Venom - jak człowiek z kosmitą

Venom - jak człowiek z kosmitą

Dodano: 
plakat filmu "Venom" (2018)
plakat filmu "Venom" (2018) / Źródło: UIP
“Venom” Rubena Fleischera jest dziełem, które choć powstało w drugiej dekadzie XXI wieku, swoim stylem i podejściem do prowadzenia opowieści, przypomina raczej dzieła z przełomu stuleci.

Przestrzeń kosmiczna. Przez gwiaździste niebo z dużą prędkością przemieszcza się statek kosmiczny. Na jego pokładzie znajdują się tajemnicze próbówki z przedziwną substancją, którą udało się odnaleźć w trakcie podróży. Podczas wchodzenia w atmosferę, dochodzi do awarii, w wyniku której statek rozbija się gdzieś na terenie Azji. Jedna z próbówek jest pęknięta…

Tak rozpoczyna się “Venom” (choć opis ten równie dobrze oddaje niedawne “Rampage. Dziką Furię”, doskonały finał przeciętnego “Life”, jak i kilku innych filmów o inwazji z kosmosu). Film Fleischera, luźno oparty na komiksach Marvela, opowiada o dziennikarzu Eddiem Brocku (nadekspresywny Tom Hardy), który próbując przyskrzynić magnata technologicznego, Carltona Drake’a (“zły do szpiku kości” Riz Ahmed) na nieetycznej działalności, w wyniku nieudanej konfrontacji traci pracę, dom i swoją dziewczynę (zupełnie niewykorzystana Michelle Williams). Próbując naprawić swoje błędy, doprowadza do odkrycia symbionta - maziowatej substancji, która aby przeżyć w ziemskich warunkach, musi połączyć się ze stworzeniem z naszego świata. Traf chce, że jedna z nich - Venom - upodobała sobie właśnie ciało Eddiego.

„Venom” to obraz, który nie przejmuje się logiką, zdrowym rozsądkiem czy udzielaniem odpowiedzi na najprostsze pytania. Mimo, że nad skryptem pracowało aż czworo scenarzystów, film pełny jest dziur logicznych, nieuzasadnionych zachowań bohaterów, czy po prostu kuriozalnych zwrotów akcji. Ma dziać się dużo, szybko i głośno, niezależnie od tego czy z sensem. Jest to o tyle zaskakujące, że dzisiejsze blockbustery i kino superbohaterskie, dużo lepiej radzi sobie z takimi problemami. Nie szukając daleko - niedawny „Predator” Shane’a Blacka, choć też był filmem dużym, głośnym, rozpędzonym i opowiadającym o inwazji z kosmosu, potrafił udzielić sensownych odpowiedzi na większość kwestii poruszanych na ekranie. W „Venomie” natomiast co trzecia scena zdaje się nie mieć sensu. Koronnym przykładem niech będzie moment, w którym Anne rozmawia ze swoim facetem, który właśnie pomógł Eddiem oswobodzić się z wpływu Venoma. „-Co to było?! -Między mną a Eddiem nic już nie ma. -Nie o to pytałem. Chodziło mi raczej o tę ciemną maź, która właśnie z niego wyszła”. Fakt, że Annie postanawia opowiedzieć o swoim personalnym życiu w momencie, w którym nawet nie jest o to pytana, dowodzi, że scenarzyści sami pogubili się w tym, co chcieliby przekazać w swojej opowieści.

Z drugiej strony - być może częścią problemu pozostaje montaż? Tom Hardy, podczas wywiadów promujących obraz, nie krył zdziwienia, gdy dowiedział się, że z filmu wypadło ponad czterdzieści minut gotowego materiału, wśród którego znajdowało się wiele z jego ulubionych scen. Film miał też pierwotnie posiadać inną kategorię wiekową - R („Restricted”, umożliwiającą seans tylko osobom powyżej 17 roku życia), a finalnie skończył z PG-13, czyli dostępną dla każdego powyżej 13 roku życia. (Nic więc dziwnego, że finalny produkt wydaje się niemal idealnie skrojony pod takiego odbiorcę - nieważne dlaczego coś się dzieje, ważne że na ekranie dostajemy dużo różnorodnych bodźców. „Co tam logika, widziałeś ten wybuch?”).

Najciekawiej w tym wszystkim wypada relacja między nosicielem, a „pasożytem”, zamieszkującym jego ciało. Rozmowy Eddiego i Venoma przypominają bowiem przekomarzania dwójki dzieciaków na podwórku, i sprawdzanie „kto jest większym cykorem”. Są też źródłem humoru w filmie, gdy jedno ciało musi pogodzić zachcianki dwóch mieszkańców. Stają się też popisem ekwilibrystycznych umiejętności Hardy’ego, jak i sposobem na sprawdzenie ile różnorodnych wyrazów twarzy można zamknąć w sekundzie taśmy filmowej.

„Venom” nie jest więc filmem tragicznie złym. To obraz, który może bawić, jeśli przymkniemy oko na wszelkie nieścisłości i damy się porwać feerii efektów specjalnych i dziwnemu humorowi. Jest jednak filmem, który tak bardzo przypomina wytwory z końca lat 90 i początku 2000, że w zasadzie w ogóle nie posiada własnego wyrazistego stylu. To zaś sprawia, że wylatuje nam z głowy już w parę minut po seansie. Można go więc zobaczyć na zasadzie: Obejrzeć - zapomnieć.

Ocena: 5/10

PS. Są dwie sceny po napisach. Z czego jedna to w zasadzie zapowiedź zupełnie innego filmu, a te kilka minut które dostajemy na ekranie, jest dużo lepsze niż to, co przed chwilą widzieliśmy.

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także