EPOka oszustów – recenzja „Strategii mistrza”

EPOka oszustów – recenzja „Strategii mistrza”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Strategia mistrza”
Kadr z filmu „Strategia mistrza” / Źródło: Monolith Films
Strategia Lance'a Armstronga, wielokrotnego (choć później zdyskwalifikowanego) zwycięzcy Tour de France? Wygrać za wszelką cenę. Strategia Stephena Frearsa, reżysera nominowanego do Oscara za „Królową” i „Naciągaczy”? Nakręcić film dynamiczny niczym kolarz na ostatnim, decydującym odcinku trasy.

W centrum „Strategii mistrza” stoi Lance Armstrong, lecz zamiast tradycyjnego biopica otrzymujemy opowieść o jednym z największych przekrętów w dziejach kolarstwa, a może i sportu. Opowieść bardzo barwną, energiczną oraz wyważoną w swoim dramatyzmie. Przełom wieków zapisał się w historii dyscypliny jako niechlubna EPOka, w czasie której czołówki peletonów zawdzięczały formę niedozwolonym substancjom. Frears nie boi się otwarcie mówić o brudzie afery dopingowej i nie ukrywa, że US Postal funkcjonowało jako naszprycowana, świetnie zorganizowana mafia. 

Jednocześnie reżyser nie demonizuje swoich bohaterów. Obłuda tego środowiska przeciwstawiona jest chorobliwej ambicji, u źródeł której leżą przecież pozytywne wartości – determinacja, chęć przekraczania granic i doskonalenia się. Armstrong, zapytany o to, czy żałuje swoich czynów, odpowiedział: „gdybyśmy cofnęli się w czasie do roku 1995, gdy doping był wszechobecny, to prawdopodobnie zrobiłbym to samo. (…) Czuję, że wygrałem te toury”. I choć słowa kolarza brzmią cynicznie, to Frears podchwytuje ich sens. Pozostawia kwestię oceny otwartą, unaoczniając widzowi, że to nie Armstrong wynalazł doping.

„Strategia mistrza” idzie w swej wieloznaczności jeszcze dalej. Świetny Ben Foster gra tu każdego po trochu: pełnego empatii założyciela fundacji wspierającej walkę z rakiem, wyrachowanego biznesmena, bezwzględnego manipulatora i w końcu człowieka o niezwykłym harcie ducha, który nigdy nie nauczył się przegrywać. Sukces filmu wynika właśnie z tej polifonii. Wśród przeplatających się dźwięków brak jednego, przez co mimo wszystko portret Armstronga pozostaje niekompletny. Mowa o „domowym” obliczu sportowca, który w latach swej świetności traktowany był przez media jak gwiazda i z gwiazdami się przyjaźnił. W scenariuszu nie ma nawet słowa o zaręczynach kolarza z Sheryl Crow, a jego wcześniejsza partnerka oraz dzieci pojawiają się na ekranie w dwóch krótkich scenach. Jeśli reżyser nie zamierzał skupiać się na życiu prywatnym Armstronga, czemu w ogóle wprowadził te postaci do fabuły?

Na plakacie „Strategii mistrza” widnieje wyjątkowo trafne hasło: „zwycięstwo miał we krwi”. Nie tylko w punkt komentuje ono karierę Armstronga, ale też wpasowuje się w obraną przez Stephena Frearsa taktykę niejednoznaczności. Dzięki niej dociera na metę jako zwycięzca – i to bez żadnych szwindli. 

Ocena: 7/10

Czytaj także