Duszna wojna – recenzja filmu „Karbala”

Duszna wojna – recenzja filmu „Karbala”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Karbala”
Kadr z filmu „Karbala” / Źródło: Next Film
Krzysztof Łukaszewicz podejmuje w „Karbali” temat „amerykański” i po amerykańsku stara się go zrealizować. Skonstruowana przez niego bomba nie ma siły rażenia ostatnich filmów Kathryn Bigelow czy Clinta Eastwooda, ale na pewno nie jest też niewypałem na hollywoodzką modłę.

„Karbala” wymyka się łatwej ocenie. Można narzekać na widoczne konsekwencje niskiego budżetu (monotonne plenery i ciasne kadry, które maskują sztuczność Iraku odtworzonego na warszawskim Żeraniu), lecz z drugiej strony – ta historia się broni. Brak tu oddechu, brak przestrzeni, ale jest za to nerw potrzebny filmowi wojennemu. Owszem, bitwa o City Hall to samograj. Wydarzenia z roku 2004, kiedy to grupa polskich i bułgarskich żołnierzy przez cztery dni bez strat w ludziach odpierała ataki rebeliantów na ratusz w Karbali, mają naturalny kinowy potencjał. Na nic jednak zdałby się dobry pomysł wyjściowy, gdyby Łukaszewicz nie poradził sobie z utrzymaniem tempa akcji. W opowieści o sukcesie rodzimych sił zbrojnych udowadnia, że budowanie dramaturgii nie sprawia mu najmniejszej trudności.

Nie oznacza to, że w scenariuszu nie ma zgrzytów. Zaczyna się ciekawie – oto młodziutki żołnierz, świeżak na froncie, odmawia wykonania rozkazu, w wyniku czego ginie jego kolega. Trudno stwierdzić, czy kapitan Kalicki, który wydał polecenie, prawidłowo ocenił sytuację, jednak sanitariusz Kamil Grad musi liczyć się z odpowiedzialnością karną. Moralność chłopaka stoi po znakiem zapytania (stchórzył czy wykazał się trzeźwością umysłu?), a my otrzymujemy zabieg w kinie wojennym nietypowy, bo akcja kręci się wokół antybohatera. Wielka szkoda, że Łukaszewicz porzucił ten trop. Dalsze kroki w pierwotnie obranym kierunku mogły zaowocować istotnymi pytaniami o posłuszeństwo i wolę przetrwania; reżyser (i scenarzysta w jednej osobie) wolał postawić na opowiastkę o poszukiwaniu wewnętrznych pokładów odwagi.  

W efekcie „Karbala” to produkcja zrealizowana na pół gwizdka: „przyduszona” przez ograniczoną przestrzeń (ekipa poleciała do Jordanii tylko na osiem dni zdjęciowych), z dobrą obsadą, z której można było wycisnąć więcej (szkoda Tomasza Schuchardta na postacie-klisze). W scenariuszu skrywają się zalążki ważnego kina, lecz nikną one pod warstwami czystej akcji. Akcji dobrze poprowadzonej, wciągającej, jednak… w wersji demo. Nie mam wątpliwości, że gdyby Łukaszewicz dysponował hollywoodzkim budżetem, powstałoby rasowy film wojenny.  

A może amerykańskie superprodukcje nas po prostu rozpieściły? Chcemy, by wszystko było duże, szybkie, spektakularne? Koniec końców wolę sprawnie opowiedzianą, skromną historię niż nieudolne fabularnie widowisko.

Ocena: 6/10 (awansem).

Czytaj także