Średnia półka 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Średnia półka 31. Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Śpiący olbrzym / Sleeping giant” (2015)
Kadr z filmu „Śpiący olbrzym / Sleeping giant” (2015) / Źródło: Film Forge Productions / sleepinggiantfilm.com
Każda edycja Warszawskiego Festiwalu Filmowego przynosi kilka perełek (a jak pokazuje przykład „Idy”, czasem nawet zdobywców Oscara). Pokaźna liczba prezentowanych filmów wiąże się jednak z obecnością tytułów słabszych. Wybraliśmy już nasze top 5, przyszła więc pora na komentarz do „średniej półki”.

Rozrywka

Przemysł rozrywkowy to trudny orzech do zgryzienia – taka myśl przyświeca najnowszemu obrazowi Ricka Alversona. Reżyser zaznacza tę myśl, prezentując nam wyjątkowo obrazoburcze, stand-upowe skecze głównego bohatera, w których komik celowo przekracza granice dobrego smaku. Próbuje w ten sposób wyrwać oglądających z ich „strefy komfortu” oraz „sprawić, że kupią więcej alkoholu”. 

Pierwsze sceny, które ukazują zmagania komika z publicznością oraz proces przygotowania do wyjścia na scenę, w świetny sposób wyrażają tę myśl. Są dosadne, wymowne i godne zapamiętania. Gdyby obraz skończył się w 1/3 czasu swojego trwania, stałby się doskonałym, satyrycznym przedstawieniem wspomnianej wyżej tezy. Problem pojawia się w chwili, gdy obraz zamiast się kończyć, finiszuje dopiero pierwszy akt. Szybko wytraca bowiem swój impet, do znudzenia powtarzając gagi i pomysły. Gubi tym samym uwagę widza, którego cierpliwość zostaje wystawiona na próbę. Można dyskutować, na ile było to celowe zagranie, mające za zadanie jeszcze mocniejsze ukazanie kryzysu, w jakim znajduje się szeroko rozumiana „rozrywka”, jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby ten film był krótkometrażówką, zostałby zapamiętany i oceniony dużo lepiej. / MK

Ocena: 4/10

Śpiący olbrzym

Debiutancka, pełnometrażowa opowieść reżysera Andrew Cividino, która zdobyła nagrodę dla Najlepszego Kanadyjskiego Debiutu na tegorocznym Festiwalu w Toronto, to historia o przyjaźni kilku chłopców. Spędzają oni wspólnie lato nad malowniczym jeziorem. Główny bohater – Adam (Jackson Martin) – jest „grzecznym chłopcem”, który dzięki znajomości z Natem i Rileyem (Nick Serino, Reece Moffett, debiutujący na dużym ekranie) zasmakuje życia i odkryje nowe prawdy o sobie samym. 

Siła filmu leży w niewielkich gestach bohaterów, które zdradzają ich (niewypowiedziane) myśli oraz w szczególnej pracy kamery, która podąża chwilami za emocjami bohaterów, dopowiadając to, co nie jest widzialne gołym okiem. Film ma także interesującą stroną wizualną, z sekwencjami zabaw z fajerwerkami czy scen rozgrywanych nad wodą, które zostają w głowie i kojarzą się z beztroską młodości, czasami niewinności. 

Interesująca propozycja kina coming-out-of-age, czyli dotykającego tematyki dorastania. Nie bez wad, jednak na tyle subtelna i uchylająca się od oceny swoich bohaterów, że pozytywnie zaskakująca. / MK

Ocena: 7-/10

Disorder/Maryland

„Disorder/Maryland” opowiada o amerykańskim żołnierzu, który wrócił z misji i który w oczekiwaniu na kolejny wylot za wielką wodę zatrudnia się jako prywatny ochroniarz. Jego najnowszym zadaniem jest ochrona żony wpływowego libańskiego businessmana, gdy ten wyjedzie na weekend w interesach.  

Siłą filmu jest częste wykorzystanie subiektywnej perspektywy spojrzenia kamery – przez większość czasu nie wiemy, co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie wytworem wyobraźni bohatera po przejściach. Drugim elementem, który zwraca uwagę, jest nietypowa, bardzo wycofana relacja, jaka zrodzi się między mężczyzną a kobietą, którą przyjdzie mu chronić. Diane Kruger i Matthias Schoenarts w interesujący sposób grają na granicy nieufności, która w specyficznych warunkach musi przerodzić się w zaufanie. Ciekawy, choć niezwykle stonowany film, który nie angażuje widza zbyt mocno. / MK

Ocena: 6,5/10

Bob i jego drzewa

Zwycięzca ostatniej edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach to historia o radzeniu sobie z przeciwnościami losu. Reżyser Diego Ongaro skupia się na pojęciu męskości i roli głowy rodziny, która ma zapewnić dostatnie życie i odganiać codzienne troski. Bob (Bob Tarasuk) jest drwalem żyjącym z dala od zgiełku wielkich amerykańskich. Prowadzi biznes wraz ze swoim dorosłym synem, lecz ich pomysły na rozwój rodzinnej firmy różnią się od siebie, co prowadzi do konfliktu. Matt (Matt Gallagher) twardo stąpa po ziemi, kalkulując z biznesowym zacięciem, podczas gdy jego ojciec zdaje się być idealistą oddanym swojej pasji. Sprawy się komplikują, kiedy kolejne wycinane drzewa okazują się chore, a zwierzęta trzymane na farmie zaczynają chorować. Praca przestaje przynosić zyski.

