Miasto 44

Miasto 44

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu "Miasto 44" (2014)
Kadr z filmu "Miasto 44" (2014) / Źródło: Kino Świat
„Miasto 44” Jana Komasy to fabularna opowieść o Powstaniu Warszawskim, widziana oczami młodych ludzi, którzy wstąpili do konspiracji, nie bardzo nawet zdając sobie sprawę ze wszelkich konsekwencji tej decyzji.

Film rozpoczyna się zbliżeniem na twarz matki, a następnie denerwującym jękiem małego chłopca, któremu brat wyrywa ząb. Jęk ten silnie oddziałuje na widza – jest irytujący, męczący, a uszy aż od niego zaczynają boleć. Przez chwilę można obawiać się czy cały film będzie poprowadzony w równie denerwujący sposób. Co jednak zaskakujące – mimo bardzo dużego nacisku na realistyczne ukazanie ogromu zniszczeń oraz miażdżącej ilości ofiar, całość dobrze się ogląda. Klarowny styl prowadzenia historii pozwala wczuć się w sytuację bohaterów i współodczuwać z nimi przeżywane dramaty. W wielu momentach patrzymy na rzeczywistość bezpośrednio ich oczami. Świetna jest na przykład scena w kanałach, ukazująca optykę patrzenia „Biedronki”, przerażonej młodej dziewczyny, na którą niezwykle silnie oddziałują okropne rzeczy, których była uczestnikiem. Jest klaustrofobiczna, duszna, niezwykle dosadna, przestylizowana, ale przez to także wiarygodna i aż oblepiająca. Równie udana jest sekwencja z perspektywy Stefana, gdy chłopak strzela do wroga z armatki. Kamera znajduje się wtedy na wysokości jego rąk, ukazując dokładnie jego działanie – celowanie, przeładowywanie broni oraz stres towarzyszący tym czynnościom. Wyjątkowo nowoczesny, przypominający rozwiązania znane z gier komputerowych, sposób ukazywania rzeczywistości, mogący trafić do młodego odbiorcy.

Wchodząc w sposób myślenia swoich bohaterów, „Miasto 44” potrafi porządnie oddziaływać na emocje i zapewnić mnóstwo wrażeń. Niestety, bywają też momenty, w których zupełnie mu to nie wychodzi. Mowa tu o wszystkich chwilach, w których wykorzystano zabieg slow-motion: spowolniony lot filiżanki, pocałunek wśród lecących zewsząd kul, czy seks w rytmach dubstepu. O ile zamysł tych scen był dobry, mając na celu ukazanie odrealnienia, przesady i podrasowanego sposobu myślenia młodych ludzi, których mózgi i ciała pracują na wyższych obrotach w silnie emocjonalnych chwilach. O tyle sposób jego wykonania pozostawia już wiele do życzenia, zdając się być tandetną rysą na wysokim poziomie całego obrazu.Najlepszym przykładem jest scena pocałunku wśród zakręcających kul. Łuski lecące wokół bohaterów są na miarę fajerwerków, które mogą towarzyszyć pierwszemu pocałunkowi, i tak też widzę zamysł inscenizacyjny tej sceny. Niestety jednak sposób jej prezentacji jest chyba najcięższym orzechem do zgryzienia dla widzów „Miasta 44”. Jest ona bowiem tak nie przystająca do klimatu całego filmu, że aż kłuje w oczy. W zasadzie jedyną sekwencją slow-motion, która jeszcze jakoś się broni, jest scena podwodna, ukazująca twarz młodej dziewczyny. Aczkolwiek nawet tutaj nie sposób się pozbyć wrażenia, że jest to scena zbyteczna, nie wnosząca nic do całej opowieści. W zasadzie tu kryje się największy problem tych scen – niczym nie wzbogacają historii, są elementem z tak innego porządku, że aż ich użycie razi po oczach. Z drugiej strony – być może taki był zamysł – by widza bombardować wciąż nowymi, niespodziewanymi doznaniami, które umożliwią mu poczucie choć ułamka kontrastujących ze sobą emocji powstańczego żywota.

