Café Society - Cannes '16

Café Society - Cannes '16

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu "Cafe Society" (2016)
Kadr z filmu "Cafe Society" (2016) / Źródło: Kino Świat
Najnowszy film Woody'ego Allena "Café Society", rozgrywający się w Los Angeles i Nowym Jorku w latach 30. to historia miłosna młodego chłopaka z Brooklynu, który jedzie za pracą do wujka, wziętego producenta w Hollywood.

„Nieodwzajemniona miłość zabija więcej ludzi niż nowotwór”, parafrazując słowa jednego z bohaterów, które padną z ekranu. Taka właśnie zdaje się być bowiem jej odmiana, którą odnajduje James (Jesse Eisenberg) pokładając swoje uczucia w młodej sekretarce wujka (Kristen Stewart). Historia zawiłości ich relacji stanie się osią fabularną nowego dzieła Allena, zahaczając także o kwestie takie, jak zdrada małżeńska, marzenia senne, czy system pracy studiów Hollywood. Fabularnie jest więc bez większych ekstrawagancji, czy wolt. Nieźle aktorsko. I w sumie tyle.

Tym, co zaskoczyło mnie najbardziej, co spodobało się niezmiernie, są zdjęcia. Ponoć kiedy nie można powiedzieć nic dobrego o filmie, człowiek skupia się na takich technikaliach. W tym wypadku jest to po części prawda. Obraz Allena nie należy do jego najlepszych dzieł. Nie plasuje się jednak także na dnie listy. Jest przyjemny. Tyle można o nim powiedzieć. Tylko tyle i aż tyle. Tym co wyróżnia go jednak na tle reszty filmografii reżysera, jest niezwykła malowniczość inscenizacji. "Nie zastanawialiśmy się jaka jest różnica między taśmą filmową, a nagrywaniem przy użyciu kamery cyfrowej. Rozmawialiśmy jak zdjęcia mogą komplementować historii", powiedzieli reżyser i jego operator, Vitorrio Storaro, odpowiadając na pytania o przejście na nowe medium.

Niezwykłym zagraniem, które mnie pozytywnie zaskoczyło, było przede wszystkim to, że bohaterka Kristen Stewart zawsze oświetlona jest bardziej od swojego partnera. Jej bohaterka niemal stale (dosłownie) lśni na ekranie. Świetnie wygląda to w szczególności w momentach, gdy bohaterowie siedzą przy świecach. Stewart błyszczy w ich blasku bardziej. Co niezmiernie ciekawe - w miarę zmian w statusie związku bohaterów (a co za tym idzie także wzajemnym podejściu bohatera do swojej wybranki), światło zmienia się, stając się bardziej stonowane, szarawe. Świetne zagranie, które poniekąd subiektywizuje pracę kamery. Dodając do tego fakt, iż większość filmu wypełniają pięknie skonstruowane kadry przedstawiające architekturę i faunę Beverly Hills, Nowego Jorku oraz pięknych plaż Los Angeles skąpanych w rozświetlonym, połyskującym i wyjątkowo żółtym słońcu, (kiedy kadr na dodatek jak gdyby błyszczy od środka), nie sposób zauważyć dlaczego to właśnie zdjęcia robią największe wrażenie w „Cafe Society”. Cokolwiek bowiem nie mówić o całym filmie, świetnie się na niego patrzy.

Aktorstwo jest przyzwoite, mimo że większość aktorów nie wychodzi ze swojego stałego emploi. Jesse Eisenberg gra tę samą postać, co zwykle (nawet nerwowy śmiech ma ten sam), tak samo jak Blake Lively. Corey Stoll nieczęsto pojawia się na ekranie, racząc nas raczej swoją tęgą miną, a Steve Carrell ciekawie szarżuje ze swoją rolę, nie dodając jej jednak kropki nad i, która sprawiłaby, że jego kreacja stałaby się godna zapamiętania na dłużej. Natomiast Kristen Stewart choć mówiła, że musiała sprawdzić się podczas castingu, by pokazać swoją bardziej delikatną stronę, choć gra przyzwoicie, niczym nie powala. Najbardziej ciekawy jest chyba duet Parker Posey - Paul Schneider, który najrzadziej pojawia się na ekranie, a jednak za każdym razem kradnie atencję dla siebie. Przy pomocy małych gestów i ekstrawaganckich strojów udało im się stworzyć najwyrazistsze postaci, tak różne od poprzedniego aktorskiego oblicza, które Posey zaprezentowała u Allena.

Rwana, chwilami skrótowa fabuła podążająca za "schematem powieści" z jej kolejnymi rozdziałami, (jak powiedział sam reżyser), nie oferuje bowiem niezapomnianych wrażeń. A choć w obrazie znów usłyszymy niezwykle błyskotliwe dialogi, (nie tylko uwielbiony przez dziennikarzy: "Życie to komedia napisana przez sadystycznego komika”), całość wydaje się mniej urokliwa i zabawna niż zazwyczaj. W tym wypadku sposób opowiadania zdaje się ciekawszy niż sama opowieść.

Ocena: 6-/10

PS. Podążając za świetnym zmysłem inscenizacyjnym, warto nadmienić, ze w jednej ze scen w kawiarni na ścianie wisi obraz mojego ulubionego Giuseppe Arcimboldiego.

Czytaj także