Ongaro tworzy przejmujący obraz mężczyzny, który samotnie zmaga się z problemami, mimo że otaczają go bliskie osoby. Nie jest to kwestia braku porozumienia, ale wizji jego roli w rodzinie, która polega na zapewnieniu bezpieczeństwa i środków materialnych. Reżyser, zainteresowany losami drwala, przenosi prawdziwą historię Boba Tarasuka na ekran i z niekłamanym podziwem przygląda się codziennym czynnościom wypełniającym życie na prowincji. „Bob i jego drzewa” to subtelny obraz o miłości do natury i dojrzewaniu do proszenia o pomoc. / MC

Ocena: 5/10

Lato Sangailė

W trakcie tegorocznej edycji festiwalu Sundance film Litwinki Alanté Kavaïté otrzymał nagrodę w kategorii Najlepszy zagraniczny reżyser dramatu. Źle świadczy o poziomie imprezy, że doceniono na niej obraz posługujący się tak wytartymi kliszami kina inicjacyjnego, jak czyni to „Lato Sangailė”.  

Reżyserce wymarzyło się „Życie Adeli” w rytmie muzyki indie. Sam w sobie zamysł nie jest zły, jednak scenariusz położyły dwie najbardziej stereotypowe bohaterki świata. Sangailė to zagubiona nastolatka, która zmaga się ze wszystkimi typowymi problemami dorastania: od skłonności do autodestrukcji, przez niepewność własnej orientacji seksualnej, po strach przed samodzielnością (tu symbolizowany przez lęk wysokości i jego przezwyciężanie). Na pomoc wycofanej dziewczynie przychodzi kipiąca erotyzmem Auste, w godzinach pracy kelnerka, w czasie wolnym hipsterka i projektantka ubrań. Porównanie do „Życia Adeli” powinno być dostateczną wskazówką, jak potoczy się ta historia. Sęk w tym, że poza odważnymi zdjęciami i studium dojrzewania film Abdellatifa Kechiche’a zawierał jeszcze moc refleksji o istocie kobiecości, u Kavaïté natomiast banał goni banał. Stosowniejszą nagrodą dla tej produkcji byłoby wyróżnienie za wyjątkowy stopień miałkości. / DP

Ocena: 2/10

Zbawienie

Iwan Wyrypajew, rosyjski reżyser zamieszkały w Warszawie (a prywatnie mąż Karoliny Gruszki), wystartował w Konkursie Międzynarodowym z historią podróży młodziutkiej zakonnicy. O tym, że będzie to podróż także duchowa, świadczy już sam kierunek obrany przez Annę – Wschód, dokładniej Tybet. 

„Zbawienie” to klasyczne kino drogi, w którym bohaterka ściera swoje poglądy z postawami i przekonaniami napotkanych ludzi. Z racji przynależności do zakonu dość jasne jest, że najbardziej interesują ją kwestie wiary, jednak filmowi daleko do poważnej analizy różnic między chrześcijaństwem a buddyzmem czy też między mentalnością Europejczyka a człowieka Wschodu. Wyrypajew te uniwersalne rozważania odstawia na boczny tor, najwięcej uwagi poświęcając przeżyciom wewnętrznym Anny. Rzucona na głęboką wodę dziewczyna na nowo uczy się życia i z czasem odnajduje spokój. Widz przeciwnie, nie wychodzi z sali kinowej choćby odrobinę mądrzejszy, a jedynie zafrapowany wtórnością tej opowieści.

Ze „Zbawienia” przebija myślowa pustka. Obraz rozpoczyna się od kilkuminowej sekwencji wylotu z Warszawy, która służy głównie wystawieniu na próbę naszej cierpliwości. Równie nadmuchane będą późniejsze konwersacje z pretensjonalną turystką i amerykańskim muzykiem. Panie, zbaw nas od tak nudnych filmów. / DP

Ocena: 3/10

Klezmer

Zło nie jest niczym dużym, dobro nie jest niczym dużym – stwierdza Piotr Chrzan w swym reżyserskim debiucie. Tak, zgadza się, polskie kino znowu czerpie z tematyki żydowskiej. Rzadko kiedy bywa ono jednak tak pokorne i wycofane jak „Klezmer”. 

Klezmer to określenie na żydowskiego muzykanta weselno-karczmarskiego. Właśnie takim zajęciem trudnił się postrzelony Żyd, którego w lesie znajduje grupa wieśniaków. Od razu rodzi się pytanie, co począć z półżywym człowiekiem – zarobić na jego śmierci, oddając go Niemcom, czy okazać miłosierdzie? Bohaterowie filmu, niezależnie od podejścia do problemu, nie dzielą się na dobrych i złych. Piotr Chrzan przybliża realia polskiej wsi z czasów II wojny światowej, kiedy to źródło antysemityzmu często leżało w kościelnej propagandzie. Tym samym niemożliwa staje się jednoznaczna ocena antagonistów, a „Klezmer” zyskuje wiele odcieni szarości. Surowości obrazu dopełniają minimalistyczna ścieżka dźwiękowa oraz mięsiste, wiarygodne dialogi. Mimo że po nagłośnionej „Idzie” zaczęliśmy czuć przesyt ekranowymi próbami zmierzenia się z holocaustem, to obraz Piotra Chrzana zasłużył na ciepłe przyjęcie. / DP

Ocena: 6,5/10

Czytaj także