„Igielnik” – Pluszowe marzenia

„Igielnik” – Pluszowe marzenia

Dodano: 
kadr z filmu "Igielnik' (2017)
kadr z filmu "Igielnik' (2017) / Źródło: Spectator
Za enigmatycznym tytułem kryje się interesujący debiut brytyjskiej reżyserki Deborah Haywood, mającej wszak na koncie już pięć krótkich metraży, których tematyka, jak i przyjęta stylistyka jest zresztą zbieżna z tym, co zaproponowano w najnowszej fabule.

Mimo niewielkiej liczbowo filmografii Haywood wypracowała swój własny język artystycznej wypowiedzi, który jest na tyle autonomiczny, że nie staje się epigońską podróbką innych stylistyk. Oczywiście sztuka filmowa nie funkcjonuje w próżni i można stwierdzić, że w tym obrazie występują dalekie echa pstrokatej formy Johna Watersa i kolorowej feerii barw rodem z Wesa Andersona, a na dodatek gdzieś tam można pokusić się o paralelę z Kubą Czekajem i jego „Baby bumpem”, to jednak niecodzienna forma opowiadania zastosowana przez Brytyjkę jest niepodrabialna. Jest to zatem swoista wariacja na temat konwencji „coming of age”, a ściślej rzecz ujmując jej subgatunek, który można byłoby zdefiniować jako horror szkolny.

Lyn i Iona, tj. matka i córka z dużą dozą optymizmu przeprowadzają się do nowego miasta. Są ze sobą bardzo zżyte do tego stopnia, że ich relacja, polegająca na całowaniu się w usta i sypaniu w jednym łóżku przypomina wręcz mieszczański konserwatyzm podszyty perwersyjnym uwikłaniem w przesadne nadopiekuńcze macierzyństwo. Z uwagi na osobliwy gust wyrażający się choćby w aranżowaniu mieszkania w puchato – pluszowo – różowej estetyce, jak i fizyczną ułomność matki, ta niepełna rodzina znajduje się na uboczu życia towarzyskiego miasteczka.

O ile młoda Iona w interpretacji modelki Lily Newmark, wyposażona w szczególną urodę (burza rudych włosów, wielkie oczy, wydatne usta) z powodzeniem – do pewnego czasu – zostanie zaakceptowana przez krąg popularnych dziewcząt, o tyle analogiczne próby jej matki spełzną na niczym. Szkoła generująca koleżeńskie układy jako formująca instytucja nie jest tu zresztą jedyną uniformizującą strukturą. Także dorośli posługują się standaryzującym kodem nakazującym eliminować każdego, kto choć trochę odróżnia się od otoczenia. Jest zatem brytyjski obraz, szczególnie w odniesieniu do młodej bohaterki, opowieścią o poszukiwaniu akceptacji i afiliacji.

Zamknięta seksualnie Iona za sprawą otoczenia odkrywa swoją cielesność i paradoksalnie poprzez upodobnienie się do innych konstruuje swoją tożsamość oddalając się jednocześnie od zdziwaczałej matki. Koleżeńska łaska jest jednak warunkowa i cyniczna, a im dalej rozwija się fabuła, tym atmosfera okrutnego osaczenia oraz wykluczenia się zagęszcza. Kontrapunktem dla tego koszmaru stają się eskapistyczne fantazje młodej bohaterki utrzymane w onirycznej konwencji, w których miejsce niepełnosprawnej i brzydkiej matki zajmuje wypacykowana stewardessa.

Można zżymać się na fakt, że w pewnym momencie fabuła staje w miejscu, mimo że sam film jak na pełen metraż nie jest dość długi, a hiobowe próby, jakim są poddawane obie kobiety stopniowo nużą, to jednak właśnie dopiero taka ich skala zmiękczona umownością pastelowej baśni jest w stanie uzmysłowić widzowi horror niedostawania. Z całą pewnością będę obserwował przebieg reżyserskiej kariery Deborah Haywood, bo jest artystka, która sygnuje snutą przez siebie narrację autorskim stemplem.

Ocena: 7/10

Autor: Michał Mielnik

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także