Sposobem na przekazanie tych doznań jest także wyjątkowa dosadność dzieła. Ma ona unaocznić w namacalny i brutalny sposób wszelkie okrucieństwa wojny i walk z bronią w ręku. Świetnie do tego celu Komasa wykorzystał stylistykę znaną z filmów Rodrigueza czy Tarantino. Deszcz kończyn mógłby być czymś, co pojawia się w obrazach wspomnianych reżyserów. Sęk tkwi w tym, że Komasa celowo obdarł tę stylistykę z otaczającej ją groteskowości i ukazał te momenty z pełną powagą. Ma to na celu jeszcze większe wstrząśniecie widzem, wyrwanie go z jego „comfort zone” i dosadne uzmysłowienie bestialstwa wojny.

Historia ukazuje też zmiany zachodzące w bohaterach. Zgłaszają się do walki z dobrymi chęciami, jednak brakiem militarnych podstaw. Walce oddają w zasadzie swoją beztroskę i dzieciństwo. Dzięki przyzwoitej i wiarygodniej grze młodych aktorów udało się ukazać zmiany zachodzące we wszystkich postaciach.

Muzyczny motyw przewodni, skomponowany przez Antoniego Łazarkiewicza, powracający w filmie wielokrotnie, sprawdza się jako ilustracyjne uzupełnienie obrazu, podkreślając dramatyzm wydarzeń. Wspominając o muzyce, nie można jednak zapomnieć o największym zgrzycie ścieżki dźwiękowej, o której wspominało się już w kilku recenzjach po pokazie na Stadionie Narodowym. Mowa o scenie seksu w rytm dubstepowej melodii stworzonej przez Jimka. Moment ten, choć fabularnie uzasadniony, przerzucony przez filtr myślenia młodych ludzi, przerażonych i chcących uciec od otaczającej rzeczywistości poprzez akt ekstazy, denerwuje właśnie tym stylistycznym zgrzytem wykorzystującym współczesną muzykę. Być może chciano przez to pokazać, że pewne rzeczy się nie zmieniają, że dzisiejsi młodzi ludzie kochają się i oddają uciechom cielesnym w podobny sposób, jak wtedy. Nawet w tak trudnych warunkach uczucia są w stanie zapewnić moment ukojenia, zapomnienia. Mimo wszystko – muzyczny środek, jaki do tego zastosowano, stanowi zgrzyt w odbiorze filmu. Bo znów – wydaje się czymś z innego porządku, rozszalałego teledysku, a nie obrazu o Powstaniu Warszawskim. Z drugiej strony, jakby na to nie patrzeć, właśnie przez tę stylistyczną niekonsekwencję, wyrwanie z ogólnego klimatu dzieła, scena ta zostaje w głowach, staje się niemal solą w oku widza, który nie potrafi o niej zapomnieć. Zagranie jak najbardziej celowe, potrafiące jednak podzielić widzów.

Obraz fabularnie broni się bez problemu, przyciąga kilkuwątkową historią, potrafi sprawić, że widz współodczuwa emocje bohaterów. Sęk tkwi właśnie w tych stylistycznych „kwiatkach”, które niepotrzebnie próbuję w nowoczesny sposób upięknić całą opowieść. Zamiast rzeczywiście upiękniać i stanowić chwile wytchnienia od dramatycznego obrazu krwawych potyczek, zadziwiają i wybijają z rytmu. Te pojedyncze sceny są tak przesadzone, tak „bombastyczne” i nie przystające do reszty dość mocno ugruntowanej w rzeczywistości, dosadnej historii, że aż biją po oczach. Na szczęście te sceny nie zmieniają jednak ogólnego wydźwięku filmu, który jako całość wyjątkowo dobrze się broni. A jego atmosfera zostaje z widzem na długi czas po seansie. Niełatwo go wymazać z pamięci. Warto więc zobaczyć tę historię na własne oczy! Jan Komasa jest jednym z tych młodych reżyserów, za którego projektami warto podążać.

Ocena: 8/10

Galeria:
Miasto 44

Czytaj także