Naga prawda o striptizie

Naga prawda o striptizie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Magic Mike (2012)
Magic Mike (2012) / Źródło: Warner Bros. Pictures
„Tysiące kobiet patrzy tylko na ciebie. Rozbierając się, spełniasz ich fantazje. Jesteś mężem, którego nigdy nie miały. Milionerem na jachcie, który się nie zjawił. Przygodą na jedną noc, wolną od wyrzutów sumienia. Jesteś wyzwoleniem”.

A przy okazji jednym z trybików w maszynce do robienia pieniędzy – chce się dopowiedzieć po seansie „Magic Mike’a”. Steven Soderbergh odziera swych bohaterów nie tylko z odzieży, ale i ze złudzeń.

„Magic Mike” to jeden z tych filmów, które łatwo ocenić pochopnie. Tandetny marketing, naoliwione klaty i wibrujące pośladki, Channing Tatum, który wybił się na romansidłach… Jedynie w nazwisku reżysera można dopatrywać się iskry nadziei. Bo czy autor „Traffic” i „Erin Brockovich” zadowoliłby się komedyjką kiczowatą niczym cekinowe stringi Królów Tampy? Widz dostaje produkt niezgodny z opisem sprzedawcy (to jest dystrybutora). Reklamacja wydaje się jednak zbędna.

Oczywiście nie znaczy to, że męska część widowni choć raz nie skrzywi się na widok pląsających na scenie mięśniaków – „Magic Mike” to wciąż ukłon w stronę pań. Przyzwyczajone do tego, że media notorycznie uprzedmiotawiają kobiece ciało, mają one miłą dla oczu odskocznię. Mimo tego trudno byłoby obronić tezę, że reżyserem kierowała wizja równouprawnienia w kinie. Każda z rozsądnie dozowanych (lecz sfilmowanych z polotem i humorem) sekwencji striptizu ma uzasadnienie w fabule. Publiczne rozbieranki to po prostu forma zarobkowania, która nie różni się znacznie od pracy w innych, bardziej „moralnych” branżach. Jak w każdym biznesie, na pierwszym miejscu stoi pozyskanie i zadowolenie klienta, dlatego występy bohaterów to przede wszystkim wyrachowane skoki na kasę. Przytoczone w pierwszym akapicie słowa lidera Królów Tampy doskonale tłumaczą, dlaczego kobiety wprost marzą o wkładaniu banknotów w skąpe majtki striptizerów.

Tancerzy erotycznych od – dajmy na to – przedstawicieli handlowych dzieli głównie inne ryzyko zawodowe. Łatwe narkotyki i łatwy seks to łatwa droga w dół. Niebezpieczeństwa te Soderbergh zobrazował w historii Adama, 19-letniego striptizera, który zachłystuje się wolnością i pieniędzmi. Tu też reżyser jest najbliżej banału; opowieści o młodości durnej mamy w kinie na pęczki.

Znacznie ciekawiej jawi się tu tytułowy Mike. Jego nocne, „magiczne” wcielenie to rzekomo tylko środek do celu, jakim jest otworzenie własnego sklepu meblarskiego. Czy myśląc o sobie w ten sposób, bohater nie zachowuje się, jakby cierpiał na rozdwojenie jaźni? Czy pół doby można być troskliwym kumplem i statecznym biznesmanem, a drugie pół wcieleniem seksu na haju? Tej bajki nie kupują ani banki, ani kobiety. „Magic Mike” przedstawia proces dojrzewania mężczyzny; przemyca przy tym krytykę amerykańskiego prawa, które nie sprzyja początkującym przedsiębiorcom.

To wciąż lekkie, choć niepozbawione treści kino wieńczy świetna rola Matthew McConaughey’a – rola na pięć minut przed jego dołączeniem do aktorskiej pierwszej ligi. Trochę sympatyczny, a trochę żałosny, dba o swój interes niczym zawodowa burdelmama. Jeśli wciąż nie wierzycie, że film o męskich striptizerach może się Wam spodobać, dajcie się przekonać Matthew.

Ocena: 6/10

Czytaj także