Spectre: Dwugłos - recenzja na NIE

Spectre: Dwugłos - recenzja na NIE

Dodano:   /  Zmieniono: 
Spectre, plakat (2015)
Spectre, plakat (2015) / Źródło: MGM
„Spectre“, czyli najnowszy film o przygodach Jamesa Bonda, po raz czwarty z Danielem Craigiem w roli głównej, to najdłuższy odcinek przygód Agenta Jej Królewskiej Mości. Niestety obraz zupełnie nie uzasadnia tego czasu trwania. Interesującej historii starczyło jedynie na część ekranowych zdarzeń.

– od płynnego ujęcia, w którym bez cięć montażowych oglądamy meksykańską ulicę, a następnie podążamy za parą, która wchodzi do budynku, do windy, z windy do pokoju, a potem przez balkon na dach. Kamera stale zmienia położenie, obracając się za bohaterami, jednak ani razu nie następuje cięcie, wszystko poprowadzone jest płynnie. Zabawa formą wypada wyjątkowo ciekawie, zwłaszcza, że Meksyk podczas Dia de Los Muertos (Dnia Zmarłych) prezentuje się wyjątkowo okazale. Niestety, chwilę później dostajemy sekwencję, która swoim frywolnym podejściem do ludzkiej wytrzymałości czy zasad grawitacji przywodzi na myśl kuriozalny „tetris” w wykonaniu Legolasa w ostatniej części „Hobbita”. A zaraz potem szaleńczy lot helikopterem, który jest tak wydumany, że można skwitować go jedynie zdaniem: „ale to wymyślili”.

Filmy o Bondzie z Craigiem szczyciły się większym urealnieniem świata przedstawionego. Agent Jej Królewskiej Mości bardziej działał rozumem, instynktem i siłą własnych mięśni niż polegał na doskonale dobranych gadżetach, które nie dość, że są stylowe, to jeszcze wyposażone w ratujące życie mechanizmy. W wielu scenach „Spectre” następuje zupełny zwrot do starej, odrealnionej stylistyki Bondów sprzed lat. A choć samo w sobie nie jest to szczególnie złym zagraniem, brak jakiegokolwiek wyjaśnienia nagłej zmiany reguł gry pozostawia wiele do życzenia. W poprzedniej części Q naśmiewał się, że „już nie robimy takich rzeczy jak eksplodujące długopisy”, by w tej wręczyć Bondowi zegarek, który ma „wyjątkowo głośny alarm. Jeśli wiesz o co mi chodzi”. W ten sposób zamiast filmowego realizmu, otrzymujemy umowność i teatralność.

Najlepiej ilustruje to zresztą scena spotkania szefostwa Spectre. Panujący wszędzie półmrok ma na celu ukazanie, jak bardzo tajemnicza i nikczemna jest organizacja, której macki, niczym u ogromnej ośmiornicy, wijącej się w czołówce filmu, sięgają po najdalsze zakątki świata. Także bohater Christopha Waltza, dla podkreślenia mrocznego charakteru postaci, niemal zawsze skryty jest w cieniu.. W zamierzeniu jego gesty oraz słowa mają być czymś więcej niż tylko gestami, dlatego bohater mówi w niezwykle powolny i stonowany sposób. Ważąc każde słowo, nie mówi w zasadzie nic odkrywczego ani ciekawego, ale powolne tempo ma chyba sprawić, że wyda się bardziej inteligentny. Tak naprawdę większość bohaterów wypowiada górnolotne formułki, które w zasadzie są puste w środku. „Bond, jesteś jak latawiec, który tańczy podczas huraganu” – już od pierwszych zwiastunów zastanawialiśmy się, co tak naprawdę ma na myśli rozmówca 007. Gotowy film nie udziela tej odpowiedzi, sprawiając, że zdanie to, choć niezwykle poetyckie, w zasadzie nie niesie żadnej wartości intelektualnej czy emocjonalnej.

Teatralność widoczna jest także w sekwencjach walki wręcz. Mimo intrygującego zabiegu pozbawienia większości z nich ścieżki dźwiękowej, co miało za zadanie zwiększyć realność przedstawianych wrażeń, zaskakująco dało efekt odwrotny do zamierzonego. Sprawiło, że tym bardziej widoczna jest umowność zadawanych ciosów.

Największym problemem „Spectre” jest jednak zupełna bezemocjonalność prezentowanych zdarzeń. Większość obsady uczyła się chyba w tej samej szkole co Waltz, ponieważ wypowiadają swoje kwestie beznamiętnym, stonowanym tonem, celowo rozciągając nawet najprostsze wymiany zdań. Sprawia to, że nie czujemy jakbyśmy mieli do czynienia z postaciami z krwi i kości, a jedynie z marionetkami znajdującymi się w odpowiednim miejscu i czasie tylko po to, aby przedstawić pewną historię. Wbrew napisowi pojawiającemu się na samym początku filmu, głoszącemu, że „umarli żyją”, obraz zdaje się udowadniać odwrotną tezę – żywi są tak odrealnieni, że aż stają się martwymi kukłami. Takie postawienie sprawy jest zaś odpowiedzialne za fakt, że w filmie nie czuć w ogóle, o co toczy się gra i jak wysoka jest stawka. Akcje Spectre są tak skryte i tajemnicze, że w zasadzie trudno przejąć się ich wielkobraterską groźbą kontroli nad światem. 

W tym wszystkim niezły jest Andrew Scott, który dodaje swojej postaci tej szczególnej nutki Moriarty’owego szaleństwa, za które pokochaliśmy go w brytyjskim „Sherlocku”. Niestety, nawet on jest postacią rozwiniętą jedynie połowicznie, nieposiadającą wystarczającej charyzmy, byśmy szczerze przejęli się jego zamiarami.

Niezłe zdjęcia Hoyte’a Van Hoytemy ustępują niemal w każdej scenie majstersztykowi, jakim były piękne kadry Rogera Deakinsa w „Skyfall”. Zaś intrygujący eksperyment jednego ujęcia z początku filmu niestety nie powtórzy się aż do końca. Wizualne nawiązania do scenerii „Quantum of Solace” były zaś strzałem w stopę. O najsłabszym odcinku Bonda powinno się jak najszybciej zapomnieć, a nie celowo go przywoływać.

, kontynuujący wątki wyśmienitego „Skyfall”. Niestety, choć fabuła stara się przywoływać zdarzenia z Craigowej tetralogii, całość sypie się niczym domek z kart przy najmniejszym podmuchu zdrowego rozsądku. Za dużo tu umowności, skrótów myślowych oraz na siłę wydłużanych sekwencji nic niewnoszących rozmów, byśmy mogli szczerze przejąć się losem Agenta Jej Królewskiej Mości. Klisze są naturalnym elementem serii przygód Jamesa Bonda. Tym jednak razem użyto ich o kilka razy za dużo.

Ocena: 5/10

Czytaj także