5 najlepszych horrorów modern-retro

5 najlepszych horrorów modern-retro

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Coś za mną chodzi”
Kadr z filmu „Coś za mną chodzi” / Źródło: Kino Świat
Wybraliście już film na halloweenowy wieczór? Nasz współpracownik, Arkadiusz Szpak, służy radą.

Modern-retro to umowna nazwa na określenie popularnego w najnowszym kinie grozy nurtu horrorów, które zarówno w warstwie stylistycznej, jak i tematycznie, nawiązują do kina gatunku sprzed kilku dekad (najczęściej lat 80., ale również 70. i 90.) W kontekście Halloween horrory modern-retro są o tyle na miejscu, że podobnie jak samo święto spowite są daleko posuniętą rytualnością. W jednym i drugim przypadku groza bezpośrednio związana jest z powtarzalnością. Z opowiadaniem i symbolicznym przeżywaniem, zawsze już skądś znanych, w ten czy inny sposób utrwalonych w popkulturze – której święto jest wyrazem – opowieści o tym, co czai się w mroku. Poniższa piątka to subiektywny ranking najlepszych i najważniejszych, zdaniem autora, filmów wpisujących się w tę konwencję.            

Dom diabła, reż. Ti West (The House of the Devil, 2009)  

Film Westa, podobnie jak wiele innych współczesnych, autorskich amerykańskich horrorów (m.in. „Naprawdę straszna śmierć” i „Następny jesteś ty” Adama Wingarda, „We Are Still Here” Teda Geoghegana...) wyrasta z nurtu niezależnego kina określanego terminem mumblecore i jest jednym z pierwszych mumblecore'owych filmów grozy. Mimo że bohaterka „Domu diabła” jest nastoletnią opiekunką do dziecka, postacią archetypową dla slashera, a sam film formalnie nawiązuje zwłaszcza do dwóch sztandarowych dzieł gatunku: „Czarnych świąt” Boba Clarka (1974) i „Halloween” Johna Carpentera (1978), tematycznie zmierza w odmiennym kierunku – horroru okultystycznego w tradycji „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego (1968). Przy czym zmierza powoli. Bo choć niepozbawiony dosadniejszych momentów, swoją siłę – i elegancję – w pierwszej kolejności czerpie z formalnego wyrafinowania: drobiazgowego podejścia do elementów stylistyki retro, dzięki którym całość wygląda jak żywcem wyjęta z końca lat 70. Z drugiej – z narracyjnej powściągliwości: budowania atmosfery zagrożenia, izolacji i osaczenia wyjątkowo subtelnymi, zwłaszcza jak na kino grozy, środkami wyrazu.   

Maniac, reż. Franck Khalfoun (2012)

Popisowy remake wyreżyserowanego przez Williama Lustiga „Maniaca” z roku 1980, który na tle licznych slasherów powstałych w pierwszej połowie lat 80. mocno wyróżniał się chropowatym i dość realistycznym stylem oraz uczynieniem psychopatycznego mordercy głównym bohaterem filmu, a tym samym jego perspektywy – dominującą. Khalfoun idzie w tym dalej i zrównuje spojrzenie tytułowego bohatera ze spojrzeniem kamery, co wizualnie przedstawione zostaje w podobny sposób, jak obrazowana była perspektywa duszy w słynnym „Wkraczając w pustkę” Gaspara Noé. W przeciwieństwie do fragmentarycznego w narracji filmu Lustiga, remake jest bardzo płynny w stylu. Okraszony znakomitą ścieżką dźwiękową, przywodzącą na myśl tą z „Drive” Nicolasa Windinga Refna, w podobny sposób czerpiącą z brzmień lat 80., ma rytm niemal muzyczny. Doskonały technicznie, a przy tym niecodzienny w formie, jest drastycznym horrorem, ale też czymś na kształt śmiałego i bardzo stylowego, gatunkowego eksperymentu.  

Następny jesteś ty, reż. Adam Wingard (You're Next, 2011) 

Znany i z naszych ekranów obraz Wingarda (którego następnym filmem będzie już poniekąd rdzennie halloweenowy „Gość” z roku 2014) to brutalny, ale też zabawny miks home invasion z czarną komedią o rodzinnym zjeździe. Zagęszczony w akcji, w większości ekranowego czasu klaustrofobiczne ograniczonej do jednego miejsca, błyskotliwy i dowcipny w warstwie dialogowej, jest inteligentnym pastiszem, tym bardziej wartym uwagi, że na przekór dominującym trendom nieafiszującym się mocno swoim luzem i dystansem. Może najwięcej zawdzięcza jednak świetnie poprowadzonej postaci głównej bohaterki, sympatycznej i uroczej, a jednocześnie – w chwili próby – jednej z najbardziej efektownych i nieprzebierających w środkach horrorowych heroin w kinie gatunku ostatnich lat.     

Among the Living, reż.  Alexandre Bustillo i Julien Maury (Aux yeux des vivants, 2014)

Jedyny w tym zestawieniu nieamerykański film; podpisany przez francuskich reżyserów, zdaniem autora tematu najciekawszych obecnie twórców filmowego horroru. „Among the Living”, ich trzeci obraz, jest równie osobliwy jak poprzednie, „Najście” z 2007 i „Livid” z 2011 roku, ma już jednak więcej wspólnego z amerykańską tradycją, do której Bustillo i Maury wyraźnie tym razem nawiązują. W fabule odbijają się tu echem m.in. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera (1974) i „W mroku pod schodami” Wesa Cravena (1991), ale też młodzieżowe filmy lat 80., niekoniecznie tylko horrory, jak choćby znakomite „Stań przy mnie” Roba Reinera (1986). Podobnie jak poprzednie filmy duetu, „Among the Living” to ciężkie kino gatunku o luźnym podejściu to tzw. filmowego realizmu, rządzące się logiką sennego koszmaru, niepodkreślaną, ale wszechobecną w intensywności obrazów oraz w naznaczonym upiorną niezwykłością i szaleństwem, również pewną baśniowością, portrecie kreowanego świata – jakby żywcem wyjętego z mrocznej, halloweenowej opowieści. Nieprzypadkowo zresztą od święta Halloween film się rozpoczyna.   

Coś za mną chodzi, reż. David Robert Mitchell (It Follows, 2014) 

W stylu i temacie zwrócony ku przeszłości, a jednocześnie bardzo nowoczesny i oryginalny, znakomity film Davida Roberta Mitchela to może najlepszy amerykański horror obecnej dekady. Tak jak w swoim udanym debiucie, „Legendarne amerykańskie pidżama party” z roku 2010, w podobnej stylistyce i wychodząc poza czystą nostalgię, nawiązywał Mitchell do obyczajowego kina młodzieżowego lat 80, tak tu materiał wyjściowy znajduje w kinie grozy tego okresu, a interesuje go zwłaszcza towarzyszący mu motyw strachu przed- i kary za seksualną aktywność. W tym sensie tytułowe „coś” z jego filmu to wariacja na temat slasherowego mordercy jako swoistego strażnika purytańskiej obyczajowości, lub wyrazu lęku przed konsekwencjami cielesnego zbliżenia. „Coś za mną chodzi” to film błyskotliwy w każdym aspekcie. Inteligentnie napisany, doskonały formalnie, zwraca uwagę zwłaszcza perfekcyjnym wykorzystaniem obrazu – w przeciwieństwie do tego, co w horrorze najczęstsze, źródła zła i strachu wypatrując nie w tym, co skryte w ciemnościach, ale w tym, co widzialne.

Arkadiusz Szpak

Czytaj także