, że w większości były to niekoniecznie wybitne filmy, ale w konfrontacji z gustem i wyobraźnią dziecka, dużo zyskiwały na wartości). Jednak w przypadku dwóch pierwszych części serii Terminator mamy do czynienia z sytuacją, gdzie oba filmy rzeczywiście były tak świetnie pomyślane, że rezonują po dziś dzień inteligentnym mariażem zimnowojennego strachu przed nuklearną zagładą z obawami przed postępującą cyfryzacją naszego życia. Może była to kwestia ówczesnej geopolitycznej mapy świata, a może efekt dogłębnie smutnego tematu muzycznego autorstwa Brada Fiedela, ale pierwszy i drugi Terminator miały w sobie coś takiego, że publika naprawdę mogła współodczuwać bezsilność bohaterów żyjących ze świadomością zbliżającego się końca świata. Przy całym potencjale rozrywkowym związanym z formułą widowiska SF były to filmy, które w widzu wzbudzały przede wszystkim niepokój (Cameron nie bez kozery rozpoczął cała serię obrazem, które gatunkowo najbliższy jest horrorowi). Wraz z przekombinowanymi częściami trzecią i czwartą ten klimat kontrolowanej paniki odpłynął z serii, a kolejne recastingi głównych postaci dramatu wprowadziły do równania element umowności, który nie pozwalał już na poważnie angażować się w historię niedobitków ludzkości raz za razem próbujących zatrzymać apokalipsę przy pomocy podróży w czasie. Terminator Genisys jest ukoronowaniem tej tendencji poprzez całkowite przekreślenie zarówno kanonicznych elementów fabuły (rok 1984 jako początek konfliktu, John Connor jako obrońca ludzkości), jak i kompletne wyzbycie się z serii tej niegdyś namacalnie odczuwanej perspektywy zbliżającej się apokalipsy.

Na początku nowego Terminatora Alan Taylor funduje nam podróż w czasie do pieczołowicie odtworzonych wydarzeń z filmu z 1984 r. (scenografia, kadrowanie i światło odwzorowane niemalże 1:1 jak wz Elektronicznego mordercy – widać, że ktoś naprawdę odrobił pracę domową). Jednak robi to tylko po to, żeby w te znajome kadry za chwilę wkleić własne elementy (co dokładnie dzieje się w tych scenach, pisać nie będę – pełne spoilerów zwiastuny już i tak wystarczająco dużo zdradziły z fabuły filmu). To odważne folgowanie sobie z kanonem serii to swego rodzaju manifest twórców nowej trylogii (tak, czekają nas jeszcze przynajmniej dwie części) – przygotujcie się na nowe, bo nic, co znacie z dotychczasowych filmów, nie jest dla nas święte. W tego typu nonszalanckim podejściu twórców oczywiście nie ma nic zdrożnego (już drugi Terminator opierał się na szalonej wolcie, która z robota-zabójcy zrobiła robota-niańkę), jednak takie fabularne niespodzianki muszą być dobrze przemyślane (szczególnie w historii, która zasadza się na relacjach przyczynowo-skutkowych wynikających z podróży w czasie) oraz – podobnie jak w T2: Dniu sądu – iść w parze z upgade’em na każdym innym poziomie tekstu (społecznym, filozoficznym itd.). Laeta Kalogridis i Patrick Lussier scenarzyści Terminator Genisys, niczego nie muszą – ich zabawa motywami serii ma służyć głównie stworzeniu pretekstu do częstych rozpierduch, przetykanych komediowymi momentami dobrze rozładowującymi akcję (bo o napięciu z prawdziwego zdarzenia trudno tutaj mówić).

Co ciekawe, jedna z najbardziej kontrowersyjnych kwestii związanych z filmem, czyli wiek Arnolda Schwarzeneggera powracającego tutaj do swojej ikonicznej roli, zostaje bardzo elegancko wyjaśniona, a sam Arnold w skórze T-800 czuje się w Terminator Genisys dużo lepiej niż w wymęczonym T3: Buncie maszyn z 2003 r. W porównaniu z Sarą Connor Emilii Clarke (Gra o Tron), Kyle’em Reese’em Jaia Courtneya (Szklana pułapka 5) i Johnem Connorem Jasona Clarke’a (Ewolucja Planety Małp), to właśnie on wypada najlepiej (w filmie grają również J.K. Simmons i Matt Smith, ale w rolach tak karygodnie niedoważonych jak epizod Heleny Bonham Carter w Terminator: Ocalenie).

Gdy podstarzały kulturysta grający niespecjalnie bystrego robota jest najlepszym aktorem w twoim filmie, wiesz, że chyba nie wszystko poszło zgodnie z planem.

Z ostatnio modnych, czysto koniunkturalnych powrotów do serii lat 80/90 nowy Terminator najbardziej przypomina Prometeusza, bo tak jak w filmie Scotta bez sukcesu próbowano nakręcić bardziej atrakcyjnego Obcego na nowe czasy, tak tutaj pod szyldem Terminatora próbuje nam się sprzedać widowisko SF o charakterze dosyć znacznie odbiegającym od oryginału. Ogląda się to całkiem znośnie, jednak pozostaje pytanie, czy taka radosna zabawa szkieletem niegdyś poważnej serii to jedyne, co na tym etapie można było zrobić z legendą Terminatora.

Fani raczej nie będą zadowoleni.

Ocena: 7/10

Źródło:

Czytaj także